wtorek, 27 grudnia 2016

OPCCE - 2

*W rozdziale mogą pojawić się wulgaryzmy*

- Nat! - wołam, wychylając głowę zza drzwi łazienki. Dziewczyna leniwie przeciąga się na łóżku i macha ręką w moją stronę. Nie daruję jej, jeżeli znowu się spóźnimy. Jest w ostatniej klasie, chyba powinna zadbać o dobrą opinię. Wysoka średnia nie gwarantuje miejsca w wymarzonym college'u. - Nat - powtarzam ciszej. Przemierzam korytarz szybkim krokiem. Może trochę przesadzam, myślę. Znowu uczyła się do późna, ciekawe czy w ogóle zmrużyła w nocy oko. Szkoła wysysa z niej całą energię życiową.
- Wstawaj, mamy niecałe pół godziny do pierwszego dzwonka - pochylam się nad nią, lekko szturcham w ramię. Czuję gwałtowne wzdrygnięcie, spotęgowane oskarżycielskim spojrzeniem. Po moich plecach przechodzą nieprzyjemne dreszcze. Sytuacja powtarza się każdego ranka, lecz nadal nie potrafię do tego przywyknąć. - Ciesz się, że Joan wyjechała na studia. Łazienka wolna - te słowa ostatecznie ją przekonują. Zwleka się z łóżka, przeczesując włosy dłonią. Wygląda niczym strach na wróble w krótkich zielonych spodniach i luźnej szarej bluzce. Nie mam pojęcia w jaki sposób codziennie przeistacza się w piękną królewnę. To jakaś czarna magia. Której przy okazji nigdy nie posiądę.
- Rodzice nas podwożą? - przytakuję, sprawdzając dzisiejszy harmonogram. Zaczynam od angielskiego, co znaczy, że nie muszę przejmować się czasem. Jeśli ja się spóźnię, nauczycielka także.
- Możesz stać przy lustrze tak długo jak chcesz - uśmiecham się pod nosem. Jestem losowi bardzo wdzięczna za nieobdarowanie mnie cechami typowej dorastającej kobiety. Nie rozumiem tej obsesji na punkcie idealnego makijażu czy ubrań z najwyższych półek. Może dlatego, że odzież przychodzi do mnie automatycznie, prosto z szafy Natalie. - Przynajmniej dopóki Michael się nie obudzi.
- Szykuj się - szepcze, gdy na schodach rozlegają się pierwsze kroki. Kładzie mi dłoń na ramieniu. Wie, że ciężko to znoszę. Wszyscy ciężko to znosimy. - Postaram się nie siedzieć tam cały ranek - rzuca na odchodnym. Stara się poprawić mi humor, jednak udaje jej się wymusić na mojej twarzy tylko niewyraźny grymas. A zapowiadał się taki piękny dzień.
Wzdycham cicho, ukradkiem zerkając na otwarte drzwi sypialni rodziców. Wśród powszechnego bałaganu i wszędzie walających się ubrań dostrzegam szczelnie zawiniętego w kołdrę Michaela. Ciekawe czy tym razem zacznie od najcięższych artylerii... Chociaż, chyba nie chce się przekonać.
Kieruję się w stronę łazienki, by po chwili zobaczyć jak Nat, opierając się o umywalkę przejeżdża po rzęsach tuszem. Na całe szczęście, nigdy z tym nie przeszkadza. Nie wiem czy byłabym w stanie przyznać się do pokrewieństwa z nią, gdyby nakładała na twarz przesadną ilość makijażu. Wyznajemy różne wartości.
- Fajnie, że wpadłaś - słyszę. - Podaj mi błyszczyk.
- A magiczne słowo? - marszczę czoło, przyglądając jej się badawczo. W niczym nie przypominała ohydnego zombie sprzed pięciu minut. Złocisto-rude włosy miękko spływały po jej plecach, oczy przybrały naturalny odcień, a z cery zniknęły czerwone plamy. Ona jest cudotwórcą.
- Abrakadabra.
- To wcale nie było zabawne - odgryzam się. Dobry humor znika, gdy zewsząd rozlega się głośny krzyk Michaela. Trochę za wcześnie.
- Ja pierdolę! - czuję zimny dreszcz, który z zawrotną prędkością przebiega po moim ciele. Boję się podnieść wzrok znad podłogi. Zupełnie jakbym miała dolać tym oliwy do ognia. Z drugiej strony, nie jestem pewna czy to w ogóle możliwe. - Nigdzie nie idę, zostaw mnie! - po niewyraźnych dźwiękach i zduszonych okrzykach dochodzę do wniosku, że tata zaczął szarpać nim za ramię, aby w końcu wyrwać go z łóżka. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego chodzenie do szkoły sprawia mu tak wielką trudność. Rodzice wyręczają go niemal na każdym kroku, odrabiają za niego prace domowe, czytają lektury, pakują książki, sprzątają po nim brudne naczynia, tylko czekają na rozkazy. Być może nie mam w tych sprawach wielkiego doświadczenia, ale dwunastolatek powinien chyba sobie z tym poradzić. - Odpierdol się! - chwytam w dłonie szczotkę do włosów, zabierając się za rozczesywanie końcówek. Dlaczego reaguje na to w taki sposób?  To zwykłe przepychanki między rodzicem, a dzieckiem, bunt rozpieszczonego smarkacza. Prawda?
- No co ty robisz, chłopie?! - głos ojca przebija się przez ogłuszające piski Michaela. Zaczyna się jak zwykle. Liczę na jakieś urozmaicenie, niedługo zanudzę się na śmierć.
- Kurwa! - słyszę po chwili. Jak na syna nauczycielki angielskiego ma dość ubogi zasób słownictwa. Brakuje mu też umiejętności prowadzenia logicznej rozmowy, jego odpowiedź znacznie odbiega od tematu. Przydadzą mu się korepetycje. Najlepiej bardzo daleko stąd.
- Puść mnie, zostaję w domu!
Podobno człowiek wykorzystuje jedynie dziesięć procent swojego mózgu. Ciekawe czy jeżeli wbiję wzrok w połyskujące zielone płytki i głęboko się skoncentruję, uda mi się zapaść pod ziemię. Jeśli już tu nie wrócę, będę losowi na zawsze wdzięczna.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - widzę, że tata wyłamał się ze swojego schematu. Dotychczas ograniczał się do przepełnionego goryczą i złością podnoszenia głosu w nadziei, że to ustawi chłopaka do pionu. Obawiam się jednak, że na to może być za późno. Zbyt długo żył w beztrosce. Nikt nie zwracał uwagi na jego przewinienia - do czasu, kiedy jego zachowanie wymknęło się spod kontroli również w szkole. Uchodzimy za wybitnie uzdolnioną rodzinę. Idealne oceny, aktywność na lekcji, udział w setkach konkursów, talent do sportu. Ale właśnie tego oczekuje się od dzieci nauczycieli. Perfekcji na każdym kroku.
Myślą, że prowadzę doskonały żywot. Tymczasem nie potrafię pozbyć się lęku przed swoim młodszym bratem, który zawojował całym moim światem. Kiedy go widzę miękną mi kolana, czuję w żołądku dziwny skurcz. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że za moment wszystko legnie w gruzach. Boję się dwunastolatka. Jestem żałosna. 
- Pieprz się, gówniaku!* - chyba jednak się myliłam. Całkiem nieźle radzi sobie z tworzeniem neologizmów. - Odpierdol się!! - z jego gardła wydobywa się rozdzierający krzyk. Żarty się skończyły, muszę przystopować z sarkastycznymi uwagami. Nawet jeżeli mnie nie słyszy.
Z dołu przebija się ledwie słyszalny głos dziadka. Nie udaje mi się rozróżnić jego słów, lecz zdaję sobie sprawę, że tylko pogorszył sytuację. Ludzie nie myślą logicznie pod wpływem emocji, a to doprowadza do głębokich ran w psychice. Głównie osób, które nie zostały bezpośrednio dotknięte.

***

Michael uspokaja się dopiero po piętnastu minutach. Naburmuszony schodzi do kuchni, gdzie czeka na niego skromne śniadanie. Siada naprzeciw mnie, łypiąc groźnie. Moje serce niebezpiecznie przyspiesza. W takim stanie jest zdolny do wszystkiego, nie ma żadnych zahamowań. A dlaczego? Przez durnych sześć godzin w szkole. To chyba nie aż tak przerażająca perspektywa.
- Nie gap się tak - sapie. W normalnym przypadku uraczyłabym go ciętą ripostą, ale wolę nie ryzykować. Jeśli go zignoruję, poszuka innego celu. Może wyładować się na przykład na tacie, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Pakujcie się do samochodu - mówi. Zgarnia kluczyki leżące na mikrofalówce i obrzuca nas obojętnym spojrzeniem. Zamaszystym gestem zarzucam na plecy czarną, skórzaną kurtkę. To jedna z wielu rzeczy zdobytych przeze mnie w sklepie "Szafa Nat". Jest tam naprawdę dużo ładnych ciuchów.
- Gruba świnia - przy drzwiach dobiega mnie głos Michaela. Staram się nie brać tej uwagi do siebie, słyszę podobne niemal codziennie. Przekraczam próg, czując jak chłodny wiatr szczypie moje policzki. Kropelki rosy zdobią pojedyncze źdźbła trawy, w powietrzu unosi się gęsta mgła.
Kiedy zajmuję swoje miejsce w aucie, uświadamiam sobie coś bardzo ważnego.
Nieważne ile razy coś mi się przydarzy, nigdy się do tego nie przyzwyczaję.

***

Myśli Kimberly nadal krążyły wokół wczorajszych wydarzeń. Zdobyła się na coś, co wcześniej wydawało jej się bardzo odległe, wręcz graniczące z cudem. Dawno nie przeżyła czegoś równie pięknego, myślała że nic nie jest w stanie już zepsuć jej humoru. Nawet nie wiedziała jak bardzo się myliła...
Kiedy przekroczyła próg domu, jej oczy spotkały się z bezdusznym spojrzeniem Sam. Tyle wystarczyło, aby wszystko na nowo legło w gruzach. Niepewność powróciła, strach sparaliżował całe ciało. Kobieta powoli rozbierała to, co udało jej się dziś zbudować. Cegiełka po cegiełce. Aż w końcu pozostał jedynie niewyraźny zarys po fundamencie.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałaś? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie muszę mówić ci o wszystkim - sapnęła cicho, spuszczając głowę. Tych kilka słów, pomimo oplecenia ich wręcz namacalnym lękiem, obudziły w niej niezwykłą moc. Jeszcze nigdy nikomu się nie postawiła, nie zrobiła żadnego kroku w kierunku lepszego życia; pozwalała na niewybredne komentarze, wydawane raz za razem polecenia. Tłamsiła w sobie wszelki sprzeciw. Bo co mogła zrobić? Uległość wydawała jej się odpowiedniejsza. Bezpieczniejsza.
- Mylisz się, moja droga. Chyba zapomniałaś, że mieszkasz pod moim dachem. Dałam ci dom, choć równie dobrze mogłam zostawić cię na ulicy... zresztą, to i tak nie zrobiłoby nikomu większej różnicy - prychnęła. - Wiesz na jakich zasadach cię tu trzymam, nie każ mi się powtarzać. A teraz wracaj do pracy. Pranie czeka - Diamond odwróciła się z napięciem. Ruszyła przed siebie.
- Nie - zająknęła się cicho, zaciskając powieki. Poczuła w sobie wewnętrzną siłę, duży zastrzyk pewności siebie. Nadszedł czas, by dać kres wszystkim schematom. Zrobić coś, na co wcześniej brakło jej odwagi - nim wszystko ponownie się zawali
- Co takiego? - obróciła się przez ramię i oparła dłonie na biodrach.
- Nie - powtórzyła pewniej. Podniosła głowę, rozluźniając ramiona. Zaszła dalej niż kiedykolwiek, nie mogła się teraz wycofać. Nawet jeśli jej umysł już przypominał rozbujaną huśtawkę emocjonalną wiszącą na jednym łańcuchu.
- Nie?
- Nie!
Sam zbliżyła się do dziewczyny, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Straciła kontrolę nad swoją "służbą". I chyba nie była z tego zadowolona.
Wzięła głęboki rozmach, lecz jej rozpędzona pięść została zatrzymana w dół drogi. Kimberly zablokowała cios. N a p r a w d ę  to zrobiła. Przełknęła ślinę, spojrzała w zimne oczy ciotki. Odwaga, która wypełniała ją jeszcze chwilę temu, zachwiała się. Pewność ustąpiła miejsca dawnemu lękowi.
- Obawiam się, że popełniłaś błąd, moja panno - wyrwała się z uścisku, chwytając za kołnierzyk jej koszuli. - Wielki błąd.

***

Westchnęła, lekko kręcąc głową. Przywołała na twarz blady uśmiech, by nie wzbudzać w nikim podejrzeń. W ostatnim czasie Jack dziwnie się jej przyglądał, zupełnie jakby o wszystkim wiedział. Musiała zachować pozory, stworzyć wizerunek nudnej, przygnębiającej i zupełnie nieciekawej nastolatki. To chyba nic trudnego.
Uniosła dłonie nad głowę, rozciągając się. Kątem ucha przysłuchiwała się Miltonowi, który prowadził z Jerry'm ożywioną dyskusję. Zdawali się nie zwracać uwagi na to, że kilka minut temu rozpoczął się trening - przerwali dopiero, gdy w drzwiach dojo pojawił się niczym niewzruszony Brewer. Na jego twarzy malował się wściekły grymas. W niczym nie przypominał tego radosnego chłopca, jakim był zazwyczaj.
- Spóźniłeś się, Jack - Rudy podniósł głowę znad papierów. Zlustrował go wzrokiem, uznając że to nie czas na kolejny wykład o ogromnej wadze punktualności. On też nie miał najlepszego humoru. - Przebierz się.
- Przepraszam - wymamrotał, kierując się w stronę szafki. Po chwili wahania Kim ruszyła za nim. Zanim jednak zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, poczuła straszliwy ból, rozchodzący się po jej głowie. Przerażony wyraz twarzy szatyna i niekontrolowany potok słów wypływający z jego ust uświadomiły jej, iż to on jest głównym tego powodem. Uderzył ją drzwiczkami szafki, co, przy okazji, skutecznie pozwoliło mu zapomnieć o paru nieprzyjemnych sytuacjach dzisiejszego dnia. Chociaż tyle.
- Nie chciałem, Kim, naprawdę! - rzucił się ku niej, chwytając za jej łokieć. Spróbował dostrzec coś zza palcami, niespokojnie krążącymi po czole blondynki. Z ulgą stwierdził, że nie stało się nic poważniejszego. Ale to wcale nie zmniejszyło jego poczucia winy. - Przepraszam!
- Nic się nie stało - zaśmiała się nerwowo. Jego bliskość wywołała w niej dziwny niepokój.
Jeden zły ruch wystarczył, aby wszyscy poznali jej sekret. Nie mogła do niego dopuścić.
- Jest okej, nie martw się - po kilku próbach, nareszcie udało jej się uwolnić i odsunąć na bezpieczną odległość. Wtem nastąpiło to, czego obawiała się najbardziej.
Jack przyglądał się jej z rozwartymi ustami. Niebiesko-płowa bluzka osunęła się z jej ramienia, tym samym obnażając dwa nowe sińce. Dziewczyna wstrzymała oddech, rozglądając się po pomieszczeniu. Jeszcze nie było za późno. Mogła przecież powiedzieć coś, co odegna wszelkie podejrzenia. Obrócić to w niewinny żart, zwalić wszystko na swoją niezdarność lub słabą koordynację. Ale czy kłamstwo jest odpowiednim rozwiązaniem? Co jeśli to tylko wszystko pogorszy?  Nie chciała stracić tego, co tu zyskała. Nie byłaby w stanie tego odbudować. Nie potrafiłaby się podnieść.
Zrobiła krok w stronę Brewera. Nabrała powietrza do ust, nadal bijąc się z myślami. Jej słowa mogą zaważyć nad dalszym biegiem zdarzeń. Nie było miejsca na błąd.
- Jest okej - powtórzyła, uśmiechając się słabo. Skrzyżowała ręce na piersi i jeszcze raz spojrzała na twarze przyjaciół. Ucieknij w kąt. Schowaj się w cieniu. Oni zapomną... będzie dobrze. - Nie martw się. Naprawdę.

***

Mało kto wie o tajemnej kryjówce na dachu szkoły. Dla uczniów to wyłącznie szara, nie różniąca się od innych osłona przed deszczem. Dla innych to miejsce, w którym mogą spokojnie zebrać myśli i pobyć chwilę tylko ze sobą. Tu nikt im nie przeszkadza.
Jack poszedł tam, odpuszczając sobie przerwę obiadową. Czuł, że w jego zaczyna się coś zmienić. Dotychczas poukładane i spokojne, teraz groziło nagłym zawaleniem. Ktoś naruszył jego codzienną równowagę. Stracił kontrolę.
Przesadza... zachowuje się, jak zwykle, poświęcam jej tyle samo czasu. Nic się nie zmieniło, pomyślał. Bo nic się nie zmieniło, prawda?
Siedział na burym podwyższeniu. Beznamiętnie wpatrywał się w krajobraz Seaford, jeszcze raz analizując całą sytuację. Wtedy usłyszał jej cichy, niepewny głos.
- Cześć - powiedziała. Usiadła obok niego, oddając się głębokiej ciszy przerywanej przez gwar dobiegający z niższego piętra. Dopiero po dłuższej chwili odważyła się na jego spojrzeć. - Już prawie zniknęły... często wpadam na tę szafkę, ciągle o niej zapominam. Nie musisz się..
- Nie martwię się - przerwał jej ostro. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak brutalnie musiało to zabrzmieć. Zaślepiony problemami, które w jednej sekundzie zwaliły mu się na głowę. Nie myślał racjonalnie, ale w głębi duszy zganił się za to, że nie umiał się powstrzymać. Wszystkie negatywne emocji dawały ujście w najmniej odpowiednich momentach. Raniły osoby, na których najbardziej mu zależało.
Kimberly spuściła wzrok, bawiąc się końcówką swetra. Może Sam miała rację. 
- Przepraszam - westchnął. Słowa uwięzły mu w gardle, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Mówił dalej. - Nie jestem sobą. Ja po prostu... nigdy nie chciałem powiedzieć ani zrobić czegoś, co mogłoby kogokolwiek skrzywdzić. Nie wiem co się dzieję, wszystko się sypie... - oparł głowę na rękach. Sprawy miały się naprawdę kiepsko. - Pokłóciłem się z Donną.
Blondynka zerknęła na niego kątem oka. Biła się z myślami. Jeszcze nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji, co powinna zrobić? Uśmiechnąć się i powiedzieć, że w końcu jakoś się ułoży? Była najlepszym przykładem na to, że od tej reguły istnieją jednak wyjątki.
Niepewnie dotknęła jego dłoni. Splotła ich palce, nie do końca świadoma tego, czy obrała odpowiedni kierunek. Bała się, bo po raz pierwszy w życiu miała coś do stracenia. I z całego serca chciała temu zapobiec.

♥♥♥
*gówniak - słowo wymyślone przez mojego brata i niejednokrotnie używane w różnorakich sytuacjach

Zdaję sobie sprawę z tego, że w kilku miejscach powtórzyłam dokładnie to samo zdanie - ale to celowego działanie, ma w sobie jakiś ukryty sens. 
Jestem dumna z tego, że udało mi się skończyć ten rozdział zgodnie z wyżej przewidzianą datą, jednak nie jestem przekonana do treści. Nie do końca podoba mi się początek, chociaż ten wątek wydaje mi się być całkiem interesujący. Inny.
Przede wszystkim, obiecałam sobie, że od tej chwili, wyzbędę się zwyczaju spojlerowania. Nie dowiecie się ode mnie niczego, akcja będzie budowana stopniowo, przez co sami lepiej ją odbierzecie. No, przynajmniej tak myślę.

OPCCE - 1

Codzienna rutyna powoli stawała się nużąca. Budzona przez krzyki Sam, dręczona przez uwagi Lindsay, lekko uśmiechnięta przez wygłupy Jerry'ego, zmęczona przez treningi, bita przez Jake'a. Myślała, że jest lepiej, że może wrócić do domu nie bojąc się nieuzasadnionego spóźnienia, braku obiadu o wyznaczonej porze czy kilku okruszków pozostawionych przez nią na stole w salonie. Nadzieja okazała się złudna. Jak zwykle.
Ale dzisiaj coś miało się zmienić. Spowodować drgania, które pomogę jej wyjść z uścisku. A przynajmniej go rozluźnić. Miała spotkać swoją dłoń. Długo wyobrażała sobie tę chwilę, wchodzi do pomieszczenia i... na tym wizja się kończy. Nie potrafiła przewidzieć co powie, jak się zachowa i, co najważniejsze, jak zachowają się inni. Żałowała, że się na to zgodziła, lecz w końcu musiała stawić czoła lękom. Mimo paraliżującego strachu oraz próby odwlekania czasu, życie pchało ją naprzód. Chciała za nim nadążyć.
- Jesteś pewna, że to tu, Megan? - Kimberly rozejrzała się dokoła. Megan zaprowadziła ją do starego, najprawdopodobniej opuszczonego magazynu na skraju miasta. Nie wyglądał jak siedziba Anonimowej Grupy Wsparcia, bardziej jak miejsce, gdzie ktoś kiedyś dokonał morderstwa. I na pewno nie zachęcał do zwiedzenia wnętrza
- Tylko tutaj nikt nie przychodzi - odpowiedziała otwierając ciężkie drzwi. Przestałam uciekać, a i tak się ukrywam. Tchórz.
Przy wejściu przywitał je serdeczny śmiech pana Antoine. Przewodził grupie od samego początku, stworzył ją, by pokazać, że nie wszyscy dorośli są obojętni na problemy nastolatków. Ta myśl bardzo pomaga.
- Pierwszy raz jest przerażający, ale spokojnie, przyzwyczaisz się, siódemko - jego głos można było usłyszeć już w korytarzu. Szedł w ich stronę z uśmiechem na ustach i wyjaśnieniami jakich potrzebuje każdy nowy członek.
Megan pocałowała siostrzenicę w czoło. Choć bardzo chciała, nie mogła z nią dalej iść. W życiu nadchodzą momenty, z którymi musisz zmierzyć się sama. Bez pomocy. To był jeden z nich.
Czterdziestolatek i ja. W jedynym budynku. Jeśli mnie zgwałci, wiedz, że obwiniam ciebie - odprowadziła ją wzrokiem, po czym sama zamknęła za sobą drzwi. - Raz się żyje.

***

- Widzisz siódemko, nie chcemy, żeby pomiędzy członkami nawiązały się jakiekolwiek więzi. Dlatego nie znają swoich imion, nie znają wieku, zainteresować czy hobby. Wiedzą o jedynie o swoich wzajemnych problemach, rozumiesz? - przytaknęła siląc się na słaby uśmiech. Ani trochę nie rozumiała. Za to czuła, jak z każdym następnym krokiem narasta w niej strach. Unikała podobnych sytuacji odkąd pamięta, ukrywała emocje, odtrącała wszystkie wyciągnięte dłonie, bo nie mogła wrócić do wspomnień bez łez, nie umiała nikomu zaufać. To zaczęło ją przerastać. - Jesteś tu pierwszy raz, nie obciążaj się. Myślę, że rozmowa z jedną osobą będzie dobrym początkiem. I pamiętaj - zatrzymał się otwierając kolejne z kolei drzwi. Zapalił światło. Jego wątły promień oświetlał jedynie dwa, odwrócone do siebie tyłem, krzesła. Na jednym z nich siedziała dziewczyna. Czekała na nią. - nie ma się czego bać.
Wręcz przeciwnie, panie Antoine, jest się czego bać. A przy okazji, to najgorsze co mógł mi pan w tej chwili powiedzieć. Poprawiła okulary na nosie ganiąc się za wszystkie złe myśli. Ostatnio towarzyszyły jej coraz częściej.

***

Czuła się słaba. Jak jeszcze nigdy. Przestała wierzyć w to, że ta jedna, durna próba wyzbycia się uczuć, pomoże jej jutro wstać z łóżka i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Bo zdarzyło się zbyt wiele. Każdego ranka wszystko zaczyna się od nowa. Zgubiła się w labiryncie codzienności, czy nic nie znacząca rozmowa wskaże jej drogę do wyjścia? Szukała jej. Bezustannie. W dzień i w nocy przez dziesięć lat. Gdyby miała dostąpić wielkiego przełomu, już dawno by to zrobiła. Po co dalej czekać?
Przeczesała wzrokiem pomieszczenie. Spojrzała na dziewczynę. Czy to naprawdę pomaga? Nie wiesz jak będzie. Westchnęła opierając się o framugę drzwi. Jeśli teraz nie zawróci, nowe siniaki z chęcią powitają jej ciało. Jeśli stąd wyjdzie całe życie będzie się zadręczać tym, że nawet nie spróbowała. A nie znajdzie siły na to, by tu wrócić. Limit jej odwagi dawno się wyczerpał.
- Gorzej nie będzie.
Jej kroki echem odbiły się od ścian. W powietrzu panowała raczej napięta atmosfera. Nie było słychać nic oprócz skrzypienia butów i ciężkiego oddechu dziewczyny obok.
Kimberly zajęła swoje miejsce biorąc głęboki wdech. Pierwszy krok za mną. Teraz będzie tylko z górki. Prawda?
- To nie najlepsze miejsce, wiem - Piątka zaśmiała się krótko spoglądając na zabite deskami okna. Kiedy Martel ją tu przyprowadził, zapomniała o tym, dlaczego się tu znalazła. Jedyne co chciała wtedy zrobić, to rzucić się do najbliższego wyjścia z nadzieje, że obejdzie się bez ucieczki przed psami gończymi. Cała ta sytuacja przypominała kiepski kryminał. Nie znosiła kryminałów - A ja nie jestem najlepszym kompanem do tego typu spraw - to jeden z powodów, dla których tu teraz jest. Nie czuła się wystarczająco dobrym kompanem. W żadnej sprawie. - Czasami myślę, że byłoby lepiej gdybyśmy patrzyli sobie w oczy. Chcą nam to jak najbardziej ułatwić i jestem im za to bardzo wdzięczna, ale skracanie sobie drogi w większości przypadków tylko wszystko pogarsza. Wiecznie chroniąc nas przed trudnościami sprawiają, że stajemy się coraz bardziej bezradni. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra.
Założyła nogę na nogę splatając dłonie za kolanem. Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech. W szkole była małomówna, podczas lekcji bała się podnieść rękę i wtrącić się do dyskusji, chociaż miała do powiedzenia bardzo dużo. A tutaj? Tutaj mogła być sobą, rozgadywać się na jakikolwiek temat, bo wiedziała, że jej słowa nie są puszczane mimo uszu. Nawet jeśli nie widziała twarzy rozmówcy była w stanie stwierdzić, że nie zwraca on uwagi na niczym innym. On słuchał jej. Ona słuchała jego. To najważniejsze co mogli sobie dać. Wsparcie. - Przepraszam, to często mi się zdarza - zachichotała opierając łokcie o kolana. - To twój pierwszy raz?
- Ja... - zamarła. Całą ubiegłą noc zastanawiała się co powiedzieć. Zaplanowała każde słowo. Każdy gest. Tymczasem siedziała tam nerwowo oblizując usta i błagając, żeby Piątka przejęła pałeczkę. Wydawała się być o wiele bardziej rozluźniona.  - nie dam rady - poruszyła się na krześle chcąc zmusić swoje nogi do ucieczki. W końcu to robiła najlepiej.
- Hej - szepnęła odnajdując dłoń blondynki. Ścisnęła ją delikatnie jednocześnie przytrzymując Kim na miejscu. Wycofała się, gdy poczuła wzdrygnięcie. Dobrze znała ten objaw. - Początki zawsze są trudne, ale z czasem będzie lepiej. Zobaczysz - tak bardzo żałowała, że nie mogła teraz na nią spojrzeć. Słowa nie są dobre na wszystko. Czasami wystarczy jeden, mały uśmiech. To gest, którego nie da się wyrazić przez zmianę tonu głosu. - Zawrzyjmy pakt. Co tydzień będziemy opowiadały o jednym wspomnieniu. Raz ty, raz ja. Umowa? - wyciągnęła rękę nad głowę. Crawford niepewnie ją uścisnęła. Przyszyła tu pełna lęku i obaw, nie była w stanie nawet otworzyć ust. Nie mogła mieć pewności, że to ustąpi. Ale czasami warto jest zaryzykować
- Umowa.

***

Znasz to uczucie, kiedy w twojej głowie pojawia się perfekcyjny scenariusz następnego dnia? Zamykasz oczy i obmyślasz każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Kierujesz wszystkim, potrafisz wszystko przewidzieć. Nie masz żadnych ograniczeń. Marzysz. Zdarza się jednak, że twój umysł powędruje za daleko. Znajdzie się w krainie snów. Których nie da się spełnić.
Ludzie uwielbiają marzyć. Przekraczają wszelkie granice rozkoszując się każdą sekundą. Ale przychodzi moment, w którym muszę podnieść powieki i zderzyć się z szarą rzeczywistością. Bo w życiu nie ma miejsca na bajki.
Dla Kimberly marzenia były niezmiernie ważne. Chwila zapomnienia dawała jej siłę, by dalej walczyć. Nieważne ile razy po drodze upadała, zawsze się podnosiła. Dzięki snom zaczęła wierzyć w bajki. Dzięki ludziom straciła wiarę w szczęśliwe zakończenia.
- Nie chcę wracać do domu - szepnęła cicho, opatulając się ramionami. Myślała o słowach Piątki. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra. Te dwa, na pozór proste zdania zaprzątały jej głowę od kilku dobrych minut. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jaką drogę idzie. Nie próbowała przewidzieć tego, czy gdyby kiedyś nadłożyła parę kroków, jej życie wyglądałoby teraz inaczej. Według niej, roztrząsanie co by było gdyby, to najgorsza z możliwych rzeczy.
Ale może czasami jest warto.

***

Kimberly z niepokojem spoglądała na kłębiące się ponad jej głową chmury. Od spadnięcia na ziemię pierwszych kropel wody dzieliło ją zaledwie kilka minut temu, za mało, by bezpiecznie dotrzeć do domu. Przypominając sobie o tym, ile razy padła ofiarą niespodziewanej ulewy, wzruszyła ramionami i poprawiła okulary na nosie. Nie powinna mieć większych problemów ze znalezieniem ubrań na następny dzień, w łazience czekał na nią stos prania.
Nagle stanęła, uświadamiając sobie, gdzie się znajduje. Poznała tę drogę - drogę symbolizującą ostatnie wspólne chwile z Ronnie. Po tym, jak ją oddała, długo się zbierała, żeby pomyśleć o pierwszej wizycie. Bała się, że jej wizyta nie zostanie ciepło przyjęta. Nawet jeśli właścicielka psa z radością oznajmiła, iż zawsze będzie tu mile widziana. Mogła zmienić zdanie.
Targnięta emocjami i głęboką nostalgią, dziarsko pomaszerowała w stronę Zakazanego Lasu. Popołudniowe słońce, wyłaniające się spod szarych obłoków nadało drzewom delikatniejszej postaci, co znacznie ułatwiło jej dalszą wędrówkę. Szła niesiona przekonaniem, że skoro przetrwała przerażające spotkanie w Anonimowej Grupie Wsparcia, uda jej się pokonać każdy lęk. A widok roześmianej Lucy ganiającą za Ronnie, tylko utwierdził ją w tym przekonaniu.
Dziewczyna oparła się o pień drzewa, czekając aż zostanie zauważona. Chwilami żałowała, że zapukała do tych drzwi, lecz teraz wiedziała, że postąpiła słusznie. Ona, choć bardzo do Ronnie przywiązana, nie potrafiłaby ofiarować jej tyle miłości i swobody. Ukrywała ją w swoim pokoju, w pewnym stopniu ograniczyła wolność. Tutaj miała jej aż zanadto.
- Kim! - Gluckman pomachała do niej, szeroko się uśmiechając. Podbiegła do psa, następnie ostrożnie biorąc go na ręce. W tym momencie poczuła na skórze pierwsze krople deszczu. Uniosła głowę, przyglądając się niebu. Nie zapowiadało się na dużą ulewę, jednak lepiej byłoby schować się pod dachem. Przeniosła więc wzrok na drzwi, w których właśnie pojawił się ojciec. Gestem pokazał, by natychmiast weszła do środka.
Lucy przepraszająco uśmiechnęła się do Crawford, niepewna jej reakcji. Ta lekko skinęła głową, bezgłośnie mówiąc, że porozmawiają następnym razem.
- I nie będę tego odwlekać - szepnęła do siebie.

***

Uśmiech Lucy cały czas chodził jej po głowie. Czasami warto poświęcić coś co kochasz. 
Radość dziecka sprawia, że sam jesteś szczęśliwy. Świadomość, że to ty zażegnałeś smutek budzi w tobie niewiarygodną pewność siebie oraz wiarę w to, że możesz wszystko. 
Szlachetne czyny zawsze odpłacają ci się z nawiązką. Prędzej czy później zauważysz zmianę - możesz ją zignorować i pójść dalej lub zatrzymać się i dążyć do kolejnej. 
Ciekawe co u Nicka, pomyślała mijając następny zakręt. Spochmurniała na wspomnienie ciemnej piwnicy, w której mieszka z mamą. Nie było ich stać na nic lepszego, ledwo starczało im na jedzenie. Śmierć Bena, męża Bethany zapoczątkowała krąg przykrych wydarzeń. Oszczędności powoli zaczęły się kończyć, sprzedaż ręcznie robionych ubrań przestała wystarczać, w końcu wyeksmitowano ich z mieszkania za niepłacenie czynszu. Właściciel kamienicy ulitował się jednak nad nimi i zorganizował niewielkie lokum. Potem jakby o nich zapomniano, żyto tak jakby nie istnieli. Do chwili powrotu Kimberly. 
Jej rozmyślania przerwał dziecięcy pisk. Blondynka rozejrzała się dokoła, lokalizując źródło dźwięku. Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawą, że stoi naprzeciw rozpromienionej czterolatki. Annabeth.
- Dzień dobry.
Zza rogu wyłoniła się trzydziestoletnia brunetka. Uśmiechnęła się do dziewczyny, zadowolona z tego, że miała okazji spotkać ją jeszcze raz. Gdy tamtej nocy przyprowadziła do niej córkę, obiecała sobie, że już zawsze będzie wdzięczna losowi. Dotrzymała słowa. 
- Dzień dobry - odwzajemniła jej gest. Z rozbawieniem stwierdziła, iż wstała myśląc, że będzie to jeden z najgorszych dni jej życia. Dawno nie przeżyła równie pięknego.

***

Kilka zbiegów okoliczności, wydarzeń, które dla wielu nie miałoby żadnego znaczenia. Dla Kim były najcenniejszymi wspomnieniami od lat. Nigdy nie sądziła, że kiedyś będzie podążać ulicami swojego rodzinnego miasta, z wysoko uniesioną głową i wypiętą do przodu piersią. Ten dzień był wielkim krokiem zbliżającym ją do końca przepaści. 
Nawet jeśli za kilkadziesiąt minut wejdzie do domu, gdzie przypomną jej o brutalnej rzeczywistości. 
Nawet jeśli niedługo odbiorą jej całą radość.  
Nawet jeśli zostanie zmuszona do prac cięższych niż zwykle. Warto było go wykonać.
Ale najlepsze w tym wszystkim było to, że słońce jeszcze nie zaszło. Deszcz przemienił się w delikatną mżawkę, a niebo po raz pierwszy od dłuższego czasu przybrało swój naturalny błękitny odcień. Nadszedł czas zmiany. Ogromnej zmiany. 
Na drodze Kimberly stał jeszcze jeden przystanek. Piwnica Nicka. Pragnęła podzielić się z nim dzisiejszymi wydarzeniami, rzecz jasna zgrabnie omijając niektóre szczegóły, i własnym uśmiechem wywołać na jego twarzy szczęście. Bethany zawsze powtarza, że za mało się uśmiecha. 
- Nie przeszkadzam? - zapytała stając w otwartych drzwiach. Zastanawiała się, dlaczego, mimo licznych wizyt, jeszcze ani razu nie spotkała żadnego mieszkańca kamienicy. Najwyraźniej nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do ludzi.
- Wejdź - uśmiechnęła się, odkładając robótki ręczne. Zbliżała się zima, w tych okolicach zazwyczaj bywała łagodna, ale wolała się ubezpieczyć. - Cieszę się, że przyszłaś. Mam dla ciebie niespodziankę.
- Czy to może poczekać? Chciałabym się najpierw przywitać z Nickiem - rozejrzała się po pomieszczeniu, zdając sobie sprawę, że chłopca wcale tam nie ma. - Gdzie on jest?
Twarz kobiety owiła mgła tajemnicy. Przemierzyła pokój, ciągnąc za sobą starą chustę, po czym otworzyła drugie drzwi prowadzące na korytarz. Do piwnicy wdarło się zimne powietrze.
- Cześć Kim - powiedział, niepewnie podążając w jej kierunku. Tylko tyle udało mu się z siebie wydusić. Był niewymownie wdzięczny za to, co blondynka wniosła do jego życia. Teraz mogła zobaczyć tego efekty. 
Nicolas stał przed nią w schludnych ubraniach z przystrzyżoną, starannie ułożoną fryzurą. Wyglądał jak nowo narodzony. Był jak nowo narodzony. 
- Bethany - przez głowę Kimberly przebiegła niebotyczna myśl. - Czy myślisz, że szczęśliwe zakończenia istnieją?
- Przez ostatnie miesiące żyłam na granicy ubóstwa, wierząc w to, że kiedyś mój los się odwrócił - dumnie spojrzała na syna. Do jej oczu napłynęły łzy. Już dawno nie była tak radosna. - Że na mojej drodze pojawi się szczęście. Z czasem traciłam nadzieję - przeniosła wzrok na nią. Wiedziała, iż nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Lecz takiej odpowiedzi potrzebowała. - Dziękuję, że mi ją przywróciłaś.
Crawford wydęła usta, chcąc poprosić o więcej szczegółów, jednak ostatecznie zrezygnowała z tego zamiaru. Uśmiechnęła się, opierając o framugę drzwi. Zdała sobie sprawę, że nie mogła zadać tego pytania oczekując życiowej porady. Bo szczęśliwe zakończenia to jedynie retoryka. Szczęśliwe zakończenia to przypadek losu.

***

Nigdy przedtem Kimberly nie wyszła z kamienicy z większym uśmiechem na twarzy. Nigdy przedtem nie starała się go nie ukrywać. Pojęła kilka istotnych rzeczy. Zrozumiała, że ma kontrolę nad swoim życiem. I nieważne, jak bardzo Sam da jej w kość, gdy wróci do domu ani na ile będzie musiała się zdobyć. Chciała pokonać strach. Chciała nareszcie przejąć kierownicę.
- Kim? - zatrzymała się, przygryzając dolną wargę. Pochłonięta myślami nie zauważyła stojącego naprzeciw Brewera. Skinęła głową, jednocześnie odpowiadając mu na pytanie. Nie czuła większego skrępowania, była dziwnie pewna siebie. 
- Co tu robisz? - skrzyżowała ręce na piersi. Na chwilę wróciła do realnego świata.
- Mieszkam tu - wskazał na budynek. Dziewczyna zmarszczyła brwi. W pierwszej chwili nie rozumiała o czym mówi. pierwszego dnia widziała go w oknie sąsiedniego domu. Uświadomienie sobie, że najprawdopodobniej był wtedy u Jerry'ego, który od czasu czasu odprowadzał ją do szkoły, zajęło jej kilkanaście sekund. Nie mogła uwierzyć w to, że wcześniej nie skojarzyła faktów. - Ale co ty tutaj robisz? 
- Odwiedzam starą znajomą - jej usta wygięły się w tajemniczym uśmiechu. I tyle. 
Ruszyła naprzód, zostawiając za sobą osłupiałego chłopaka. 
Rozkoszowała się chłodnym wiatrem, który delikatnie muskał jej zaróżowione policzki. Uśmiech ani na moment nie schodził jej z twarzy. Bo nareszcie przestała myśleć o mamie. Bo nie zostawiła ludzi w potrzebie. Bo była czyjąś dłonią.

BIG NEWS

Przez wiele miesięcy słyszałam o Wattpadzie i uparcie trzymałam się od niego z daleka. Potem stwierdziłam, że Wattpad ma chyba bardziej pokaźną widownię, więc stwierdziłam Czemu nie?. Miałam wszystko publikować równolegle, ale jakoś tak wyszło, że odkąd wszystko zgromadziło się w moich telefonie, przestałam korzystać z komputera, co z kolei sprawiło, że przestałam korzystać z bloggera. Trochę mi smutno, bo chyba wiecie, do jakiego punktu prowadzi ta notka, jednakże cóż... zdobyłam w nich niejaką wprawę. Po pożegnaniu bloga informacyjnego, tego jednego ze strasznie długim tytułem, tego drugiego też, przyszła kolej na kolejne: tylko czuję, że nie aż tak liczne.

Najśmieszniejsze jest to, że najbardziej szkoda po tym będzie mi szablonu. Bo wygląda cudownie.

Wszystkie opisane tu historie trafią na Wattpada, dlatego jeśli wciąż chcecie gdzieś tam ze mną wędrować, zapraszam. xLostDestinyx - wcale nie tak trudno znaleźć.

Huh, te słowa są bardziej dla mnie, niż dla was, ponieważ w ostatnim czasie wyświetlenia gwałtownie poszybowały w dół. Może jednak komuś się przyda: One person can change everything za chwilę trafi do historii. Kilka szokujących faktów. Piątką jest Grace. Wątek miał być pięknie rozwinięty, ale cóż, niestety. Wiadomo, że Jack i Kim skończą razem, oczywiste oczywistości. Sam i Jake zajmują się kradzieżami na zlecenie, a testament, którego szukali, znajduje się w ramce ze zdjęciem w dziecięcym pokoju Kim. Lustrzane odbicie przeszłości. Ktoś na to wpadł?

Myślę, że nie chcę stracić niektórych rozdziałów, więc przekopiuję i opublikuję je tutaj. Pozdrawiam wszystkich, którzy to widzą. Spóźnionych wesołych świąt. Szczęśliwego Nowego Roku. Ostatni (no prawie) raz na blogspocie, Annie x

wtorek, 11 sierpnia 2015

which one.

Dwa lata temu mała dziewczynka z wielkimi marzeniami, postanowiła spiąć tyłek i zawalczyć. Zaczęła pisać, gotowa na wszystko. Przeszła chwile załamania, ale przeżyła też wiele naprawdę pięknych chwil. I nadal tu jest.
Dziś, ta sama dziewczynka już wie, że dzień, w którym napisała swoją pierwszą pracę, był najlepszym dniem w jej życiu. Po żmudnych poszukiwaniach nareszcie znalazła swoje powołanie. Może ma jeszcze wszystko przed sobą, ale zrobi co w jej mocy, by nie stracić tych uczuć.

---

Po tym krótkim wstępie, pragnę zapoznać was z moimi planami odnośnie tego bloga. Rzecz jasna, nie zacznie funkcjonować od razu. Już teraz ledwo się wyrabiam, kolejna rzecz na głowię, przeważałby szalę. Dlatego, Thousands Words. Thousands Stories zacznie funkcjonować, gdy zakończę co najmniej jedną z obecnie prowadzonych historii. Najprawdopodobniej wypadnie na drugą.

Chciałabym, żebyście pomogli mi w pewnej sprawie. W zanadrzu mam dziesięć odskoczni: "Szukając siebie", "Nadchodzą kłopoty", "Powrót do przeszłości", "Zakazana miłość", "Zmiana planów, "Romeo i Julia", "W pogoni za uczuciem","Carpie Diem", "Wakacyjna miłość" i "Czy warto walczyć o przyjaźń?" - ta ostatnia, z powodu mojej niekompetencji nie znalazła się w ankiecie, dlatego postanowiłam, że będzie ona ostatnią, jaką opublikuję. To będzie dobre pożegnanie, bo tylko to opowiadanie nie dotyczy miłości, a zaniedbanej przyjaźni pomiędzy dwoma dziewczynami.
Jeśli jesteście gotowe przetrwać około półtorej (lub pewnie więcej) roku, czekając na to, co szykuje,(a warto poczekać, bo to najlepsze projekty nad którymi kiedykolwiek pracowałam. Jeśli polubiliście poprzednie blogi, od tego nie będziecie mogli oderwać wzroku), zagłosujcie na odskocznię, która według was, najlepiej nadaje się na początek. Zdaję sobie sprawę, że to strzał w ciemno, ale wystrzegam się spojlerów.
Może z czasem opublikuję fabułę każdej odskoczni, żebyście zorientowały się na czym stoicie. Liczba komentarzy i wasze opinie zadecydują o tym, jak szybko.