wtorek, 27 grudnia 2016

OPCCE - 8

  Wstrzymałam oddech, zamykając zmęczone powieki. Nie powiedziałam mu. Wypuściłam powietrze z ust. Nie mogłam mu tego powiedzieć. Rozluźniłam dłonie, które pod wpływem zdenerwowania zacisnęłam w pięści. Bałam się spojrzeć mu w oczy. Bo co miałam powiedzieć? Byłam tak głupia, że na wszystko jej pozwoliłam, zniewoliłam się. I milczałam. Milczałam przez te cholernych kilka lat, chociaż wiedziałam, że to niepoprawne. Ta chwila to moja szansa. Ja... czy ja naprawdę chciałam poddać się bez podjęcia walki?
- Kim? - Uniosłam głowę i niepewnie zerknęłam na twarz mężczyzny. Nie chciał krzyczeć; nie tak jak Sam. Nie zrobiłby niczego, co zrobiłaby Sam. Więc czego się obawiałam? Przecież już wiedział. 
On wiedział. 
Już nigdy nie spojrzy na mnie tak samo. Od teraz będę dla niego tylko dziewczyną, która nie potrafi postawić na swoim. Zwykłym tchórzem. 
- Opowiedz mi - rzekł miękko. Podszedł do mnie powolnym krokiem, a ja przeniosłam wzrok na ręce, które zakryłam materiałem swetra. Były tam. Mogły stać się niewidzialne, ale nadal tam były. Każdy siniak, każde uderzenie, każdy rozdzierający duszę krzyk. Każda wylana łza.
Nie chciałam więcej płakać. 
- Jak długo to trwa? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, delikatnie dotykając mojego ramienia. Zrobiłam krok w tył. Zdecydowanie za długo. 
- Megan wie? - pokręciłam głową. - Ktokolwiek wie?
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, lecz zamiast słów, wydobył się z nich cichy szloch. Nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Po prostu zaczęłam się trząść, obraz przed moimi oczyma po prostu się zamazał i po prostu nie umiałam zrozumieć, co sprawia, że to silniejsze ode mnie. Przecież miałam nie płakać. 
  Zsunęłam się na podłogę, oparłszy plecy o górę materacy. Jeśli tym razem tego nie powstrzymam, nigdy tego nie zrobię. Nie wierzyłam w to, że jeszcze kiedyś mogłabym się całkowicie podnieść, siedziałam w tym za długo. Ale musiałam spróbować. Walczyć, zacząć działać, cokolwiek - musiałam zdobyć odwagę, by przełamać milczenie. Najwyraźniej cisza nie była tak wymowna jak sądziłam.
- Ostatnio nie jest tak źle - powiedziałam cicho, gdy stanął obok mnie. Zniżył się tak, by móc spojrzeć mi w twarz, a ja pod wpływem jego zmartwionych oczu, zmusiłam się do słabego uśmiechu. To nie był jego problem, nie mogłam go w to wciągać. Przecież i tak już wiedział. Wiedział więcej niż ktokolwiek inny. - Podporządkowałam się, nie wychodziłam za dużo z domu. - Odetchnęłam głęboko. Uspokoiłam oddech. - Musimy sprawiać pozory normalnej rodziny...
- Kim, posłuchaj mnie - zaczął stanowczo, zaciskając dłonie na moich ramionach. - Nie jesteście normalną rodziną, w ogóle nie jesteście rodziną. - Oblizał usta. - Możecie być spokrewnieni, ale nie jesteście rodziną.
- Nie chcę być sama, Rudy - wyjąkałam. Moje oczy ponownie się zaszkliły.
- Hej, he-e-ej, nie jesteś sama. Masz Megan, tak? I Vanessę. - Uśmiechnął się ciepło. - Grace tu jest, jest Jack, no i Jerry. Ja też tu jestem. Dojo to nasza druga rodzina, a ty od teraz jesteś jej częścią, nie zapominaj o tym, dobrze?
Skinęłam głową, spoglądając na jego przyjazną twarz. Rozluźniłam mięśnie, gdy poczułam jak przyjemny prąd rozlewa się po moim ciele. Potrzebowałam tego zapewnienia. Świadomości, że pomimo wszystko będę miała kogoś, kto zawsze stanie po mojej stronie i będzie przy mnie, nie zważając na to, co o sobie myślę. Naprawdę chciałam w to uwierzyć; dlatego pozwoliłam, by Rudy ujął moje dłonie i odwzajemniłam jego gest.
- Odwiozę cię do domu - odrzekł, po czym zwinnym ruchem podźwignął mnie w górę. Otarłam ręką mokre policzki. Łzy nie są niczym złym. Ale ty wylałaś ich zdecydowanie za dużo. Wraz z tą myślą moje usta opuściło ciche westchnięcie. Czasami nie potrafiłam nadążyć za swoimi uczuciami, miałam wrażenie jakbym brała udział w jakimś głupim wyścigu. Problem polegał na tym, że nie widziałam mety, a byłam zbyt słaba, żeby biec dalej. W tamtej chwili pragnęłam się zatrzymać, wziąć wdech. Więc zanim opuściłam dojo, ostatni raz spojrzałam przez ramię, dokładnie na to miejsce, w którym przed chwilą siedziałam. Zagryzłam wargi.
- Podniosłeś mnie - szepnęłam. Mężczyzna odwrócił głowę, zmarszczywszy brwi. Nie zwróciłam uwagi na jego zaskoczony wzrok ani tym bardziej pytanie wypisane na twarzy. Uśmiechnęłam się z ulgą; Może wcale nie był za późno. Jeszcze miałam szansę. - Podniosłeś mnie, Rudy. - Przesiąkłam ciszą, która wypełniła pomieszczenie. - Dziękuję.



 Oparłam głowę o szybę, po czym spojrzawszy na rozgwieżdżone niebo pomyślałam, że odzwierciedla rozlewającą się we mnie błogość. Czułam się inaczej. Lżej. Przynajmniej dopóty, dopóki w pełni rozkoszowałam się muzyką płynącą z radia i oddałam się nużącej ciszy. Powiedziałam dzisiaj za dużo, by mówić dalej. Ale kiedy z pustej drogi, wjechaliśmy w uliczki mieszkaniowe, naszła mnie trapiąca myśl. Przez najbliższe dwie minuty nie pozwalała mi zmrużyć oczu.
- Rudy? - odezwałam się w końcu. Mężczyzna oderwał wzrok od jezdni, poluzowując uchwyt na kierownicy. - Zrzuciłam na ciebie swój problem...
- Nie możesz myśleć o tym w ten sposób - przerwał mi raptowanie. - To nie jest twoja wina, Kim, a ja i tak bym się dowiedział. Nie możesz myśleć, że się narzucasz. Chcę ci pomóc, rozumiesz? Sam z siebie.
Zacisnęłam usta w wąską kreskę i zagryzłam wargi, czując, że w moich oczach zbierają się łzy. Chyba mam zwiększoną tendencję do płaczu. Albo nie płakałam tak długo, że musiałam przejść jakiś wybuch, który ustatkuje mnie emocjonalnie. Albo po prostu nie zasługiwałam na Rudy'ego. Dlaczego on był dla mnie taki dobry? Nie zrobiłam nic, czym mogłabym zaskarbić sobie czyjąś uwagę, a już na pewno, zyskać przychylnoć czy pomoc.
- Nie chodziło mi o to. - Ściszyłam głos. No dalej, Kim. To twój dzień szczerości, jedno wyznanie więcej przecież nic nie zmieni. Poza tym, nareszczie nie będziesz mówiła o sobie, to o jego dobro trzeba tu zadbać. Twoje imię i tak widniało dzisiaj na zbyt wielu ustach. - Dobrze, może po części też, ale nie. Wiem, że ostatnio opuszczałam treningi...
- Nie martw się tym.
- Proszę cię, daj mi skończyć - westchnęłam cicho, spoglądając w jego stronę. Napotkawszy na drodze jego oczy, wróciłam spojrzeniem do swoich splecionych dłoni. - Jesteś senseiem w dojo, to twoja praca. Dostajesz za to pieniądze, a ja ci nie płaciłam. Nie sądziłam, że zostanę tam na dłużej, miałam tylko pomóc w zawodach i odejść. Tylko, że zostałam. - Pokręciłam głową. Nigdy nawet nie wspomniałeś, że jestem ci coś winna - powiedziałam, mrugając szybko powiekami. - Zrzuciłam ci się na głowę, zabrałam ci czas, dlaczego nie kazałeś mi za to zapłacić? Sprawiłam ci problem. Jestem problemem.
W samochodzie zapanowała względna cisza. Przysłuchiwałam się równemu oddechowi mężczyzny, czekając na odpowiedź. Ale nie nadchodziła przez kolejną minutę; aż w końcu straciłam nadzieję na to, że w ogóle nadejdzie.
- Nie jesteś problem, Kim - odparł pewnym głosem. - Jesteś córką Liv.
- Liv nie żyje.
- Przyjaźniłem się z nią całe życie, nie mógłbym kazać ci płacić - odparował.
Otworzyłam usta, gdy spostrzegłam, że znajdujemy się na odpowiedniej ulicy. Poczułam ścisk w żołądku, lecz zmusiłam się do bladego uśmiechu. Pora na ostatnią dzisiaj konfrontację. I chyba wcale nie była tą najgorszą.
- Zatrzymaj się tutaj - mruknęłam bezsilnie.
- Nie ma mowy, pójdę tam z tobą. - Pospiesznie pokręciłam głową. Jeżeli dowiedzą się, że komuś powiedziałam, będzie gorzej. Nie mogli wiedzieć.
- Rudy, proszę. Zatrzymaj się. - Mężczyzna przyglądał mi się sceptycznie, jednakże po kilku sekundach faktycznie zatrzymał pojazd. Westchnął. - Dziękuję.
Wysiadłam z samochodu, a zanim zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, ostatni raz dobiegł mnie głos Rudy'ego.
- Nie odrzucaj ludzi, którzy chcą ci pomóc. Nie jesteś sama, Kim.
Skinęłam lekko głową, wymuszając blady uśmiech. Pomimo zmęczenia, poczułam, że jestem przygotowana na kolejne starcie. Bo nie byłam dłużej zdana tylko na siebie - a karmiąc się tą myślą, mój duch odżywał. Wkładałam w nią całą swoją wiarę.
Aż w końcu, kiedy podeszłam do domu, okazało się, że nie potrzebowałam jej tak wiele; światła były zgaszone. Mogłam spać spokojnie.


*

Wstając rano z łóżka, nie czułam się inaczej niż wczoraj wieczorem. Nie doświadczyłam żadnych poważnych zmian, chociaż zdawało mi się, że słowa Rudy'ego obudziły we mnie trochę śmiałości. Rozmawiałam z nim. Naprawdę z nim rozmawiałam, a skoro mówienie bez analizowania tego, co chcę powiedzieć nie sprawiało mi wtedy tak wielkich trudności (pomijając fakt, że było to strasznie trudne), może mogłam przełamać się też przed resztą. Może nie od razu, ale... ale mogłam.
Sądziłam tak do chwili, kiedy zobaczyłam jak Jack sfrustrowany otworzył szafkę. Donna położyła mu dłoń na ramieniu, a po mimice jej twarzy domyśliłam się, że uniosła głos. Przyglądałam się im dłuższą chwilę, przyciskając ręce do piersi. Czułam się nieswojo z myślą, że widzę ich kłótnie, jednak coś wewnątrz mnie nie pozwaliło mi odejść. Chciałam się upewnić, że wszystko skończy się dobrze - a skończyło się tak, że Donna, wyraźnie wytącona z równiwagi, ruszyła w stronę schodów. Zawahałam się, gdy chłopak ciężko westchnął, ale ostatecznie wzięłam głęboki wdech. On by mnie nie zostawił.
Zebrawszy w sobie całą odwagę, podeszłam do Jacka i niemal natychmiast spoliczkowałam się w myślach. Czekanie na to aż mnie zauważy było zawstydzające, więc spuściłam wzrok. Lepiej.
- Cześć - wydusiłam. Chłopak drgnął raptownie, po czym przeniósł na mnie zaskoczone spojrzenie. Gdybym mogła, sama bym to zrobiła. Wolałam jednak odwzajemnić mały uśmiech, który po chwili pojawił się na jego twarzy.
Cofam ten policzek. Nawet jeśli po wczorajszym dniu ma mnie za kompletną idiotkę, a teraz pogłębię to wrażenie, poczułam, że warto było do niego podejść. Uśmiechnął się.
Uśmiechnął się dzięki mnie.
- Cześć - odparł, przekrzywiając głowę. - Widziałaś?
Przytaknęłam nieśmiało, po czym mocniej ścisnęłam swoje dłonie. Paznokcie wbiły mi się w skórę.
- Ostatnio cały czas się kłócimy - rzekłszy to, podrapał się po karku. - Wścieka się na mnie, bo uznała, że mam przed nią tajemnice, a ja... Ja po prostu nie chcę jej o niczym mówić, dopóki nie będę pewny, że to prawda. Nie chcę, żeby naciskała.
Słuchałam jego słów w milczeniu, dogłębnie analizując każdy wyraz. Nie rozumiałam, dlaczego zwierza się akurat mnie, prawie mnie nie znał, ale pragnęłam dobrze wywiązać się z zadania. Problem leżał w tym, że nie miałam doświadczenia i kompletnie nie wiedziałam, co robić. Dlatego postanowiłam zrobić to, co w tej chwili prawdopodobnie zrobiłby on. Położyłam mu dłoń na szyi, po czym stanąwszy na palcach, drugą oplotłam jego ciało. Sama też tego potrzebowałam.
Jack przez kilka następnych sekund trwał w bezruchu. Poruszył się dopiero, gdy wiedziona poczuciem upokorzenia zamierzałam się odsunąć; przyciągnął mnie do siebie jeszcze bardziej, obejmując w talii. Oparł głowę na moim ramieniu.
Był zdecydowanie za blisko.
- Potrzebuję tego, żeby mnie wspierała, chociaż nie wie o co chodzi. Bo przecież wie, że to dla mnie trudne i to na razie powinno jej wystarczyć. Nie powinna się złościć - powiedział cicho. Oddalił się ode mnie nieznacznie, by spojrzeć mi w oczy, co wykorzystałam skrzętnie, wyswobadzając się z uścisku. Donna nie miała prawa robić mu wyrzutów. Jakim cudem, patrząc na jego przygnębioną twarz, była w stanie robić mu wyrzuty? - Co myślisz?
Nie potrafiłam zebrać dobrych słów, więc po prostu skupiłam się na ograniczeniu dyskomfortu. W momencie, kiedy chłopak ponownie otwierał usta, zadzwonił dzwonek.
  Poprawiłam okulary na nosie, a przez impuls, chwyciłam go za rękę zanim zdążył odejść. Przywołałam w głowie, wczorajszą rozmowę z Rudy'm; to mi pomogło, mam nadzieję, że tobie też pomoże.
- Myślę, że nie jesteś sam, Jack.


*

- Kimberly! - Wraz z odgłosem zamykanych drzwi, dobiegł mnie donośny głos Jake'a. Zmarszczyłam brwi. Zazwyczaj się do mnie nie odzywał. Mijaliśmy się w domu, odwoził mnie do szkoły i czasami mówił, co mam robić, ale nie zdarzało mu się zwracać bezprośrednio do mnie.
  Zdjęłam buty w przedpokoju, po czym zostawiając plecak przy wieszaku, ruszyłam w stronę kuchni, skąd, jak mi się zdawało, dochodził dźwięk. Obrzuciłam Sam przelotnym spojrzeniem, potem przeniosłam wzrok na mężczyznę. Oboje wyglądali bardzo poważnie, chociaż po ich ustach przemykał cień uśmiech
- Stwierdziliśmy, że masz za dużo wolnego czasu - zaczęła bezstroskim tonem.
- Nie przedłużaj tego, nie chcę tracić czasu - wtrącił Jake. Kobieta zacisnęła usta, przenosząc na niego swoje lodowate oczy. Przekrzywiła głowę.
- Psujesz mi całą zabawę, kochanie.
Niepokój ogarnął całe moje ciało. Czy to ten moment, w którym powinnam spakować walizki i się wyprowadzić? Wyrzucą mnie, tak?
- Chciałam potrzymać cię w niepewności, ale skoro nic z tego nie wyszło, powiem wprost. - Nachyliła się nad stołem, oparłszy cały ciężar ciała na złączonych rękach. Mój oddech mimowolnie przyspieszył. - Znajdziesz pracę.
Znajdziesz pracę? Coś, dzięki czemu będę mogła spędzać bez was długie godziny? I spłacę Rudy'emu cały swój dług. Dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej? Mogłabym bardziej pomóc Bethany, zarobiłabym na siebie... Samantho Diamond, pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w swoim życiu przyznaję, że okazałaś się moim wybawieniem.
Bo chyba mam już w głowie plan.

OPCCE - 7

  Słuchając głosu Piątki, zastanawiałam się czy mój byłby równie opanowany i odległy. Często nad tym myślałam. Potrafiłabym opowiedzieć o mamie tak jak ona? Bo kiedy mówiła, po mojej głowie odbijało się puste echo. Jej ton był całkowicie wyprany z emocji; odcinała się od wizji, jaką utworzyłam podczas jej weselszych monologów. Ten głuchy śmiech przyprawiał mnie o dreszcze, a sam przekaz słów wzbudzał nieopanowaną chęć szlochu, ale słuchałam w ciszy. Potem to analizowałam i za każdym razem dochodziłam do podobnych wniosków - Piątka była silna. Była niewyobrażalnie silna, choć nie umiała w to uwierzyć. Starała się stawić czoła rzeczywistości z całą swoją mocą, ale przegrywała - ponieważ walczyła głównie ze sobą. Ponieważ jej walką było pozwolenie na to, by odebrano jej wszystko, w czym pokładała nadzieję. Ponieważ wydawała się pogodzić z losem. I ponieważ przestała liczyć na to, że kiedykolwiek znajdzie rozwiązanie.
Wtedy porównywałam się do obojętności, z którą spotykałam się w jej osobie w momentach, gdy w moim mniemaniu, każda inna osoba zalałaby się łzami. Ona nie płakała. Twierdziła, że nigdy nie robiła tego często, sama nie potrafiła znaleźć przyczyny. Sądziła, iż prawdopodobnie tak bardzo przyzwyczaiła się do swoich złamanych uczuć, że w końcu przestała je odczuwać z tą samą intensywnością.
  Ja też przywykłam do świadomości, że nie mam i już nigdy nie będę mieć normalnej rodziny. Ciosy Sam lub Jake'a nie były dla mnie takim zaskoczeniem jak wówczas, gdy dopiero uczyłam się je przyjmować. Więc skoro te wszystkie emocje stały się moją wyuczoną codziennością, czy ja również mówiłabym, wyzbywając się ich? Chciałam to sprawdzić. I myślę... Myślę, że nie powinnam z tym dłużej zwlekać.
  Poprawiłam się na krześle, oddychając głęboko. Do tej pory jedynie wyłamywałam sobie palce, ewentualnie wtrącałam jakieś słowo, gdy zapytano mnie o zdanie, nie mówiłam sama z siebie. Nie wywiązywałam się z naszej umowy i źle się z tym czułam, ale przez cały ten czas uważałam, że nie jestem gotowa. Trzymałam w sobie to wszystko przez prawie dziesięć lat, ja... nie potrafiłam sobie wyobrazić innego stanu rzeczy. Zwłaszcza, że nie wierzyłam w to, iż zwyczajna rozmowa może mi pomóc - z drugiej strony, Piątka bez większych krępacji opowiadała mi o swoim życiu. Otworzyła się przede mną, chociaż wcale mnie nie znała, byłam jej coś winna. Byłam też coś winna sobie.
  Wypuściłam powietrza z ust.
- Chyba... - Spojrzałam na swoje splecione palce i uśmiechnęłam nerwowo. Ufałam jej. Może nie całkowicie, może byłam skończoną idiotką, ale głęboko wierzyłam, że to właśnie jej powinnam o tym wszystkim powiedzieć. Chciałam, żeby była moim pierwszym krokiem - bo jestem przekonana, że pomoże mi postawić kolejne. - Chyba jestem gotowa.
- To świetnie - szeptała, lecz cisza, która tu panowała sprawiała, że każde jej słowo odbijało się od ścian. - Mów. Ja słucham.
  Opanowało mnie dziwne uczucie. Mój żołądek ścisnął się jeszcze bardziej, a gardło nie pozwoliło na wydobycie z siebie jakiekolwiek dźwięku, jednak mimo wszystko te szare ściany wydały mi się jakby... jaśniejsze. Była tu. Słuchała.
Nie mogłam kazać jej dłużej czekać i naprawdę nie chciałam tego robić. Problem leżał w tym, że wiele razy wyobrażałam sobie ten moment, ułożyłam setki, o ile nie tysiące, wersji wydarzeń, wszystko to, co powiem - a teraz, kiedy nareszcie miałam to zrealizować, miałam pustkę w głowie. Nie wiedziałam od czego zacząć. Ale jakoś zaczęłam.
- Kiedy byłam dzieckiem... - Zacisnęłam powieki. Doszukiwałam się ciemności, podczas gdy przed moimi oczyma pojawił się zamglony obraz cmentarza. Spojrzałam na nagrobki rodziców. Przerwałam. - Nie, inaczej... - Zobaczyłam jak mama posyła mi ostatni blady uśmiech przed odejściem. Ścisnęłam jej rękę. - Mieszkam bez... - Znowu przerwa. Babcia przycisnęła mnie do piersi i delikatnie pogłaskała po plecach. Dusiła w sobie szloch, wiedziałam to. Ale nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego próbuje ukryć przede mną emocje. Łzy nie są niczym złym.
- Hej - Zakryła moją dłoń swoją dłonią. - spokojnie. Nie musisz się spieszyć, wiesz o tym?
- Wiem - odrzekłam tak cicho, że sama ledwie się słyszałam. To jest ten moment, Kim. Jesteś gotowa.
Przeczekałam kilka kolejnych sekund, żeby uspokoić oddech i otworzyłam oczy. Te wspomnienia żyły we mnie, nie musiałam ich sobie przypominać. Czułam wszystko to, co czułam wtedy; ale byłam też silniejsza. Mogłam to zrobić.
- Moi rodzice nie żyją - zaczęłam pewniej. - Tata zginął zanim się urodziłam, nie wiem o nim za dużo. W domu zawsze raczej unikano jego tematu. - Odetchnęłam, poprawiając kapelusz na głowie. - Przynajmniej odkąd pamiętam. Kiedy miałam pięć lat, umarła moja mama. Może wcześniej coś mi o nim wspominała, ale byłam dzieckiem, nie pamiętam tego. Chciałam... - Zmarszczyłam brwi, zdając sobie sprawę z tego, że w kącikach moich oczu wezbrały się łzy. Dlaczego płakałam? Przecież nie było ich od dawna, praktycznie ich nie znałam, nie powinnam ich kochać. Dlaczego ich kochałam? - chciałam zapomnieć o tym, że kiedykolwiek istnieli. - Założyłam włosy za ucho, a na moich ustach pojawił się niewielki uśmiech. Nie mogłam się złamać. Nie, nawet jeśli łamał się mój głos. - Uau, to brzmi jeszcze bardziej desperacko niż w mojej głowie.
Piątka zaśmiała się cicho, słysząc tę uwagę. Pewnie zamierzała dodać mi otuchy - nie wiem, naprawdę nie wiem, ale nie musiała tego robić. Czułam się przy niej odważniejsza i chciałam to okazać. Miałam dość ciągłego schodzenia na bok.
- Tak czy inaczej, po pogrzebie zamieszkałam z ciotką. Babcia często się mną zajmowała i opowiadała o tym, co się tu działo. Pielęgnowała wspomnienia, bo twierdziła, że moja przeszłość ukierunkuje moją przyszłość. Wierzyłam w to wszystko, ale... - Ale babcia zaczęła chorować, a Sam zaczęła spędzać ze mną znacznie więcej czasu. Nie miała dzieci, nie myślała o nich i mało tego, nie znosiła ich; dlatego w tym momencie całe moje życie się zmieniło. A ja, ja byłam tylko kilkuletnią dziewczynką! Nie sprzeciwiałam się temu, co mi mówiono. Pozwalałam na to, by szarpała mnie za włosy, biła niemalże do tego krwi, myśląc, że tak się robi. Byłam niczego nieświadoma. I tak niewyobrażalnie głupia!
Dopiero wtedy poczułam ściekające po policzku łzy. Zdusiłam szloch w gardle.
Nie powiem jej tego. Wstydziłam się każdego uderzenia, o którym nikomu nie doniosłam. Przecież mogłam temu zapobiec, zaalarmować kogoś, pomogliby mi! Serce owiane strachem wcale nie było dobrą wymówką - tym bardziej, że wystarczyło jedno słowo, aby się go pozbyć.
- To historia na kiedy indziej.

*

  Kiedy wstałam z tego nadzwyczaj niewygodnego krzesła, poczułam się... lżej. Kiedy wypuściłam powietrze z ust, ogarnęła mnie przyćmiona duma. A kiedy szłam wybrukowaną drogą, rozmyślając nad wszystkim, co się wydarzyło, zrozumiałam, że nie chcę teraz wracać do domu. Dlatego ruszyłam w kompletnie odwrotnym kierunku.
  Moją głowę opanowała przerażająca pustka, którą od czasu do czasu przecinały wybuchu stłumionej radości lub gniewu. Tylko, że nie potrafiłam stwierdzić, czego było więcej ani nawet skąd się wzięły. Sądziłam, że po wejściu do dojo to choć po części się rozwiąże, lecz widząc roześmiane twarze reszty, ogarnęło mnie jeszcze większe rozdrażnienie. Pomyślałam o Sam, a potem... sama nie wiem, co stało się potem. Byłam zmęczona kontrolowaniem złości, więc po prostu dałam się jej ponieść. Zignorowałam przywitanie Jacka, uśmiech Jerry'ego, a nawet dziwne spojrzenie Donny. Lekkość i spokój, który trzymały się mnie od spotkania z Piątką ulotniły się bezpowrotnie - ich miejsce zajęła niekontrolowana wściekłość. Na siebie, bo nigdy nie pozwalałam sobie na wyrażanie silniejszych emocji. Na Megan, bo nie odezwała się do mnie ani razu podczas mojego pobytu w Los Angeles. Na Jake'a, bo nie powstrzymywał Sam od robienia mi krzywdy. I na nią. Bo sprawiła, że odizolowałam się od ludzi. Straciłam pewność siebie zanim w ogóle zdążyłam ją zdobyć.
Zniszczyłam swoje życie. A ona zniszczyła mnie.
Szybkim krokiem podeszłam do manekina i zadałam pierwszy mocny cios - za to, że uderzyła mnie, kiedy tamtego dnia nie potrafiłam przestać przez nią nią płakać. Zamachnęłam się kolejny raz - za wszystkie ślady paznokci, którą zostawiła na mojej skórze. I jeszcze jeden - za mojego pierwszego siniaka. Za każdą łzę, którą wylałam. Za ukrywanie przede mną prawdy. Za to, że się nie sprzeciwiałam. Moja twarz zrobiła się czerwona od powstrzymywania potężnego szlochu, a ja uderzałam bez opamiętania, wyobrażając sobie, że to ona przede mną stoi. Chciałam, by poczuła wszystko to, co przez cały ten czas działo się wewnątrz mnie, moją złość, moją nienawiść. Całkowicie straciłam kontakt z rzeczywistością; dochodził do mnie jedynie obraz manekina i dźwięk niepoprawnie przyjemnego dla mnie ciosu. Dopóki nie poczułam na swoich dłoniach dwóch innych dłoni - wyswobodziłam się z jednego uścisku, oddychając ciężko. Zdmuchnęłam z czoła włosy, które pomimo to nadal wpadały mi do oczu.
- Co was wszystkich napadło?! - Minęło sporo czasu zanim zdążyłam opanować bicie swojego serca i podnieść wzrok. Jerry. - Jack ostatnio też go prawie rozwalił.
Wzdrygnęłam się na dźwięk jego imienia. Skoro pierwsza dłoń należała do Jerry'ego, to druga...           Uniosłam głowę, napotkawszy zaniepokojone spojrzenie szatyna. Obejmował mnie. Nie zauważyłam tego, że mnie obejmował. W normalnych okolicznościach na pewno spróbowałabym się mu wyrwać, ale jego dotyk był dla mnie dziwnie... kojący.
  Odetchnęłam cicho, rozglądając się dokoła. Donna patrzyła na mnie przestraszona, Rudy rozchylił zdziwiony usta, Jerry milczał, Miltona nie było, a ja? Ja poczułam się tak strasznie zażenowana i słaba, że byłam gotowa schować twarz w klatce piersiowej szatyna i płakać z bezsilności. Nie interesowało mnie nawet to, że ktoś mnie zobaczy. Bo jaki to w ogóle miało sens? Nic tu nie miało sensu.
- Kim, wszystko dobrze? - usłyszałam przy uchu szept chłopaka. Przegryzłam wargi, zaciskając powieki. - Okay?
- Okay - wydusiłam po chwili stłumionym głosem. Nie wierzyłam w to, że przez chwilę mogłam stać się tak... agresywna. Chciałam zrobić Sam krzywdę. Chciałam, żeby cierpiała. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam do siebie podobny żal lub wstyd. Mogłam być zła, ale nie miałam prawa żądać jej bólu. Czy to właśnie dlatego dotknęłam palcami dłoni Jacka?
Nie, nie myślałam logicznie. Dlaczego on tak kurczowo mnie przy sobie trzymał? I dlaczego poczułam się stokroć gorzej, gdy przestał to robić?
- Kończymy na dzisiaj - zakomunikował Rudy. - Chcę porozmawiać z Kim.
Spuściłam głową, bojąc się spojrzeć mu w oczy. Nie chciałam wiedzieć, co sobie teraz o mnie myśli. Albo co myślą pozostali. Pewnie wzięli mnie za wariatkę, niestabilnego emocjonalnie potwora, z którym nie można się zadawać. Zostawią mnie, pomyślałam i przełknęłam gorzkie łzy. Zasłużyłam sobie.

  Odwróciłam się do mężczyzny plecami, gdy za ostatnią osobą zamknęły się drzwi. Przetarłam policzki palcami.
- Co się stało? - Nie wyczułam w jego głosie wyrzutu ani żalu, ale nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam odpowiedzieć. - Kim - Usłyszałam zbliżające się do mnie kroki, a potem dłoń na ramieniu. Mimowolnie zaczęłam szlochać; to dla mnie za dużo, świecie, nie możesz tego zrozumieć? Pragnęłam zmian i kolejnych kroków, naprawdę, ja po prostu nie wiedziałam jak do nich doprowadzić. - Kim, co się dzieje?
Obróciłam się przez ramię. Oddychałam coraz płyciej, a zmartwiony wzrok Rudy'ego zdecydowanie nie poprawiał sytuacji. Byłam coraz bardziej zdezorientowana, chciałam... chciałam stąd zniknąć.
- Muszę już iść.
- Nie, nie musisz. - Złapał mnie za ramię, lecz niemal natychmiast wyszarpałam się z jego uścisku. Podbiegłam do drzwi. - Kim. - Chwyciłam za klamkę. - Wytłumacz mi to wszystko.
Co miałam wytłumaczyć? Że dałam zrobić z siebie niewolnicę? Jestem już zmęczona, Rudy. Czuję w sobie tyle sprzecznych emocji i nie potrafię sobie z nimi poradzić. Kto mi pomoże, skoro nawet ta niesamowita lekkość po rozmowie z Piątką wyparowała ze mnie zaraz po tym, gdy pomyślałam o Sam? Ty? Pomożesz mi, Rudy? Błagam, pomóż mi.
I może dlatego, że przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że ktoś będzie w stanie powstrzymać Sam albo po prostu oprócz prawdy o rodzicach chciałam z siebie wyrzucić również tą, pozwoliłam, by moje usta wypuściły z siebie te trzy niedorzeczne słowa:
- Sam mnie bije!

OPCCE - 6

Piątka

  Lubiłam siebie. Lubiłam mieć pewność, że kiedy następnego ranka spojrzę w lustro, będę szczęśliwa, nieważne, co w nim zobaczę. Lubiłam to, że nigdy nie czułam potrzeby zakrywania swojej twarzy makijażem. Lubiłam też fakt, że nie przywiązywałam większej uwagi do wyglądu, choć czasami wydawało mi się to wręcz niemożliwe. Wychodziłam z założenia, że skoro to nie ja muszę na siebie patrzeć, to nie ja mam problem. Ta metoda zazwyczaj działała.
A przynajmniej ja starałam się, aby działała jak najdłużej.


  Ponad wszelką wątpliwość nie robiłam za dobry materiał na nadzwyczajną piękność, o nie, to była działka Nat. Ewentualnie Joan - ja po prostu... byłam tą trzecią. Kiedyś faktycznie potrafiłam znaleźć w sobie zadatki na coś więcej, ale minęło zbyt wiele czasu, za bardzo się zmieniłam. Poza tym, ucieczka przed dojrzewaniem okazała się dla mnie żmudną drogą z przeszkodą na każdym zakręcie. Dopadło mnie szybciej niż przypuszczałam, a ja tylko niepotrzebnie się zmęczyłam. Bo to wszystko było przecież nieuniknione.
Zdarzały się chwilę, kiedy nie umiałam patrzeć na posłusznie układające się włosy Natalie. Moje miały w sobie prawdopodobnie więcej życia niż ja.
Ona nie musiała zwracać większej uwagi na rozmiar ubrań, wszystkie leżały na niej doskonale. Ja byłam tak nieproporcjonalna, że większość swojego wolnego czasu przeznaczałam na zastanawianie się, jakim, do diabła, cudem moje drobne nogi utrzymywały w pionie resztę ciała (przy czym należy zaznaczyć fakt, że wcale nie byłam gruba).
Wiedziałam to. Wiedziałam i naprawdę nie miałam nic przeciwko temu dopóty, dopóki będę szczęśliwa, będąc w swojej skórze. Dlatego szczerze nie obchodziło mnie to jak wyglądam, czy ta cholerna bluzka optycznie mnie wyszczupla ani czy mój chłopak zwróci uwagę na tego wielkiego pryszcza na moim policzku. Taka była różnica pomiędzy mną a Nat - ona była piękna.
Ja potrafiłam to sobie powiedzieć.

Kim

  Starałam się dokładnie zrelacjonować Megan przebieg wczorajszej rozmowy Jake'a i Sam, jednak ciążące w moim plecaku notatki z matematyki i doskwierający głód, skutecznie mi w tym przeszkadzały. Ostatnio jadałam głównie na szkolnej stołówce; wolałam nie przebywać z Sam w tym samym pomieszczeniu, a ona praktycznie każdą swoją wolną chwilę spędzała w kuchni.
Nie zapominając o tym, że całe jej życie to wolna chwila. 
  Kiedy kolejny raz zacisnęłam z frustracją powieki, Megan włożyła mi do ręki kilka dolarów na lunch i kazała przestać bawić się w prywatnego detektywa, uznawszy, że niepotrzebnie się martwię.
Nie chciałam się z nią spierać, dlatego wydukałam ciche podziękowania, wychodząc z klasy.
Chociaż wcale nie zamierzałam tej sprawie tak szybko ucichnąć; coś ewidentnie było nie tak, a ja za wszelką cenę dowiem się co. Z pomocą Megan lub bez niej.

  Nie potrafiłam zdefiniować tego, co właśnie działo się wewnątrz mnie. Moja krew buzowała, oczy zaszły łzami, a mięśnie twarzy niebezpiecznie się napięły. Miałam niewyobrażalną ochotę wrócić teraz do dojo i nadrobić wszystkie treningi, które zaniedbałam. Uderzyć manekina do ćwiczeń. Porozmawiać z Rudy'm. Cokolwiek. Nie chciałam dłużej dusić w sobie złości; robiłam to zdecydowanie za długo i dobrze wiedziałam, co może z tego wyniknąć.
Zobaczę się dziś z resztą, zagryzłam policzek od środka, lekko uśmiechając się do kucharki, która podała mi tackę z lunchem. Nawet, jeśli zaryzykuję tym u Sam. Może kierować życiem Jake'a, ale moje prędzej czy później będzie musiała zostawić w spokoju. Nie jestem już sama. 
  Skinęłam głową na przywitanie, po czym zajęłam wolne miejsce obok Grace. Dziewczyna wygięła wargi w szerokim uśmiechu, który mniej udolnie odwzajemniłam. Będę musiała nad tym popracować... zaraz po tym jak coś zjem.
  Zatrzymałam jednak widelec w połowie drogi do ust, gdy spostrzegłam, że zwróciłam na siebie uwagę wszystkich zebranych przy stole. Zakłopotana spuściłam wzrok - wtem nagle zatęskniłam za niekontrolowaną złością, która pozwalała mi przynajmniej na wykazanie nieświadomych pokładów śmiałości.
- Kimberly Crawford. - Słysząc głos Jerry'ego, zmusiłam się do prześledzenia spojrzeniem reszty pomieszczenia. Zatrzymałam się dopiero na Jacku, który uśmiechnął się do mnie promiennie. Dobrze było znowu widzieć go szczęśliwego; czułam się nieswojo, kiedy siedział tu ciszej niż ja. - Od kiedy siadasz przy tym stoliku, nie pytając wcześniej o zgodę?
- Co? - zapytałam cicho, choć doskonale wszystko słyszałam. Znowu zalała mnie ta idiotyczna fala niepewności. Wprawdzie zrobiłam to nieświadomie, nie myślałam o tym, co robię, ale może się przeliczyłam. Może oni już wcale mnie nie chcą. - Ja... ja przepraszam. - Chwyciłam torbę, lecz zanim zdążyłam wstać, poczułam silną dłoń, przytrzymującą mnie na miejscu. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Grace.
- Nie wygłupiaj się! Dobrze, że nareszcie wzięłaś nas za swoich. Teraz to też twój stolik, pamiętaj o tym - powiedziała przyjaźnie, a ja skinęłam głową. W kącikach moich ust zakołysał się szeroki uśmiech.
  Nadal nie potrafiłam zdefiniować tego, co działo się wewnątrz mnie. Czułam, jakby gdzieś w środku rozlało się przyjemne ciepło, które rozgrzało każdy zakamarek mojego zimnego ciała. Myślę, że... myślę, że byłam szczęśliwa. Bo naprawdę nie byłam sama. 

*

  Zapomniałam! Jak ja mogłam zapomnieć?
Tuż przed wejściem do galerii dotarło do mnie, że powinnam była skierować się w zupełnie odwrotnym kierunku Seaford. Był wtorek - dzień całościowo zarezerwowany dla Piątki i rozmyślania nad przeszłością. Nie mogłam sobie tego odpuścić, nawet, jeśli nie miałam na to siły.
  Problemy czyhały na mnie gdzieś po drodze i mogę przysiąc, że trochę się zniecierpliwiły. Wolałam nie rozwścieczać ich jeszcze bardziej.

*

  Przyspieszałam z każdym krokiem, aż w końcu mój chód zamienił się w wolny bieg. Starałam się nie zwracać uwagi na kosmyki włosów, które sprawnie wymijały moje okulary i dostawały się do oczu, jednak po pięciu minutach, miałam dość. Zatrzymałam się na chodniku, biorąc głębszy oddech. Za chwilę rzucę się z krawężnika.
- Cholera.
Rozejrzałam się dokoła, aby znaleźć źródło głosu. Mimo swoich wątpliwości, ulokowałam je w starszej kobiecie, stojącej przy wejściu do kamienicy. Jedną ręką próbowała otworzyć drzwi, drugą podtrzymywała płaczące dziecko, a nogą starała się utrzymać w pionie siatki z zakupami. Gdy w akcie ostatecznej desperacji chwyciła klamkę między łokcie, bez zastanowienia do niej podbiegłam.
Kobieta zauważyła mnie dopiero po chwili.
- Pomogę - powiedziałam, uśmiechając się lekko. Naprawdę dużo się dzisiaj uśmiechałam.

  Nie czekając na reakcję szatynki, zebrałam ze schodów wszystkie zakupy i otworzyłam drzwi na oścież. Dopiero wtedy uważniej przyjrzałam się kamienicy; to ta sama, w której mieszkają Bethany i Nick. Powinnam z nimi porozmawiać, dawno tego nie robiłam.
- Dziękuję - kobieta westchnęła głośno. - Nigdy nie mogę się skupić, kiedy George płacze. Już zapomniałam jak ciężko jest się zajmować małymi dziećmi.
Posłałam jej pokrzepiający uśmiech, kiwając głową.
- Możesz oddać mi te siatki, kochanie.
- Nie, nie, odprowadzę panią pod drzwi.
Przez chwilę szłyśmy w towarzystwie szlochu, ale kiedy George się uspokoił, kobieta zwróciła na mnie pełną uwagę. Nie czułam się komfortowo, odpowiadając na pytania, dlatego starałam się robić to zdawkowo. Nie wiedziałam, jak się zachowywać, gdy ktoś był na mnie całkowicie skupiony; takie sytuacje nie zdarzały się często, nie byłam do nich przyzwyczajona. Sylvia natomiast, zupełnie niezrażona, zaczęła mi opowiadać o swoim życiu.
Zmarszczyłam brwi. Było całkiem... miło. Onieśmielała mnie jej otwartość, ale było naprawdę miło.
- Szukam pomocy domowej od tygodnia, ale trudno jest znaleźć kogoś, kto byłby w stanie przychodzić codziennie i spędzać tu kilka godzin. Dziecko też ich trochę odstrasza. Wprawdzie nie wymagam opieki nad George'm, huh, ciężko to wyjaśnić... Rozumiesz, kochanie? Sama obecność trzylatka w domu bywa bardzo rozpraszająca, nawet, jeśli ktoś się nim już zajmuje. Mój drugi syn stara mi się pomagać, ale nie wymagam od niego za wiele, bo właśnie rozstałam się z mężem, to dla niego nowa sytuacja... - Przerwała na chwilę, ocierając dłonią czoło. - O, już jesteśmy. Chcesz może wejść?
Spojrzałam na nią zaskoczona, lecz szybko pokręciłam głową. Piątka na mnie czekała.
- Trudno, może następnym razem. Do widzenia, kochanie.
- Do widzenia - odparłam, uśmiechając się lekko. Wiedziałam, że nie będzie następnego razu.

Piątka 
przeskok czasowy

  W zależności od pociągu, Joan wracała do domu albo w piątek wieczorem, albo w sobotę rano. Nie wgłębiałam się w to dlaczego. Tak właściwie, nie wgłębiałam się w większość rzeczy, które jej dotyczyły. Nigdy nie mówiła nam za dużo - nie wliczając w to tematu Christophera, o Christopherze potrafiła mówić naprawdę dużo. Były to rzeczy nadzwyczaj niepochlebne, ale z punktu widzenia osoby, nie zmuszonej do dzielenia z nim mieszkania, na tyle zabawne, że zdobywałam się jedynie na wywrócenie oczami. Dlatego, kiedy tego wieczoru stanęła w kuchni, spodziewałam się kolejnej serii narzekań, ewentualnie wiązanki przekleństw, której jako piętnastoletnie dziecko raczej nie powinnam usłyszeć - spodziewałam się czegoś, co podbuduje mój zdeptany humor.
Ale ona zdeptała go jeszcze bardziej. Tymi dwoma głupimi zdaniami.
- Nie powinnaś tyle jeść. Znowu przytyłaś. - Zastygłam w bezruchu, zaciskając usta w wąską kreskę. Już to słyszałam. Tydzień temu. Dwa tygodnie temu też. Michael uświadamia mnie o tym każdego dnia, rodzice również, więc naprawdę nie musisz mi tego mówić, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Chociaż nie zauważyłam żadnej różnicy.
Przetarłam szybko oczy i odwróciłam się na pięcie, przybierając rozbawiony wyraz twarzy. Nie chciałam, żeby zobaczyła, że mnie to dotknęło.
- Może ułożysz mi dietę, przyszła pani dietetyk? - Oparłam dłonie o blat stołu. Dopiero teraz przyjrzałam jej się dokładniej; nie rozumiałam, jakim cudem ktoś, kto studiuje naukę o żywieniu mógł doprowadzić się do takiego stanu. Wyglądała jak połowa mnie. Jak ćwiartka mnie. I nadal chudła. - Albo znowu opowiesz o zawartości sodu w płatkach kukurydzianych, ostatnim razem cię nie słuchałam.


  Siedziałam na łóżku w pokoju rodziców, wpatrując się w ogromne lustro przede mną. Nie wiedziałam, gdzie utkwić wzrok, dlatego spojrzałam na Joan, a potem na swoje odbicie. Na swoje wielkie, wstrętne odbicie. W uszach natychmiast rozbrzmiały mi jej słowa.
Nie wyglądam dobrze, powinnam zacząć ćwiczyć. I ograniczyć posiłki... Nie zjem dzisiaj kolacji. Śniadania też, potem zobaczę, ile będę w stanie wytrzymać. 
Pokręciłam głową z dezaprobatą. Joan wyszła.
Naprawdę znowu dajesz im się sprowokować? Już kiedyś próbowałaś się głodzić, nie jadłaś prawie nic przez pełny tydzień, a potem nażarłaś się tak, że wróciłaś do dawnej wagi. To nic nie da. Poza tym, jesteś... Westchnęłam głośno. Wcale nie jestem.
  Podniosłam się z miejsca, powoli zbliżając do lustra. Położyłam dłonie na brzuchu, by sprawdzić czy faktycznie przytyłam, ale nie poczułam żadnej różnicy. Może chciałam się oszukać? Starałam się oddalić od siebie wszelkie kompleksy i udawało mi się, akceptowałam siebie, więc może po prostu chciałam zagiąć rzeczywistość, żeby utrzymać ten stan rzeczy. Chociaż to tak strasznie niedorzeczne.
Rodzice nie powiedzieliby niczego, co miałoby mnie skrzywdzić, gdyby nie chcieli mojego dobra. Musiałam spojrzeć na siebie z ich perspektywy, z perspektywy kogokolwiek innego.
- Okay - mruknęłam cicho, po czym wzięłam głęboki wdech i przymknęłam powieki, wypuszczając powietrze z ust. Przywołałam w głowie swój obraz.
Prawie zawsze nosiłam obszerniejsze bluzy, dlatego nie zwracałam uwagi na to, co było pod nimi. Ale one wcale niczego nie zakrywały. Widziałam wszystko, wszystkie te rzeczy, które próbowałam przed sobą ukryć. Brak płaskiego brzucha. Brak drobnych ramion. Nie miałam w sobie niczego, czym mogłabym sprawić, że ktoś patrzyłby na mnie przychylnie. I jeszcze ten trądzik. Nie wierzę, że pozwoliłam, aby ktoś zobaczył mnie w takim stanie. Wyglądałam okropnie.
Przestań, nie jest tak źle. Zmarszczyłam brwi, wszczynając kolejną wewnętrzną wojnę. Jak długo zamierzałam się oszukiwać? Nie byłam piękna. Nie byłam nawet przeciętna, byłam po prostu... sobą. Najgorszą wersją siebie, której z całego serca nienawidziłam.

OPCCE - 5

  Telefon, telefon, telefon!
Ugh, gdzie ja włożyłam ten przeklęty telefon?
Rozejrzałam się po pokoju, mrużąc oczy. Nie kontaktowałam się z babcią ponad miesiąc i jeśli w dalszym ciągu będę zwlekać, z pewnością stracę miano jej ulubionej wnuczki. A zważywszy na fakt, że, z tego, co mi wiadomo jestem jej jedyną wnuczką, byłby to nie lada wyczyn. Chociaż może właśnie do tego zostałam stworzona - skoro nie potrafię zjednywać sobie ludzi, tracę tych, którzy litościowie trzymali się przy mnie. Brzmi logicznie. I z lekka depresyjnie, nie sądzisz?
Nie, nie sądzę.
  Więc, Kim, gdzie skończyłaś? Telefon, tak. Muszę znaleźć telefon. Choć właściwie, mogłabym zadzwonić ze stacjonarnego. Jeżeli Sam nie przyjdzie do głowy sprawdzanie bilansów telefonicznych, nie powinno stać się nic złego... Tylko, że to Sam. Cruella. Nie pracuje, więc cały wolny czas przeznacza na wpychanie w siebie hektolitrów taniego wina (ewentualnie piwa) i obsesyjnego kontrolowania swoich finansów. Nie uderzyła mnie od blisko dwóch tygodni, naprawdę wolałabym utrzymać ten stan rzeczy. Siniaki już prawie się zagoiły, a jeżeli nie pojawią się nowe, nikt nie będzie miał powodów do podejrzeń. Tak będzie lepiej. Nawet babcia... Babcia! Okay, Kim - oddychaj. Wdech, wydech, policzek i skup się. Gdzie mogłam włożyć telefon? Zazwyczaj trzymałam go w plecaku i... no cóż, rzadko go wyjmowałam. Przeważnie, kiedy chciałam poradzić się Megan w sprawie pracy domowej. Może powinnam była poszukać tam zanim zaczęłam panikować.
  Sięgnęłam więc po wyblakle czarną torbę, wyrzuciłam z niej podręczniki, do których zdecydowanie musiałam zajrzeć i włożyłam do środka rękę, licząc, że jednak coś tego dnia mi się uda. 
- Alleluja - szepnęłam po chwili, odchyliwszy głowę. 
Patrząc na listę kontaktów, z zażenowaniem zakodowałam w myślach fakt, że widnieją na niej tylko cztery numery. (w tym jeden, który zdobyłam w wyniku pomyłki) Mało to imponujące, pomyślałam, zagryzając policzek od środka. W międzyczasie wybrałam z listy Babcia. 
Wzdrygnęłam się na dźwięk pierwszego sygnału.
Przy drugim zrzuciłam z głowy kapelusz.  
Wraz z trzecim, przeczesałam włosy wolną dłonią. 
Kiedy w słuchawce wybrzmiał czwarty, zaczęłam się niepokoić. Zwykle odbierała od razu. 
Skrzyżowałam ręce na piersi i w chwili, w której już zamierzałam się rozłączyć, dobiegł mnie cichy głos kobiety. 
- Cześć, babciu - odparłam szybko, czując, jak moje wargi mimowolnie formują delikatny uśmiech. Tęskniłam za jej głosem. 
- Kto mówi?
- Tu Kim, babciu - zaśmiałam się krótko. - Nie wyjechałam aż tak dawno, chyba jeszcze mnie pamiętasz. 
- Kim? - coś w tonie, z jakim mówiła sprawiło, że po moich plecach przebiegł dreszcz. Mogłabym przysiąc, że w tej chwili drapie się po głowie albo siada w swoim wielkim fotelu i rozważa, czy nie przerwać połączenia. 
Zmarszczyłam brwi. Ona chyba naprawdę mnie nie pamiętała.
- Tak. Kim - przestąpiłam z nogi na nogę. - Kimberly. Kimmy. Kimmy-Jimmy?
- Kimmy-Jimmy! - słysząc jej wesoły śmiech, wypuściłam z ust powietrze. Nawet nie zauważyłam, kiedy wstrzymałam oddech. - Długo się nie odzywałaś. Coś się stało?
- Nie - pokręciłam lekko głową, po czym przygryzłam wargi, dodając ciszej - nie. Ale wiesz, babciu, poznałam kilka naprawdę fajnych osób.
- To twoi przyjaciele? - otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, gdy dotarło do mnie, że... wcale nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Siadaliśmy przy wspólnym stole, jadaliśmy razem lunch i spotykaliśmy się na treningach. Nie byliśmy szczególnie blisko, ba, w dalszym ciągu nie potrafiłam zamienić z nimi kilku sensownych zdań (dop. aut. zdań nie słów, i tak mamy progres!). A jednak lubiłam ich towarzystwo. Nie czułam się przy nich aż tak wyobcowana, dawali mi tą małą namiastkę bezpieczeństwa, a ja... ja ich okłamywałam.
- Nie - przyłożyłam dłoń do czoła, westchnąwszy cicho. Zabrzmiało o wiele ostrzej niż chciałam.
  Podeszłam do okna, opierając się ramieniem o ścianę. Na linii zapadła cisza. - Myślę, że jest jeszcze za wcześnie.
Przez dłuższą chwilę wodziłam wzrokiem po ulicy. Zatrzymałam się dopiero na Grace, która stała tuż przed moim domem i prawdopodobnie od kilkunastu sekund próbowała zwrócić na siebie uwagę. Gdy wyłapała moje spojrzenie, gestem nakazała mi zbiec na dół.
Ukradkiem zerknęłam na drzwi. Sam nie powinna niczego zauważyć - chyba, że najdzie ją ochota na niespodziewaną kontrolę. Ostatnio zdarzały się nadzwyczaj często, a ja nie mogłam w ich trakcie znikać. Sam lubiła mieć mnie pod ręką.
  Wygięłam usta w lekkim uśmiechu, po czym wskazałam na telefon, dukając bezgłośne przepraszam. Grace skinęła głową.
- Chciałabym, żebyśmy się lepiej poznali.
- Ale wszystko jest dobrze? - zapytała.
Oparłam głowę o ścianę. Patrzyłam jak Grace znika w drzwiach domu Jerry'ego; przypomniałam sobie nieskończony zapas energii, z jakim codziennie wchodzili do szkoły. Pomyślałam o Piątce. Potem o Megan.
- Nigdy nie było lepiej.

***

  Vanessa Crawford zdecydowanie nie była typem kobiety, która ot tak przestawała mówić. Mieszkając z nią w Los Angeles, zdążyłam się przyzwyczaić do jednostronnych rozmów, lecz do tej pory nie śmiałam sądzić, iż to ja będę mówić. Coś ewidentnie było nie tak - sęk w tym, że nie potrafiłam stwierdzić co.
Szczerze wątpiłam w to, że Megan może wiedzieć więcej, ale i tak naiwnie postanowiłam do niej zadzwonić. Gdy trzeci raz powiadomiono mnie o niedostępności abonamentu, rzuciłam telefon na łóżko, wydając z siebie stłumiony jęk. Przejechałam dłonią po twarzy.
Musiałam z nią porozmawiać.
  Zupełnie ignorując więc niebezpieczeństwo w postaci Sam, wyjęłam z szafy rozciągnięty sweter, który natychmiast narzuciłam na plecy. Megan powinna być teraz u siebie, co oznacza, że jeśli po drodze nie natknę się na Cruellę lub Jake'a, wszystko przebiegnie raczej niepostrzeżenie.
Wzięłam głębszy oddech, po czym chwyciłam za klamkę i powolnie otworzyłam drzwi. Sam rzadko spędzała czas na piętrze, dlatego nie poświęciłam wiele czasu na zlustrowanie korytarza. Znalazłszy się na parterze, zaczęły dobiegać mnie wątpliwości. Babcia nie była pierwszej młodości, te wszystkie zająknięcia, wahania czy braki odpowiedzi mogłam przecież przypisać lukom w pamięci. W jej wieku to normalne.
  Chociaż z drugiej strony, do tej pory jej się to nie zdarzało. Starała się mną zajmować tak, bym jak najmniej czasu spędzała w towarzystwie Sam; przygarniała mnie do siebie na długie godziny, czasami nawet na kilka dni i nigdy, naprawdę nigdy nie zauważyłam u niej oznak starzenia się. Była w doskonałej formie, momentami wydawało mi się, że lepszej ode mnie. To nie mogło się zmienić. Nie w dwa miesiące.
  Zagryzłam wargi, wyciągając dłoń w kierunku kolejnej pozłacanej klamki. Zanim jednak zdążyłam zrobić coś więcej, moich uszu dobiegły przyciszone szepty. Zmarszczyłam brwi. Raczej nie martwili się tym, że mogą mi przeszkadzać.
Przez chwilę się wahałam, jednak ostatecznie postanowiłam ruszyć w stronę głosów. Ostrożnie stawiałam kroki, coraz wyraźniej podchwytując słowa. Gdy znalazłam się dostatecznie blisko, całym ciałem przywarłam do najbliższej ściany. Wolałam nie ryzykować bardziej, wychylając głowę - i tak już obawiałam się tego, że zdradzi mnie głośno dudniące serce. Dziwnym trafem zaczynało bić szybciej za każdym razem, kiedy robiłam coś nieodpowiedniego.
- Mamy prawie puste konto. - głos Sam był bardzo niski, w dodatku zachrypnięty, dlatego zdarzało mi się mylić ją z Jake'm, jednakże tym razem nie musiałam się zastanawiać. Tylko ona miała dostęp do finansów. Kontrolowała nawet własnego męża, pomyślałam, śmiejąc się w duchu. Ciekawie.
- Henry dawno nie dzwonił - zauważył mężczyzna. - Spróbuję się z nim skontaktować, a ty sprawdź, czy zostało nam coś na tym zapasowym. Na razie powinno wystarczyć.
Zagryzłam policzek od środka. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, skąd biorą pieniądze. Sam wprowadziła jedną żelazną zasadę: Nie pytaj, ciesz się, że nie wyrzuciliśmy cię z domu i nie oczekuj żadnych odpowiedzi. Dlatego nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać ich, gdzie ani czy w ogóle gdzieś pracują.
Jestem kompletną idiotką.
- Pójdę po telefon, może jednak zadzwonił - usłyszałam Sam, a zaraz po tym skrzypienie krzesła, przejeżdżającego po podłodze. Moja twarz stężała. Wychodząc z kuchni nie trzeba się szczególnie rozglądać, prawda? Jeżeli postawię kilka bardzo szybkich kroków...
- Kimberly? - wiedziałam. Nie no, ja wiedziałam.
Zacisnęłam mocno powieki, obracając się na pięcie. Od Sam dzieliły mnie jakieś dwa metry; wszystko będzie dobrze, dopóki nie postanowi tego zmienić. Ze słowami powinnam sobie poradzić.
- Wybierasz się gdzieś? - zapytała, założywszy ręce na piersi.
Wzięłam głęboki wdech.
- Tak.
Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem słyszałam w swoim głosie taką stanowczość. Byłam dumna i przez moment myślałam, że nareszcie nadeszła pora, w której nareszcie całkowicie się jej przeciwstawię. Naprawdę tak myślałam. Ale kiedy poczułam, jak Sam ściska moją dłoń, boleśnie wbijając paznokcie w skórę, zapomniałam o sobie. Skupiłam się na usilnym powstrzymywaniu łez - mój płacz dawał jej satysfakcję, a to jedyna rzecz, jakiej byłam jej w stanie jej teraz pozbawić. Tak strasznie bolało. 
- Tak? - uniosła do góry obie brwi. Mierzyła mnie spojrzeniem tak długo, aż w końcu dostrzegła w moich oczach cień lęku. Uśmiechnęła się krzywo.
- Tak - powtórzyłam ciszej. - Idę posprzątać.

OPCCE - 4

"Może to jednak ma sens, co, mamo? Może unikania świata wcale nie było takin dobrem pomysłem, jak mi się wydawało. Może nic nie jest takie, jak mi się wydawało.
Czasami mam wrażenie, że jestem jak jedna, wielka czarna dziura. Przepuszczam przez siebie wszelkie emocje, a one giną wśród innych, żeby pewnego dnia połączyć się i uderzyć we mnie z całych sił. Nie dam sobie rady z takim uderzeniem. Wiem, że nie dam."
I chyba w tym tkwił cały problem. Bo czy możliwe jest, by wejść na szczyt, nie pokonując najpierw stoków? Czy można ukończyć bieg, nie stając nawet na linii startu? Kim doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie zdziała niczego, jeśli nie wyzwie świata do walki. Tylko, że aby to zrobić, musiała wyrwać się ze swojego schematu, a na to, mimo wszystko, nie była gotowa.

***

  Ogień buchał radośnie w kominku, oświetlając bladą twarz Megan. Kobieta postawiła przed siostrzenicą kubek gorącej herbaty, a sama zajęła miejsce w fotelu naprzeciw niej. Zwlekała z rozpoczęciem rozmowy. Odrobinę za długo.
- Przeszkadzam Ci? - Zapytała w końcu Kim, uprzednio upiwszy duży łyk napoju. Szczelnie objęła kubek palcami, żeby rozgrzać swoje knykcie. Naciągnięte rękawy swetra przestały jej już wystarczać.
- Nie, w żadnym razie. Zastanawia mnie tylko - Pochyliła się lekko do przodu i oparła łokcie o kolana. - dlaczego przyszłaś. Masz problemy w szkole? - Dziewczyna z namysłem pokręciła głową. Musiała jednak przyznać, iż kwestia jej ocen pozostawiała wiele do życzenia i gdyby Sam choć trochę się tym interesowała, nie byłoby dobrze. - Więc czemu?
- Chciałam tylko... - Westchnęła cicho. Przeniosła wzrok na kominek, lecz przez zaparowane okulary zobaczyła jedynie rozmazane pomarańczowe języki. Po chwili wahania jej spojrzenie spoczęło na Megan. - Opowiesz mi o mamie?
- Myślę, że wiesz o niej wystarczająco dużo. - Oblizała usta. - Nie mam pojęcia, co mogłabym Ci jeszcze powiedzieć.
- Jest tyle rzeczy... Nie wiem z kim poszła na studniówkę, jak poznała tatę, czy lubiła siadywać na kanapie i czytać Dickensa. - Jej głos się załamał, a oczy mimowolnie wypełniły łzami. Kochała kobietę, której praktycznie nie znała. Nosiła w sobie tylko wyblakłe wspomnienie. - Nie wiem nawet kto był przy niej, kiedy dowiedziała się, że umiera.
Odłożyła kubek na stolik, po czym zdjęła z głowy swój kapelusz. Jej włosy rozproszyły się w nieładzie niemalże po całej twarzy, więc powolnie przeczesała je dłonią. Wszystko byleby zapomnieć o burej sali i szpitalnym łóżku.
To nie dzieje się naprawdę, Kim, spokojnie. Ona wcale nie umiera ani nie uśmiecha się w ten swój szczególny sposób. Lekarz nie idzie w moją stronę, respirator nie pokazuje prostej linii. To fikcja. Tylko zły sen. 
Megan zacisnęła usta. Przymknęła powieki, by dokładnie przypomnieć sobie każdy szczegół z tamtego dnia. Siedziały razem na kanapie w jej domu i rozmawiały o planach ślubu z Andre. Liv podziwiała pierścionek, który błyszczał na serdecznym palcu siostry, kiedy nagle podciągnęła kolana pod brodę. Objęła je ramionami i uśmiechnęła lekko, tak jak to miała w zwyczaju robić. Zmrużyła oczy.
- Mam raka w zaawansowanym stadium. - Powiedziała, oparłszy nogi o biodra Megan. Włożyła dłonie pod uda. - Przepraszam, jeśli nie będzie mnie na Twoim weselu. Chociaż, wyglądasz jak ja, możesz trochę powkręcać ludzi. Większość i tak nie potrafi nas rozróżnić.
  Olivia nie pojawiła się na ślubie. W kilka dni przed jej śmiercią, Megan odkryła, że we Francji ktoś już czeka na Andre. Ktoś, kto łudząco przypominał czarnowłosą kobietę z dwojgiem małych niemowlaków.
- Poczekaj chwilę. - Przełknęła ślinę i wstała, opierając się o fotel.
Ruszyła do swojej sypialni, lecz jej krok był tak niepewny, że zdawała się w pełni gotowa do powrotu z pustymi rękami. Nie chciała tam wchodzić. Nie chciała znowu na to patrzeć. Ale nie mogła też dłużej ukrywać prawdy, nawet jeśli będzie ją to kosztować kolejne nieprzespane noce i mokrą poduszkę. Zbyt dużo się wydarzyło.
- Poszła na studniówkę z Billy'm Lewisem, moim byłym chłopakiem. Nie odzywałam się do niej wtedy przez miesiąc. - Szepnęła. Odłożyła na stolik opasłą księgę z czarno-czerwonymi motylami na okładce. Swój album z dzieciństwa. - Poznała Marka w trakcie kradzieży. Zabrali jej torebkę.
- Tata złapał złodzieja?
- Tata był złodziejem. - Zaśmiała się krótko, odgarnąwszy włosy z czoła. - Torebka jego mamy wyglądała dokładnie tak samo jak torebka Liv, pomylił się. Było mu tak głupio, że kiedy wszystko się wyjaśniło zaproponował jej kawę, a potem... samo jakoś poszło. Pasowali do siebie.
- Dlaczego nie wzięli ślubu?
- Zaręczyli się, kiedy Olivia zaszła w ciążę. - Obwiodła wzrokiem swoje splecione palce, po czym poczuła drżenie ramion, które powoli opanowywało całe jej ciało. Właśnie tego zamierzała uniknąć. - Wszystko już nawet zaplanowali, ale tamtego dnia... Mark chciał jej powiedzieć, że obronił swoją pracę magisterską. Uważał, że to nie sprawa na telefon i kiedy wybiegał na ulicę... Chyba wiesz jak się skończyło. - Kimberly położyła kobiecie dłoń na ramieniu i mocno je ścisnęła. Milczały przez dłuższą chwilę, jakby udając, że ten wypadek wcale nie miał miejsca. O wiele łatwiej było myśleć o tym w ten sposób niż stanąć twarzą w twarz z druzgoczącą prawdą. Nawet jeśli okazywała się ona jedynie odległym wspomnieniem w najdalszych zakątkach umysłu.
- Uwielbiała Dickensa - Odezwała się w końcu zachrypniętym głosem. - ale odkąd się urodziłaś czytała go coraz rzadziej. Wolała spędzać czas przy Tobie, poważnie, nie odstępowała Cię na krok. Czasami nawet zasypiała obok Twojego łóżeczka. - Na jej twarzy znów pojawił się słaby uśmiech. W ostatnich tygodniach życia Olivia ledwie się ruszyła, ucinała sobie coraz częstsze drzemki, aż w końcu niemalże w ogóle nie wstawała z łóżka. Chwilami, kiedy się budziła przyciągała Kim do siebie i prosiła Megan o czytanie jej jej ulubionych powieści, dopóki ponownie nie zapadała w sen. Kochała prozę bardziej niż cokolwiek innego. - Pamiętam, że jak jeszcze mieszkałyśmy razem, chowała książki w podręcznikach i udawała, że się uczy. Opierała się wtedy o ścianę, a pod łokieć podkładała sobie poduszkę. Mówiła, że to po to, żeby było jej wygodniej, ale po prostu wolała nie ryzykować. Mama była bardzo ostra w kwestii wykształcenia.
Babcia?, pomyślała Kim, Przecież ona jest najłagodniejszą osobą na świecie. Zaraz po tym uświadomiła sobie, iż nie dzwoniła do Vanessy od kilku tygodni. Na pewno strasznie się martwiła.
- Ale to zrozumiałe. Chciała nam zapewnić jak najlepszą przyszłość... - Splotła dłonie na kolanach i po raz kolejny pogrążyły się w milczeniu. Teraz jednak cisza trwała zdecydowanie krócej. - Chciałabyś obejrzeć zdjęcia? Nie robiłam tego od wieków. - Z roztargnieniem sięgnęła po album, kilka razy stukając w okładkę. Dostała go na dwunaste urodziny, więc z racji tego na pierwszej stronie znajdowała się wyblakła fotografia przedstawiająca ją i Olivię zdmuchujące świeczki z tortu.
- Pewnie. - Szepnęła Kimberly. - Zawsze chciałam zobaczyć jak mama wyglądała, kiedy była dzieckiem. W Los Angeles nie było żadnych albumów. Sam twierdzi, że "rozpamiętywanie tego, co było to tylko strata czasu".
- Chyba, że ma się naprawdę fajne wspomnienia. Chodź.
Dziewczyna przysunęła się do Megan tak blisko, że stykały się ramionami. Nie czuła dyskomfortu tak jak wtedy, kiedy siedziała z Jackiem na dachu, co znacznie ją zmartwiło. Powiedział, że jej ufa. Jej. Osobie, która podczas dwumiesięcznej znajomości okłamała go niezliczoną ilość razy. Osobie, która odwraca wzrok niemal za każdym razem, gdy na nią patrzy. Osobie, która z całego serca pragnie wykrzyczeć światu to, co nosi w sobie, ale nie ma nawet odwagi, by podnieść głos. Osobie, które w ogóle nie jest tego warta.
Próbowała przywołać w głowie ich wspólny obraz. W milczeniu wpatrywali się w panoramę Seaford. Wydawało się, że wystarczy jeden zamaszysty ruch, a będą mieć cały świat w garści i rządzić nim jak tylko zechcą. Jeden ruch. Skinienie ręką. Tymczasem oni trzymali swoje dłonie w zamknięciu, żeby zapomnieć o tym, co mogło być ich. Krążyli w zakamarkach umysłu, każdy pogrążony we własnych myślach.
Jego dotyk był dla niej czymś nieodgadnionym. Nie znała dotąd takiego uczucia - nikt wcześniej nie muskał jej skóry tak delikatnie. I nie widział w tym nic złego. Ściskał jej dłoń, a gdzieś tam, w stołówkowym tłumie, czekała na niego dziewczyna, która doświadczała tego na co dzień. Czy ona też to wtedy czuła? Czy też czuła palce przeskakujące pomiędzy jej palcami? Czy czuła ciepło wypływające z ich koniuszków? Czy równie rozpaczliwie pragnęła się wyrwać, jednocześnie chcąc by ta chwila trwała jak najdłużej? Bo tak przecież powinno być. Przecież miała go pocieszyć. Powinna pozwolić mu odczuć swoją obecność.
Dlaczego więc nie potrafiła pozbyć się dyskomfortu? Jack nie wstanie, nie zbije jej z tropu chwytając w objęcia i nie zrzuci jej z dachu. Nic jej nie groziło.
On cierpiał, a ty myślisz tylko o tym, że nie umiałaś wytrzymać jego bliskości. Zawsze myślisz o sobie. Egoistka. 
- Spójrz! - Megan zaniosła się śmiechem, wskazując palcem na kolorową fotografię w albumie. - To były nasze szesnaste urodziny. Zaprosiłyśmy na nie pół szkoły, żeby zatuszować zaproszenie dla Billy'ego Lewisa. Strasznie się w nim kochałam, ale chodził wtedy z kimś innym, więc uznałam, że zwrócę na niego uwagę i poczekam aż rozstanie się z dziewczyną. Mnie rzucił po półtora roku, a potem poszedł na studniówkę...
- Z moją mamą. - Przerwała Kim. Musiała zająć się czymś, żeby przestać myśleć o Jacku i cieple oraz ciężarze jego dłoni. Nie po to tu przyszła. - No więc... co zdarzyło się na studniówce?

***

- JACK! - Donna pociągnęła chłopaka za rękaw, żeby choć częściowo zwrócić na siebie jego uwagę. Od kilkunastu minut siedzieli oparci o ścianę przy jego łóżku, wymieniając ze sobą zaledwie parę słów. Nie rozmawiali ze sobą normalnie odkąd wyrzuciła mu, iż zauważyła druzgocącą zmianę w ich związku. Myślała, że to w jakiś sposób wpłynie na jego zachowanie - pozwoli na zmniejszenie powstałej odległości, jednakże on praktycznie przestał się odzywać. Może zastanawia się, co zrobił nie tak i szuka rozwiązania? Albo rozprawia nad idealną randką, która wynagrodzi jej ostatnie dni? To wcale nie byłaby taka straszna perspektywa. Ona w pięknej sukience, a obok on z białą różą w ręku i... - Jack., mam jutro sprawdzian z biologii. Będę musiała się pouczyć.
- Możesz pouczyć się u mnie. - Odparł machinalnie. Zacieśnił uścisk na jej ramieniu, odwracając wzrok od przeciwległej ściany. Napiął mięśnie twarzy, żeby zmusić się do uśmiechu.
- Wolę nie, nie potrafię się tu skupić.
- Ja Cię tak rozpraszam? - Uśmiechnął się znacząco, uniósłszy brwi do góry. Zdawał się wrócić do żywych. Przynajmniej na chwilę.
- Raczej to, że już w ogóle ze mną nie rozmawiasz. - Zwróciła twarz w jego stronę, po czym szczelnie zamknęła dłoń w swoich objęciach. - Chcę, żeby między nami było jak dawniej, Jack. - Zamrugała powiekami, żeby stłumić w sobie szloch. Wcale nie była tą złą. Ona po prostu próbowała odzyskać kogoś na kim jej zależało. Czy to naprawdę tak wiele? - Kiedyś mówiliśmy sobie o wszystkim. Nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic, pamiętasz? Co się z nami stało? Co, do cholery, się z nami stało?
Jack spojrzał na ich splecione dłonie. Miał ochotę pocałować każdy jej palec z osobna, aby zapewnić, iż niedługo wszystko wróci do normy, nawet jeśli musiałby skłamać. W końcu była jego najlepszą przyjaciółką. Przyjaciółką, która zawsze jest obok i powierza mu całą siebie. Która strzeże go niczym osobisty anioł stróż i nie pozwala na nic, co mogłoby go skrzywdzić. Kiedy zdążył w to zwątpić? Kiedy cały świat runął mu na głowę? I dlaczego nie zauważył niczego wcześniej?
- Jest dobrze. Miałem kilka gorszych dni, ale z nami wszystko jest dobrze. - Podniósł jej podbródek i delikatnie pocałował w nos. Minęło trochę czasu zanim znów otworzył usta. - Donna?
- Naprawdę muszę już iść. - Szepnęła, zsunąwszy się z łóżka. Narzuciła na plecy płaszcz, a potem podeszła do drzwi, gdy, naciskając klamkę, spojrzała na szatyna. Patrzyła na jego oczy, włosy, ręce i usta - te same, które trzy minuty temu znalazły się na jej skórze.
Wtedy uśmiechnęła się pokrzepiająco, jakby chcąc pokazać, że nie boi się tego, co zamierza powiedzieć. - Kocham Cię, Jack.
Chłopak napiął mięśnie twarzy, czując jak ściska mu się żołądek. Jego serce powinno chyba teraz tańczyć z radości, prawda? Czemu więc tego nie robi? Czemu zamiast tego niemalże staje w miejscu? Czy to oznacza, że jego uczucia wobec Tobin uległy zmianie? A może po prostu zgubił się trochę i potrzebował czasu, żeby odnaleźć wyjście z labiryntu? Gdzieś tam na pewno czekała na niego odpowiedź. Musiał tylko wytężyć wzrok.
Tymczasem wpatrywał się w szatynkę, szukając odpowiednich słów. Po minucie otworzył usta.
- Ja Ciebie też.

***

Kimberly przejechała palcem po pożółkłej stronie, wypuściwszy powietrze z płuc. Olivia leżała na stoliku owinięta w różowe śpioszki i ochoczo wymachiwała nóżkami, podczas gdy Megan położona była na boku, pochrapując cichutko. Pierwszy dzień po powrocie ze szpitala.
Po przeciwnej stronie stały przy sobie spokojnie, chociaż uśmiech na ich twarzach zwiastował, że za chwilę ruszą biegiem w kierunku budynku, stojącego za nimi. Pierwszy dzień w przedszkolu.
Na ostatniej fotografii obie dzierżyły w dłoniach dyplom ukończenia szkoły. Miały na sobie czarne togi przewieszone żółtą wstęgą, o której obie tak bardzo marzyły. W tle widać było młodą kobietę. Patrzyła w aparat z wyraźną kpiną w swoich lodowatych, niebieskich oczach. Sam.
- Chcę, żebyś wróciła ze mną do domu. - Wypaliła nagle, po czym zamknęła album na pierwszej stronie. - Chcę, żebyś z nią porozmawiała. Proszę, Megan.
Megan otworzyła usta, lecz nic nie powiedziała. Milczała dopóki nie poczuła, że nadszedł czas, by się odezwać. Mogła wreszcie zakończyć tę farsę. Mogła ustrzec Kim, mogła wyznać całą prawdę i już nigdy więcej nie spojrzeć jej w twarz, mogła w końcu przestać się bać. Mogła. Ale czy potrafiła?
- Jak Cię traktują? - Jej dłonie zadrżały. Wymusiła nerwowy uśmiech.
- Ostatnio nie jest tak źle. Słucham Sam, nie wchodzę w drogę Jake'owi... tak jak powinno być.
Kobieta mocno ściągnęła brwi, powstrzymawszy zbliżającą się falę szlochu. Tak wcale nie powinno być. Tak nie miało prawa być.
- Będzie lepiej, jeśli już pójdziesz.
- Zrobiłam coś nie tak? - Skonsternowana obserwowała jak Megan krząta się po pomieszczeniu w poszukiwaniu płaszcza. Gdy wcisnęła go jej do ręki, głęboko westchnęła. - Co się dzieje?
- Kochanie - Ujęła jej dłonie i spojrzała prosto w oczy. Czas ma niewyobrażalną siłę, pomyślała, potrafi oddalić wspomnienia, zabliźnić rany. Lecz nie zaciera śladów do końca. Żyjemy w teraźniejszości, martwiąc się o przyszłość, a gdzieś z zakamarków duszy dobiega nas przeszłość. Trzy potęgi, które nie mogą zwiastować czegoś dobrego. - nie pozwól sobie wmówić, że robisz coś źle. Musisz wytyczyć dla siebie własną drogę, z własnymi ludźmi, z własnymi błędami i z własnymi uczuciami. Będzie dobrze, może jeszcze nie teraz, ale kiedyś na pewno. Obiecuję Ci.
- Nie wierzę w szczęśliwe zakończenia, ciociu.
- Ja też. - Uśmiechnęła się słabo. - Więc chyba pora zacząć.

***

Krople deszczu w równych odstępach uderzały o podłogę starego magazynu. Kim miała wrażenie, że od momentu, kiedy usiadła na krześle minęło co najmniej kilka godzin. Zbyt długo, by nadal było ją stać na racjonalne myślenie.
- Cieszę się, że przyszłaś. - Usłyszała cichy głos Piątki. Brzmiała o wiele słabiej niż tydzień temu. O wiele bardziej bezbronnie. - Byłam prawie pewna, że będę musiała mówić do kartonów.
Blondynka nerwowo potarła o siebie dłonie. Nie pamiętała jak tu przyszła. Całą drogę skupiła się raczej na tłumieniu w sobie lęku i spekulowaniu na temat tego, co poczuje gdy przekroczy próg. Zawaha się naciskając klamkę? A może po prostu zacznie biec, żeby odwrócić uwagę od łomoczącego w piersi serca? Nie potrafiła znaleźć odpowiedniego scenariusza, dlatego weszła tu ze spuszczoną głową. Liczyła kroki. I nic nie czuła.
- Jak Ci minął tydzień? Dobrze? To świetnie, mnie też. - Dodała, zanim Kim w ogóle zdążyła otworzyć usta. Chociaż pewnie i tak nic by nie powiedziała. Ściśnięte gardło nie pozwalało jej mówić. - Mój brat może tylko... Nigdy nie był za bardzo ukontentowany. Wolał raczej podejść do mnie, uderzyć w twarz i zwyzywać od grubych, i nic nie wartych suk. Zresztą, nadal woli. - Zaśmiała się półgłosem, chwilę później westchnęła. - Ale to nic strasznego. W końcu nie mogę spierać się z prawdą... tylko on ma na tyle odwagi, żeby powiedzieć mi to prosto w oczy. Cenię go za to, bo... przecież lepiej jest wiedzieć na czym się stoi. A gdyby było inaczej, rodzice na pewno coś by zrobili. - Zamrugała szybko, żeby odpędzić napływające do oczu łzy. Nie zamierzała się rozpłakać. Nie pozwalała sobie na płacz.
To jedyna rzecz, która zapewniała ją, że jednak ma w sobie coś z wartościowego człowieka. Suche policzki.
- Mniejsza z tym. Chodzisz tutaj do szkoły? - Wyprostowała plecy, zmuszając się do uśmiechu. Joan powiedziała jej, że uśmiech wywołuje endorfiny, które trafiają do mózgu i wprawiają Cię w dobry nastrój. Od tego czasu starała się to robić jak najczęściej. Nawet jeśli miała okłamywać samą siebie.  - No przecież, inaczej byłabyś teraz gdzie indziej. Chyba, że lubisz przesiadywać w opuszczonym, zabitym dechami magazynie, który wygląda niczym wyjęty z jakiegoś kiepskiego kryminału albo horroru. Nienawidzę horrorów. - Mówiła szybko, na jednym wdechu. - Nie to, żebym się ich bała... No, może trochę, ale musisz przyznać, że patrzenie na zombie, które wyżerają sobie mózgi nie należy do najprzyjemniejszych. Czasami mam wrażenie, że ktoś zeżarł mózgi scenarzystów...
Przez kolejnych piętnaście minut Piątka żywo opowiadała o wszystkich gatunkach filmowych z jakimi udało jej się zaznajomić. Kimberly próbowała za nią nadążyć, w międzyczasie zastanawiając się, czy w ten sposób sukcesywnie uniknęła rozmowy o swoim bracie, czy nagłe zmiany tematu po prostu weszły jej w nawyk. Ale nie miała odwagi, żeby o to zapytać.

OPCCE - 3

W napięciu bębnię palcami o blat stolika. Rozglądam się po klasie i koduję w pamięci każdy szczegół, chociaż robiłam to już tysiące razy. Nic się nie zmieniło. Od dwóch lat.
Na wpół zasłonięte okna nie wpuszczają do pomieszczenia tyle światła, co powinny. Blade promienie padają na niezapisaną tablicą, odbijają się też w tarczy zegara, który wisi tuż ponad nią. To właśnie tam patrzę najczęściej. Odliczam minuty do usłyszenia zbawczego dzwonka. Nie lubię tu przebywać. Nie odkąd poznałam jego.
Myślałam, że to będzie prosty układ. Że będę widywać go każdego ranka, mijać się z nim na korytarzu, ale nas dwojga nie złączy żadne głębsze uczucie. I faktycznie tak było. Przynajmniej dopóki tamtego dnia nie usiadł naprzeciw mnie, wyciągając zza pleców plik kartek. Jako jedna z nielicznych byłam naprawdę przygotowana, nie stresowałam się. Może gdybym odczuwała wtedy strach, teraz nie musiałabym z odrazą przypatrywać się jego krzywemu uśmiechowi. Miał satysfakcję z tego, że mnie złamał. Mnie. Pilną i ambitną córkę kolegów z pracy, której zawsze wszystko wychodziło.
- Frankie, podejdź do tablicy.
Na początku roku mylił mnie jego beznamiętny ton. Wydawał się zwyczajnym nauczycielem, nie różniącym się niczym od pani Cross czy chociażby moich rodziców. Gdybym wiedziała co nas czeka w życiu nie pozwoliłabym na zapisanie mnie do tej szkoły. Nie tam, gdzie jestem zmuszona go znosić. Nie tam, gdzie jestem zmuszona wysłuchiwać jego krzyków.
Frankie ociężale podnosi się z miejsca. Nie dziwię się, że tak długo z tym zwleka. Na jego miejscu zrobiłabym to samo, nawet jeśli dokładnie wiem, jak należy poprowadzić kredą, by zapisać odpowiednie rozwiązanie. Jeśli to wszystko wiesz, dlaczego wtedy sobie nie poradziłaś? Jesteś do niczego. Serce podchodzi mi do gardła. Silę się na pokrzepiający uśmiech, ale chłopak nawet nie patrzy w moją stronę. W drżącej dłoni trzyma podręcznik, drugą przepisuje treść zadania. Przez moment odnoszę wrażenie, że mu się uda i chcę nabrać powietrza w płuca, żeby odetchnąć z ulgą. Zamiast tego wstrzymuję jednak oddech. Po zapisaniu znaku równości jego ręka opada wzdłuż ciała. Wbija wzrok w podłogę zupełnie jakby miał znaleźć tam odpowiedź. No dalej, Frankie. 
- Nie zdążyłem zrobić tego zadania. - mówi tak cicho, że ledwie go słyszę.
- Jakoś mało mnie to interesuję. Zrób je teraz - szorstkość głosu profesora podrażnia mi uszy. Chcę jakoś wesprzeć Frankie'go. Podejść do niego, położyć dłoń na ramieniu lub najzwyczajniej w świecie stanąć tam za niego. Mnie to nie zaszkodzi. Na mnie jeszcze nie nakrzyczał.
- Nie rozumiem tego.
Nie, nie, nie. Wszystko tylko nie to zdanie, błagam cię. Powiedz, że się przesłyszałam. 
Kwadrat różnicy. Strona osiemdziesiąta szósta. Zielona ramka. Znam jej treść na pamięć, każde durne słowo, każdy przecinek. Tylko to jedno zdanie mogło pomóc mi w pojęciu bieżącego materiału, ale nie spierałam się. Nie miałam na tyle odwagi, aby powiedzieć mu, że podanie numeru z dolnego rogu kartki nie każdemu wystarczy do pełnego pojęcia wzorów skróconego mnożenia. Jeślibym się na to zgodziła pewnie pomyślałby, że jestem jedną z takich osób, a nie zamierzałam więcej tracić w jego oczach. Nie zamierzałam tracić w oczach nikogo.
- Jak możesz tego nie rozumieć?! - profesor unosi się gniewnie. Przymykam powieki. Nie chcę znowu na to patrzeć. - Ach, no tak, zapomniałem. Nie potrafisz nawet dodawać, nie wiem skąd wziął się pomysł, że poradzisz sobie z tak niezwykle skomplikowanym działaniem jak potęgowanie - Frankie przełyka ślinę. Jest bliski płaczu. - Jaki jest wzór na kwadrat różnicy?
Każdy członek jego ciała się napina, twarz mu tężeje. Rozpaczliwie powtarzam w myślach treść formułki mając nadzieję, że w jakiś niewytłumaczalny sposób ta przeniknie do jego mózgu. Na pewno ją zna. Musi ją znać.
Po krótkiej chwili milczenia profesor traci cierpliwość. Wzdycham cicho. To nie sprawia mi żadnego kłopotu. To ja powinnam tam stać i wytrzymywać spojrzenia uczniów. To mnie powinien teraz nagabywać.
- A kwadrat minus dwa razy ab plus b kwadrat - szepczę, jednak w klasie panuje taka cisza, że słychać mnie pewnie na drugim końcu sali. Profesor kiwa głową. Frankie podnosi wzrok.
- Siadaj. Niedostateczny. - zaciskam usta w wąską kreskę. Udaję, że rozwiązuję następne zadanie, podczas gdy tak naprawdę skupiam się na krzyku dźwięczącym w swoich uszach.      
Nie miał prawa podnieść głosu. - Za trzy lata piszecie maturę. Nie mam pojęcia jak zamierzacie do niej podejść z taką wiedzą.
Ja też nie mam pojęcia o kilku istotnych sprawach. Na przykład, nie mam pojęcia, dlaczego postanowiłeś zostać nauczycielem. Nie mam pojęcia, dlaczego otwarcie wyśmiewasz osobę z dysleksją. Nie mam pojęcia , dlaczego nikt cię jeszcze nie zwolnił. I nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo chcę ci udowodnić, że jestem mądrzejsza niż ci się wydaje.

***

Unikanie Jacka było zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, jaką Kim kiedykolwiek zrobiła. Bez niego reszta wydawała się nie przejmować nią tak bardzo, nie przyglądać tak badawczo.  Mogła udawać, że nic się nie wydarzyło. Nie odpowiadać na nęcącę pytania. Nie wyjaśniać, z jakiego powodu po końcowym dzwonku wybiegała ze szkoły bez pożegnania. Odpowiadało jej to. Całe przerwy mogła spędzać na dachu, dopracowując rysunki w zeszycie i nie martwiąc się tym, że ktoś ją znajdzie. Dopóki faktycznie tego nie zrobił.
- Byłem pewny, że cię tu znajdę. - ręka dziewczyny zamarła w bezruchu. Nie odwróciła się, żeby sprawdzić kto to. Nie musiała się odwracać.
- Wiem - odparła, spuściwszy wzrok. - Ciekawi mnie tylko, czemu nie przyszedłeś wcześniej.
Jack usiadł tak blisko niej, że niemal stykali się ramionami. Wykrzywił wargi w półuśmiechu. Brakowało mu tego.
- Domyśliłem się, że nie chcesz z nikim rozmawiać, chociaż kompletnie nie rozumiem dlaczego. - Dlaczego? Bo czuła ulgę, gdy nie musiała przejmować się tym, że palnie jakąś głupotę. Bo wolała tłumić w sobie wszystkie uczucia. Bo tak było prościej. - Ale chcę pogadać. - Kim spojrzała na niego kątem oka. Zmierzwione włosy opadały mu na czoło i policzki. Wyglądał na zdenerwowanego. - Chciałbym... to znaczy, ja... - odchrząknął. - Dziękuję ci. Głupio mi, że musiałaś wtedy tego wszystkiego wysłuchiwać. Zazwyczaj to ludzie przychodzą do mnie jeśli potrzebują się komuś wygadać. Jestem naprawdę dobrym słuchaczem... No i, gdyby tylko naszłaby cię ochota... ja chętnie... - jąkał się. Nigdy wcześniej nie był taki spięty. - Nie idzie mi najlepiej, co?
Kimberly pokręciła głową. Zaśmiała się cicho.
- Nie-e.
- Mogłabyś mnie jakoś wesprzeć - rzekł rozbawiony, szturchając ją ramieniem.
Następne słowa dobierał ostrożnie; tak jakby bał się, że Kimberly po ich usłyszeniu ucieknie i już nigdy więcej się do niego nie odezwie. Ale wiedział, że to bezpodstawny lęk. Wierzył w każde jej słowo, w każdy ruch. Ufał jej.
I w tym tkwił cały problem. Ona nie ufała jemu.

***

Dopóki Kim wywiązywała się ze swoich obowiązków Samantha nie dociekała, gdzie przebywała, kiedy potajemnie wymykała się z domu. Możnaby powiedzieć, że po długich latach ciężkiej pracy nareszcie dostała trochę swobody. Ale to wcale nie była swoboda.
- Mogę iść do siebie? - spytała cicho, wycierając ostatni talerz po kolacji. Jadła w salonie: oficjalnie, żeby nie poczuć się kimś więcej niż zwyczajną pomywaczką; nieoficjalnie, żeby nie musieć przebywać w towarzystwie opiekunów dłużej niż wymagała tego konieczność.
Kobieta obrzuciła ją zimnym spojrzeniem i delikatnie obróciła głowę, aby mieć w zasięgu całą kuchnię. Zmarszczyła nos, ale skinęła.
- Jak sobie chcesz. - podrapała się po nosie. - Zresztą, nie dam rady dłużej na ciebie patrzeć.
- I vice versa, Cruello. - mruknęła, gdy stała już przy wyjściu. Założyła włosy za ucho. Poprawiła okulary.
- Mówiłaś coś?
- Tak. - odwróciła się przez plecy i uśmiechnęła blado. Jej ciało nie miało wystarczająco dużo siły, by nadal odpychać od siebie fale lęku. Ale nie żałowała, że to powiedziała. - Dobranoc, ciociu.

***

Klucz zgrzytnął w zamku. Kimberly z ulgą stwierdziła, że klamka ustępuje pod naporem jej dłoni i weszła do środka. Nic się nie zmieniło od ostatniej wizyty tutaj, chociaż minęło już dosyć sporo czasu. Dobrze.
Dziewczyna otworzyła okno, by wypędzić z pomieszczenia stęchłe powietrze. Usiadła na ciemnoróżowym dywanie, opierając się o szczeble hebanowego łóżeczka. Dzierżyła w dłoniach jedyny list, jaki otrzymała od mamy. Czytała go tak wiele razy, że każde słowo zdążyło zakodować się w jej pamięci. Wiedziała, gdzie postawiona była kropka, gdzie dłoń Liv zadrżała podczas pisania - odkryła wszystko z wyjątkiem najbardziej pożądanej przez nią rzeczy. Przesłania.
- Żałuję, że nie mogę być przy tobie, Kimmy. Ale ty nie żałuj. Nie martw się o mnie. Nie myśl o mnie. - zaczęła czytać. - Pamiętaj tylko, że nie ma na świecie nikogo, kogo mogłabym pokochać bardziej od ciebie. Kocham Cię. Ja też Cię kocham, mamo.
Dlatego musisz znaleźć mój testament. Zanim zrobi to ktoś inny. Postaram się.
Schowałam go tam, gdzie rączka dziecka najchętniej poznaje świat, a światło rzuca cień na         lustrzane odbicie przeszłości. Och, mamo, dlaczego mówisz szyframi? Tak bardzo chcę, żebyś była ze mnie dumna, ale nie rozumiem, co próbujesz mi powiedzieć.
Wierzę w ciebie, skarbie. Jesteś promykiem, który przywróci miastu dawne światło.
Kim podniosła się i oparła dłońmi o parapet. Księżyc rzucił na jej twarz srebrną poświatę. Seaford nie potrzebuje dawnego światła. Seaford samo w sobie jest światłem

OPCCE - 2

*W rozdziale mogą pojawić się wulgaryzmy*

- Nat! - wołam, wychylając głowę zza drzwi łazienki. Dziewczyna leniwie przeciąga się na łóżku i macha ręką w moją stronę. Nie daruję jej, jeżeli znowu się spóźnimy. Jest w ostatniej klasie, chyba powinna zadbać o dobrą opinię. Wysoka średnia nie gwarantuje miejsca w wymarzonym college'u. - Nat - powtarzam ciszej. Przemierzam korytarz szybkim krokiem. Może trochę przesadzam, myślę. Znowu uczyła się do późna, ciekawe czy w ogóle zmrużyła w nocy oko. Szkoła wysysa z niej całą energię życiową.
- Wstawaj, mamy niecałe pół godziny do pierwszego dzwonka - pochylam się nad nią, lekko szturcham w ramię. Czuję gwałtowne wzdrygnięcie, spotęgowane oskarżycielskim spojrzeniem. Po moich plecach przechodzą nieprzyjemne dreszcze. Sytuacja powtarza się każdego ranka, lecz nadal nie potrafię do tego przywyknąć. - Ciesz się, że Joan wyjechała na studia. Łazienka wolna - te słowa ostatecznie ją przekonują. Zwleka się z łóżka, przeczesując włosy dłonią. Wygląda niczym strach na wróble w krótkich zielonych spodniach i luźnej szarej bluzce. Nie mam pojęcia w jaki sposób codziennie przeistacza się w piękną królewnę. To jakaś czarna magia. Której przy okazji nigdy nie posiądę.
- Rodzice nas podwożą? - przytakuję, sprawdzając dzisiejszy harmonogram. Zaczynam od angielskiego, co znaczy, że nie muszę przejmować się czasem. Jeśli ja się spóźnię, nauczycielka także.
- Możesz stać przy lustrze tak długo jak chcesz - uśmiecham się pod nosem. Jestem losowi bardzo wdzięczna za nieobdarowanie mnie cechami typowej dorastającej kobiety. Nie rozumiem tej obsesji na punkcie idealnego makijażu czy ubrań z najwyższych półek. Może dlatego, że odzież przychodzi do mnie automatycznie, prosto z szafy Natalie. - Przynajmniej dopóki Michael się nie obudzi.
- Szykuj się - szepcze, gdy na schodach rozlegają się pierwsze kroki. Kładzie mi dłoń na ramieniu. Wie, że ciężko to znoszę. Wszyscy ciężko to znosimy. - Postaram się nie siedzieć tam cały ranek - rzuca na odchodnym. Stara się poprawić mi humor, jednak udaje jej się wymusić na mojej twarzy tylko niewyraźny grymas. A zapowiadał się taki piękny dzień.
Wzdycham cicho, ukradkiem zerkając na otwarte drzwi sypialni rodziców. Wśród powszechnego bałaganu i wszędzie walających się ubrań dostrzegam szczelnie zawiniętego w kołdrę Michaela. Ciekawe czy tym razem zacznie od najcięższych artylerii... Chociaż, chyba nie chce się przekonać.
Kieruję się w stronę łazienki, by po chwili zobaczyć jak Nat, opierając się o umywalkę przejeżdża po rzęsach tuszem. Na całe szczęście, nigdy z tym nie przeszkadza. Nie wiem czy byłabym w stanie przyznać się do pokrewieństwa z nią, gdyby nakładała na twarz przesadną ilość makijażu. Wyznajemy różne wartości.
- Fajnie, że wpadłaś - słyszę. - Podaj mi błyszczyk.
- A magiczne słowo? - marszczę czoło, przyglądając jej się badawczo. W niczym nie przypominała ohydnego zombie sprzed pięciu minut. Złocisto-rude włosy miękko spływały po jej plecach, oczy przybrały naturalny odcień, a z cery zniknęły czerwone plamy. Ona jest cudotwórcą.
- Abrakadabra.
- To wcale nie było zabawne - odgryzam się. Dobry humor znika, gdy zewsząd rozlega się głośny krzyk Michaela. Trochę za wcześnie.
- Ja pierdolę! - czuję zimny dreszcz, który z zawrotną prędkością przebiega po moim ciele. Boję się podnieść wzrok znad podłogi. Zupełnie jakbym miała dolać tym oliwy do ognia. Z drugiej strony, nie jestem pewna czy to w ogóle możliwe. - Nigdzie nie idę, zostaw mnie! - po niewyraźnych dźwiękach i zduszonych okrzykach dochodzę do wniosku, że tata zaczął szarpać nim za ramię, aby w końcu wyrwać go z łóżka. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego chodzenie do szkoły sprawia mu tak wielką trudność. Rodzice wyręczają go niemal na każdym kroku, odrabiają za niego prace domowe, czytają lektury, pakują książki, sprzątają po nim brudne naczynia, tylko czekają na rozkazy. Być może nie mam w tych sprawach wielkiego doświadczenia, ale dwunastolatek powinien chyba sobie z tym poradzić. - Odpierdol się! - chwytam w dłonie szczotkę do włosów, zabierając się za rozczesywanie końcówek. Dlaczego reaguje na to w taki sposób?  To zwykłe przepychanki między rodzicem, a dzieckiem, bunt rozpieszczonego smarkacza. Prawda?
- No co ty robisz, chłopie?! - głos ojca przebija się przez ogłuszające piski Michaela. Zaczyna się jak zwykle. Liczę na jakieś urozmaicenie, niedługo zanudzę się na śmierć.
- Kurwa! - słyszę po chwili. Jak na syna nauczycielki angielskiego ma dość ubogi zasób słownictwa. Brakuje mu też umiejętności prowadzenia logicznej rozmowy, jego odpowiedź znacznie odbiega od tematu. Przydadzą mu się korepetycje. Najlepiej bardzo daleko stąd.
- Puść mnie, zostaję w domu!
Podobno człowiek wykorzystuje jedynie dziesięć procent swojego mózgu. Ciekawe czy jeżeli wbiję wzrok w połyskujące zielone płytki i głęboko się skoncentruję, uda mi się zapaść pod ziemię. Jeśli już tu nie wrócę, będę losowi na zawsze wdzięczna.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - widzę, że tata wyłamał się ze swojego schematu. Dotychczas ograniczał się do przepełnionego goryczą i złością podnoszenia głosu w nadziei, że to ustawi chłopaka do pionu. Obawiam się jednak, że na to może być za późno. Zbyt długo żył w beztrosce. Nikt nie zwracał uwagi na jego przewinienia - do czasu, kiedy jego zachowanie wymknęło się spod kontroli również w szkole. Uchodzimy za wybitnie uzdolnioną rodzinę. Idealne oceny, aktywność na lekcji, udział w setkach konkursów, talent do sportu. Ale właśnie tego oczekuje się od dzieci nauczycieli. Perfekcji na każdym kroku.
Myślą, że prowadzę doskonały żywot. Tymczasem nie potrafię pozbyć się lęku przed swoim młodszym bratem, który zawojował całym moim światem. Kiedy go widzę miękną mi kolana, czuję w żołądku dziwny skurcz. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że za moment wszystko legnie w gruzach. Boję się dwunastolatka. Jestem żałosna. 
- Pieprz się, gówniaku!* - chyba jednak się myliłam. Całkiem nieźle radzi sobie z tworzeniem neologizmów. - Odpierdol się!! - z jego gardła wydobywa się rozdzierający krzyk. Żarty się skończyły, muszę przystopować z sarkastycznymi uwagami. Nawet jeżeli mnie nie słyszy.
Z dołu przebija się ledwie słyszalny głos dziadka. Nie udaje mi się rozróżnić jego słów, lecz zdaję sobie sprawę, że tylko pogorszył sytuację. Ludzie nie myślą logicznie pod wpływem emocji, a to doprowadza do głębokich ran w psychice. Głównie osób, które nie zostały bezpośrednio dotknięte.

***

Michael uspokaja się dopiero po piętnastu minutach. Naburmuszony schodzi do kuchni, gdzie czeka na niego skromne śniadanie. Siada naprzeciw mnie, łypiąc groźnie. Moje serce niebezpiecznie przyspiesza. W takim stanie jest zdolny do wszystkiego, nie ma żadnych zahamowań. A dlaczego? Przez durnych sześć godzin w szkole. To chyba nie aż tak przerażająca perspektywa.
- Nie gap się tak - sapie. W normalnym przypadku uraczyłabym go ciętą ripostą, ale wolę nie ryzykować. Jeśli go zignoruję, poszuka innego celu. Może wyładować się na przykład na tacie, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Pakujcie się do samochodu - mówi. Zgarnia kluczyki leżące na mikrofalówce i obrzuca nas obojętnym spojrzeniem. Zamaszystym gestem zarzucam na plecy czarną, skórzaną kurtkę. To jedna z wielu rzeczy zdobytych przeze mnie w sklepie "Szafa Nat". Jest tam naprawdę dużo ładnych ciuchów.
- Gruba świnia - przy drzwiach dobiega mnie głos Michaela. Staram się nie brać tej uwagi do siebie, słyszę podobne niemal codziennie. Przekraczam próg, czując jak chłodny wiatr szczypie moje policzki. Kropelki rosy zdobią pojedyncze źdźbła trawy, w powietrzu unosi się gęsta mgła.
Kiedy zajmuję swoje miejsce w aucie, uświadamiam sobie coś bardzo ważnego.
Nieważne ile razy coś mi się przydarzy, nigdy się do tego nie przyzwyczaję.

***

Myśli Kimberly nadal krążyły wokół wczorajszych wydarzeń. Zdobyła się na coś, co wcześniej wydawało jej się bardzo odległe, wręcz graniczące z cudem. Dawno nie przeżyła czegoś równie pięknego, myślała że nic nie jest w stanie już zepsuć jej humoru. Nawet nie wiedziała jak bardzo się myliła...
Kiedy przekroczyła próg domu, jej oczy spotkały się z bezdusznym spojrzeniem Sam. Tyle wystarczyło, aby wszystko na nowo legło w gruzach. Niepewność powróciła, strach sparaliżował całe ciało. Kobieta powoli rozbierała to, co udało jej się dziś zbudować. Cegiełka po cegiełce. Aż w końcu pozostał jedynie niewyraźny zarys po fundamencie.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałaś? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie muszę mówić ci o wszystkim - sapnęła cicho, spuszczając głowę. Tych kilka słów, pomimo oplecenia ich wręcz namacalnym lękiem, obudziły w niej niezwykłą moc. Jeszcze nigdy nikomu się nie postawiła, nie zrobiła żadnego kroku w kierunku lepszego życia; pozwalała na niewybredne komentarze, wydawane raz za razem polecenia. Tłamsiła w sobie wszelki sprzeciw. Bo co mogła zrobić? Uległość wydawała jej się odpowiedniejsza. Bezpieczniejsza.
- Mylisz się, moja droga. Chyba zapomniałaś, że mieszkasz pod moim dachem. Dałam ci dom, choć równie dobrze mogłam zostawić cię na ulicy... zresztą, to i tak nie zrobiłoby nikomu większej różnicy - prychnęła. - Wiesz na jakich zasadach cię tu trzymam, nie każ mi się powtarzać. A teraz wracaj do pracy. Pranie czeka - Diamond odwróciła się z napięciem. Ruszyła przed siebie.
- Nie - zająknęła się cicho, zaciskając powieki. Poczuła w sobie wewnętrzną siłę, duży zastrzyk pewności siebie. Nadszedł czas, by dać kres wszystkim schematom. Zrobić coś, na co wcześniej brakło jej odwagi - nim wszystko ponownie się zawali
- Co takiego? - obróciła się przez ramię i oparła dłonie na biodrach.
- Nie - powtórzyła pewniej. Podniosła głowę, rozluźniając ramiona. Zaszła dalej niż kiedykolwiek, nie mogła się teraz wycofać. Nawet jeśli jej umysł już przypominał rozbujaną huśtawkę emocjonalną wiszącą na jednym łańcuchu.
- Nie?
- Nie!
Sam zbliżyła się do dziewczyny, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Straciła kontrolę nad swoją "służbą". I chyba nie była z tego zadowolona.
Wzięła głęboki rozmach, lecz jej rozpędzona pięść została zatrzymana w dół drogi. Kimberly zablokowała cios. N a p r a w d ę  to zrobiła. Przełknęła ślinę, spojrzała w zimne oczy ciotki. Odwaga, która wypełniała ją jeszcze chwilę temu, zachwiała się. Pewność ustąpiła miejsca dawnemu lękowi.
- Obawiam się, że popełniłaś błąd, moja panno - wyrwała się z uścisku, chwytając za kołnierzyk jej koszuli. - Wielki błąd.

***

Westchnęła, lekko kręcąc głową. Przywołała na twarz blady uśmiech, by nie wzbudzać w nikim podejrzeń. W ostatnim czasie Jack dziwnie się jej przyglądał, zupełnie jakby o wszystkim wiedział. Musiała zachować pozory, stworzyć wizerunek nudnej, przygnębiającej i zupełnie nieciekawej nastolatki. To chyba nic trudnego.
Uniosła dłonie nad głowę, rozciągając się. Kątem ucha przysłuchiwała się Miltonowi, który prowadził z Jerry'm ożywioną dyskusję. Zdawali się nie zwracać uwagi na to, że kilka minut temu rozpoczął się trening - przerwali dopiero, gdy w drzwiach dojo pojawił się niczym niewzruszony Brewer. Na jego twarzy malował się wściekły grymas. W niczym nie przypominał tego radosnego chłopca, jakim był zazwyczaj.
- Spóźniłeś się, Jack - Rudy podniósł głowę znad papierów. Zlustrował go wzrokiem, uznając że to nie czas na kolejny wykład o ogromnej wadze punktualności. On też nie miał najlepszego humoru. - Przebierz się.
- Przepraszam - wymamrotał, kierując się w stronę szafki. Po chwili wahania Kim ruszyła za nim. Zanim jednak zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, poczuła straszliwy ból, rozchodzący się po jej głowie. Przerażony wyraz twarzy szatyna i niekontrolowany potok słów wypływający z jego ust uświadomiły jej, iż to on jest głównym tego powodem. Uderzył ją drzwiczkami szafki, co, przy okazji, skutecznie pozwoliło mu zapomnieć o paru nieprzyjemnych sytuacjach dzisiejszego dnia. Chociaż tyle.
- Nie chciałem, Kim, naprawdę! - rzucił się ku niej, chwytając za jej łokieć. Spróbował dostrzec coś zza palcami, niespokojnie krążącymi po czole blondynki. Z ulgą stwierdził, że nie stało się nic poważniejszego. Ale to wcale nie zmniejszyło jego poczucia winy. - Przepraszam!
- Nic się nie stało - zaśmiała się nerwowo. Jego bliskość wywołała w niej dziwny niepokój.
Jeden zły ruch wystarczył, aby wszyscy poznali jej sekret. Nie mogła do niego dopuścić.
- Jest okej, nie martw się - po kilku próbach, nareszcie udało jej się uwolnić i odsunąć na bezpieczną odległość. Wtem nastąpiło to, czego obawiała się najbardziej.
Jack przyglądał się jej z rozwartymi ustami. Niebiesko-płowa bluzka osunęła się z jej ramienia, tym samym obnażając dwa nowe sińce. Dziewczyna wstrzymała oddech, rozglądając się po pomieszczeniu. Jeszcze nie było za późno. Mogła przecież powiedzieć coś, co odegna wszelkie podejrzenia. Obrócić to w niewinny żart, zwalić wszystko na swoją niezdarność lub słabą koordynację. Ale czy kłamstwo jest odpowiednim rozwiązaniem? Co jeśli to tylko wszystko pogorszy?  Nie chciała stracić tego, co tu zyskała. Nie byłaby w stanie tego odbudować. Nie potrafiłaby się podnieść.
Zrobiła krok w stronę Brewera. Nabrała powietrza do ust, nadal bijąc się z myślami. Jej słowa mogą zaważyć nad dalszym biegiem zdarzeń. Nie było miejsca na błąd.
- Jest okej - powtórzyła, uśmiechając się słabo. Skrzyżowała ręce na piersi i jeszcze raz spojrzała na twarze przyjaciół. Ucieknij w kąt. Schowaj się w cieniu. Oni zapomną... będzie dobrze. - Nie martw się. Naprawdę.

***

Mało kto wie o tajemnej kryjówce na dachu szkoły. Dla uczniów to wyłącznie szara, nie różniąca się od innych osłona przed deszczem. Dla innych to miejsce, w którym mogą spokojnie zebrać myśli i pobyć chwilę tylko ze sobą. Tu nikt im nie przeszkadza.
Jack poszedł tam, odpuszczając sobie przerwę obiadową. Czuł, że w jego zaczyna się coś zmienić. Dotychczas poukładane i spokojne, teraz groziło nagłym zawaleniem. Ktoś naruszył jego codzienną równowagę. Stracił kontrolę.
Przesadza... zachowuje się, jak zwykle, poświęcam jej tyle samo czasu. Nic się nie zmieniło, pomyślał. Bo nic się nie zmieniło, prawda?
Siedział na burym podwyższeniu. Beznamiętnie wpatrywał się w krajobraz Seaford, jeszcze raz analizując całą sytuację. Wtedy usłyszał jej cichy, niepewny głos.
- Cześć - powiedziała. Usiadła obok niego, oddając się głębokiej ciszy przerywanej przez gwar dobiegający z niższego piętra. Dopiero po dłuższej chwili odważyła się na jego spojrzeć. - Już prawie zniknęły... często wpadam na tę szafkę, ciągle o niej zapominam. Nie musisz się..
- Nie martwię się - przerwał jej ostro. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak brutalnie musiało to zabrzmieć. Zaślepiony problemami, które w jednej sekundzie zwaliły mu się na głowę. Nie myślał racjonalnie, ale w głębi duszy zganił się za to, że nie umiał się powstrzymać. Wszystkie negatywne emocji dawały ujście w najmniej odpowiednich momentach. Raniły osoby, na których najbardziej mu zależało.
Kimberly spuściła wzrok, bawiąc się końcówką swetra. Może Sam miała rację. 
- Przepraszam - westchnął. Słowa uwięzły mu w gardle, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Mówił dalej. - Nie jestem sobą. Ja po prostu... nigdy nie chciałem powiedzieć ani zrobić czegoś, co mogłoby kogokolwiek skrzywdzić. Nie wiem co się dzieję, wszystko się sypie... - oparł głowę na rękach. Sprawy miały się naprawdę kiepsko. - Pokłóciłem się z Donną.
Blondynka zerknęła na niego kątem oka. Biła się z myślami. Jeszcze nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji, co powinna zrobić? Uśmiechnąć się i powiedzieć, że w końcu jakoś się ułoży? Była najlepszym przykładem na to, że od tej reguły istnieją jednak wyjątki.
Niepewnie dotknęła jego dłoni. Splotła ich palce, nie do końca świadoma tego, czy obrała odpowiedni kierunek. Bała się, bo po raz pierwszy w życiu miała coś do stracenia. I z całego serca chciała temu zapobiec.

♥♥♥
*gówniak - słowo wymyślone przez mojego brata i niejednokrotnie używane w różnorakich sytuacjach

Zdaję sobie sprawę z tego, że w kilku miejscach powtórzyłam dokładnie to samo zdanie - ale to celowego działanie, ma w sobie jakiś ukryty sens. 
Jestem dumna z tego, że udało mi się skończyć ten rozdział zgodnie z wyżej przewidzianą datą, jednak nie jestem przekonana do treści. Nie do końca podoba mi się początek, chociaż ten wątek wydaje mi się być całkiem interesujący. Inny.
Przede wszystkim, obiecałam sobie, że od tej chwili, wyzbędę się zwyczaju spojlerowania. Nie dowiecie się ode mnie niczego, akcja będzie budowana stopniowo, przez co sami lepiej ją odbierzecie. No, przynajmniej tak myślę.

OPCCE - 1

Codzienna rutyna powoli stawała się nużąca. Budzona przez krzyki Sam, dręczona przez uwagi Lindsay, lekko uśmiechnięta przez wygłupy Jerry'ego, zmęczona przez treningi, bita przez Jake'a. Myślała, że jest lepiej, że może wrócić do domu nie bojąc się nieuzasadnionego spóźnienia, braku obiadu o wyznaczonej porze czy kilku okruszków pozostawionych przez nią na stole w salonie. Nadzieja okazała się złudna. Jak zwykle.
Ale dzisiaj coś miało się zmienić. Spowodować drgania, które pomogę jej wyjść z uścisku. A przynajmniej go rozluźnić. Miała spotkać swoją dłoń. Długo wyobrażała sobie tę chwilę, wchodzi do pomieszczenia i... na tym wizja się kończy. Nie potrafiła przewidzieć co powie, jak się zachowa i, co najważniejsze, jak zachowają się inni. Żałowała, że się na to zgodziła, lecz w końcu musiała stawić czoła lękom. Mimo paraliżującego strachu oraz próby odwlekania czasu, życie pchało ją naprzód. Chciała za nim nadążyć.
- Jesteś pewna, że to tu, Megan? - Kimberly rozejrzała się dokoła. Megan zaprowadziła ją do starego, najprawdopodobniej opuszczonego magazynu na skraju miasta. Nie wyglądał jak siedziba Anonimowej Grupy Wsparcia, bardziej jak miejsce, gdzie ktoś kiedyś dokonał morderstwa. I na pewno nie zachęcał do zwiedzenia wnętrza
- Tylko tutaj nikt nie przychodzi - odpowiedziała otwierając ciężkie drzwi. Przestałam uciekać, a i tak się ukrywam. Tchórz.
Przy wejściu przywitał je serdeczny śmiech pana Antoine. Przewodził grupie od samego początku, stworzył ją, by pokazać, że nie wszyscy dorośli są obojętni na problemy nastolatków. Ta myśl bardzo pomaga.
- Pierwszy raz jest przerażający, ale spokojnie, przyzwyczaisz się, siódemko - jego głos można było usłyszeć już w korytarzu. Szedł w ich stronę z uśmiechem na ustach i wyjaśnieniami jakich potrzebuje każdy nowy członek.
Megan pocałowała siostrzenicę w czoło. Choć bardzo chciała, nie mogła z nią dalej iść. W życiu nadchodzą momenty, z którymi musisz zmierzyć się sama. Bez pomocy. To był jeden z nich.
Czterdziestolatek i ja. W jedynym budynku. Jeśli mnie zgwałci, wiedz, że obwiniam ciebie - odprowadziła ją wzrokiem, po czym sama zamknęła za sobą drzwi. - Raz się żyje.

***

- Widzisz siódemko, nie chcemy, żeby pomiędzy członkami nawiązały się jakiekolwiek więzi. Dlatego nie znają swoich imion, nie znają wieku, zainteresować czy hobby. Wiedzą o jedynie o swoich wzajemnych problemach, rozumiesz? - przytaknęła siląc się na słaby uśmiech. Ani trochę nie rozumiała. Za to czuła, jak z każdym następnym krokiem narasta w niej strach. Unikała podobnych sytuacji odkąd pamięta, ukrywała emocje, odtrącała wszystkie wyciągnięte dłonie, bo nie mogła wrócić do wspomnień bez łez, nie umiała nikomu zaufać. To zaczęło ją przerastać. - Jesteś tu pierwszy raz, nie obciążaj się. Myślę, że rozmowa z jedną osobą będzie dobrym początkiem. I pamiętaj - zatrzymał się otwierając kolejne z kolei drzwi. Zapalił światło. Jego wątły promień oświetlał jedynie dwa, odwrócone do siebie tyłem, krzesła. Na jednym z nich siedziała dziewczyna. Czekała na nią. - nie ma się czego bać.
Wręcz przeciwnie, panie Antoine, jest się czego bać. A przy okazji, to najgorsze co mógł mi pan w tej chwili powiedzieć. Poprawiła okulary na nosie ganiąc się za wszystkie złe myśli. Ostatnio towarzyszyły jej coraz częściej.

***

Czuła się słaba. Jak jeszcze nigdy. Przestała wierzyć w to, że ta jedna, durna próba wyzbycia się uczuć, pomoże jej jutro wstać z łóżka i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Bo zdarzyło się zbyt wiele. Każdego ranka wszystko zaczyna się od nowa. Zgubiła się w labiryncie codzienności, czy nic nie znacząca rozmowa wskaże jej drogę do wyjścia? Szukała jej. Bezustannie. W dzień i w nocy przez dziesięć lat. Gdyby miała dostąpić wielkiego przełomu, już dawno by to zrobiła. Po co dalej czekać?
Przeczesała wzrokiem pomieszczenie. Spojrzała na dziewczynę. Czy to naprawdę pomaga? Nie wiesz jak będzie. Westchnęła opierając się o framugę drzwi. Jeśli teraz nie zawróci, nowe siniaki z chęcią powitają jej ciało. Jeśli stąd wyjdzie całe życie będzie się zadręczać tym, że nawet nie spróbowała. A nie znajdzie siły na to, by tu wrócić. Limit jej odwagi dawno się wyczerpał.
- Gorzej nie będzie.
Jej kroki echem odbiły się od ścian. W powietrzu panowała raczej napięta atmosfera. Nie było słychać nic oprócz skrzypienia butów i ciężkiego oddechu dziewczyny obok.
Kimberly zajęła swoje miejsce biorąc głęboki wdech. Pierwszy krok za mną. Teraz będzie tylko z górki. Prawda?
- To nie najlepsze miejsce, wiem - Piątka zaśmiała się krótko spoglądając na zabite deskami okna. Kiedy Martel ją tu przyprowadził, zapomniała o tym, dlaczego się tu znalazła. Jedyne co chciała wtedy zrobić, to rzucić się do najbliższego wyjścia z nadzieje, że obejdzie się bez ucieczki przed psami gończymi. Cała ta sytuacja przypominała kiepski kryminał. Nie znosiła kryminałów - A ja nie jestem najlepszym kompanem do tego typu spraw - to jeden z powodów, dla których tu teraz jest. Nie czuła się wystarczająco dobrym kompanem. W żadnej sprawie. - Czasami myślę, że byłoby lepiej gdybyśmy patrzyli sobie w oczy. Chcą nam to jak najbardziej ułatwić i jestem im za to bardzo wdzięczna, ale skracanie sobie drogi w większości przypadków tylko wszystko pogarsza. Wiecznie chroniąc nas przed trudnościami sprawiają, że stajemy się coraz bardziej bezradni. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra.
Założyła nogę na nogę splatając dłonie za kolanem. Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech. W szkole była małomówna, podczas lekcji bała się podnieść rękę i wtrącić się do dyskusji, chociaż miała do powiedzenia bardzo dużo. A tutaj? Tutaj mogła być sobą, rozgadywać się na jakikolwiek temat, bo wiedziała, że jej słowa nie są puszczane mimo uszu. Nawet jeśli nie widziała twarzy rozmówcy była w stanie stwierdzić, że nie zwraca on uwagi na niczym innym. On słuchał jej. Ona słuchała jego. To najważniejsze co mogli sobie dać. Wsparcie. - Przepraszam, to często mi się zdarza - zachichotała opierając łokcie o kolana. - To twój pierwszy raz?
- Ja... - zamarła. Całą ubiegłą noc zastanawiała się co powiedzieć. Zaplanowała każde słowo. Każdy gest. Tymczasem siedziała tam nerwowo oblizując usta i błagając, żeby Piątka przejęła pałeczkę. Wydawała się być o wiele bardziej rozluźniona.  - nie dam rady - poruszyła się na krześle chcąc zmusić swoje nogi do ucieczki. W końcu to robiła najlepiej.
- Hej - szepnęła odnajdując dłoń blondynki. Ścisnęła ją delikatnie jednocześnie przytrzymując Kim na miejscu. Wycofała się, gdy poczuła wzdrygnięcie. Dobrze znała ten objaw. - Początki zawsze są trudne, ale z czasem będzie lepiej. Zobaczysz - tak bardzo żałowała, że nie mogła teraz na nią spojrzeć. Słowa nie są dobre na wszystko. Czasami wystarczy jeden, mały uśmiech. To gest, którego nie da się wyrazić przez zmianę tonu głosu. - Zawrzyjmy pakt. Co tydzień będziemy opowiadały o jednym wspomnieniu. Raz ty, raz ja. Umowa? - wyciągnęła rękę nad głowę. Crawford niepewnie ją uścisnęła. Przyszyła tu pełna lęku i obaw, nie była w stanie nawet otworzyć ust. Nie mogła mieć pewności, że to ustąpi. Ale czasami warto jest zaryzykować
- Umowa.

***

Znasz to uczucie, kiedy w twojej głowie pojawia się perfekcyjny scenariusz następnego dnia? Zamykasz oczy i obmyślasz każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Kierujesz wszystkim, potrafisz wszystko przewidzieć. Nie masz żadnych ograniczeń. Marzysz. Zdarza się jednak, że twój umysł powędruje za daleko. Znajdzie się w krainie snów. Których nie da się spełnić.
Ludzie uwielbiają marzyć. Przekraczają wszelkie granice rozkoszując się każdą sekundą. Ale przychodzi moment, w którym muszę podnieść powieki i zderzyć się z szarą rzeczywistością. Bo w życiu nie ma miejsca na bajki.
Dla Kimberly marzenia były niezmiernie ważne. Chwila zapomnienia dawała jej siłę, by dalej walczyć. Nieważne ile razy po drodze upadała, zawsze się podnosiła. Dzięki snom zaczęła wierzyć w bajki. Dzięki ludziom straciła wiarę w szczęśliwe zakończenia.
- Nie chcę wracać do domu - szepnęła cicho, opatulając się ramionami. Myślała o słowach Piątki. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra. Te dwa, na pozór proste zdania zaprzątały jej głowę od kilku dobrych minut. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jaką drogę idzie. Nie próbowała przewidzieć tego, czy gdyby kiedyś nadłożyła parę kroków, jej życie wyglądałoby teraz inaczej. Według niej, roztrząsanie co by było gdyby, to najgorsza z możliwych rzeczy.
Ale może czasami jest warto.

***

Kimberly z niepokojem spoglądała na kłębiące się ponad jej głową chmury. Od spadnięcia na ziemię pierwszych kropel wody dzieliło ją zaledwie kilka minut temu, za mało, by bezpiecznie dotrzeć do domu. Przypominając sobie o tym, ile razy padła ofiarą niespodziewanej ulewy, wzruszyła ramionami i poprawiła okulary na nosie. Nie powinna mieć większych problemów ze znalezieniem ubrań na następny dzień, w łazience czekał na nią stos prania.
Nagle stanęła, uświadamiając sobie, gdzie się znajduje. Poznała tę drogę - drogę symbolizującą ostatnie wspólne chwile z Ronnie. Po tym, jak ją oddała, długo się zbierała, żeby pomyśleć o pierwszej wizycie. Bała się, że jej wizyta nie zostanie ciepło przyjęta. Nawet jeśli właścicielka psa z radością oznajmiła, iż zawsze będzie tu mile widziana. Mogła zmienić zdanie.
Targnięta emocjami i głęboką nostalgią, dziarsko pomaszerowała w stronę Zakazanego Lasu. Popołudniowe słońce, wyłaniające się spod szarych obłoków nadało drzewom delikatniejszej postaci, co znacznie ułatwiło jej dalszą wędrówkę. Szła niesiona przekonaniem, że skoro przetrwała przerażające spotkanie w Anonimowej Grupie Wsparcia, uda jej się pokonać każdy lęk. A widok roześmianej Lucy ganiającą za Ronnie, tylko utwierdził ją w tym przekonaniu.
Dziewczyna oparła się o pień drzewa, czekając aż zostanie zauważona. Chwilami żałowała, że zapukała do tych drzwi, lecz teraz wiedziała, że postąpiła słusznie. Ona, choć bardzo do Ronnie przywiązana, nie potrafiłaby ofiarować jej tyle miłości i swobody. Ukrywała ją w swoim pokoju, w pewnym stopniu ograniczyła wolność. Tutaj miała jej aż zanadto.
- Kim! - Gluckman pomachała do niej, szeroko się uśmiechając. Podbiegła do psa, następnie ostrożnie biorąc go na ręce. W tym momencie poczuła na skórze pierwsze krople deszczu. Uniosła głowę, przyglądając się niebu. Nie zapowiadało się na dużą ulewę, jednak lepiej byłoby schować się pod dachem. Przeniosła więc wzrok na drzwi, w których właśnie pojawił się ojciec. Gestem pokazał, by natychmiast weszła do środka.
Lucy przepraszająco uśmiechnęła się do Crawford, niepewna jej reakcji. Ta lekko skinęła głową, bezgłośnie mówiąc, że porozmawiają następnym razem.
- I nie będę tego odwlekać - szepnęła do siebie.

***

Uśmiech Lucy cały czas chodził jej po głowie. Czasami warto poświęcić coś co kochasz. 
Radość dziecka sprawia, że sam jesteś szczęśliwy. Świadomość, że to ty zażegnałeś smutek budzi w tobie niewiarygodną pewność siebie oraz wiarę w to, że możesz wszystko. 
Szlachetne czyny zawsze odpłacają ci się z nawiązką. Prędzej czy później zauważysz zmianę - możesz ją zignorować i pójść dalej lub zatrzymać się i dążyć do kolejnej. 
Ciekawe co u Nicka, pomyślała mijając następny zakręt. Spochmurniała na wspomnienie ciemnej piwnicy, w której mieszka z mamą. Nie było ich stać na nic lepszego, ledwo starczało im na jedzenie. Śmierć Bena, męża Bethany zapoczątkowała krąg przykrych wydarzeń. Oszczędności powoli zaczęły się kończyć, sprzedaż ręcznie robionych ubrań przestała wystarczać, w końcu wyeksmitowano ich z mieszkania za niepłacenie czynszu. Właściciel kamienicy ulitował się jednak nad nimi i zorganizował niewielkie lokum. Potem jakby o nich zapomniano, żyto tak jakby nie istnieli. Do chwili powrotu Kimberly. 
Jej rozmyślania przerwał dziecięcy pisk. Blondynka rozejrzała się dokoła, lokalizując źródło dźwięku. Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawą, że stoi naprzeciw rozpromienionej czterolatki. Annabeth.
- Dzień dobry.
Zza rogu wyłoniła się trzydziestoletnia brunetka. Uśmiechnęła się do dziewczyny, zadowolona z tego, że miała okazji spotkać ją jeszcze raz. Gdy tamtej nocy przyprowadziła do niej córkę, obiecała sobie, że już zawsze będzie wdzięczna losowi. Dotrzymała słowa. 
- Dzień dobry - odwzajemniła jej gest. Z rozbawieniem stwierdziła, iż wstała myśląc, że będzie to jeden z najgorszych dni jej życia. Dawno nie przeżyła równie pięknego.

***

Kilka zbiegów okoliczności, wydarzeń, które dla wielu nie miałoby żadnego znaczenia. Dla Kim były najcenniejszymi wspomnieniami od lat. Nigdy nie sądziła, że kiedyś będzie podążać ulicami swojego rodzinnego miasta, z wysoko uniesioną głową i wypiętą do przodu piersią. Ten dzień był wielkim krokiem zbliżającym ją do końca przepaści. 
Nawet jeśli za kilkadziesiąt minut wejdzie do domu, gdzie przypomną jej o brutalnej rzeczywistości. 
Nawet jeśli niedługo odbiorą jej całą radość.  
Nawet jeśli zostanie zmuszona do prac cięższych niż zwykle. Warto było go wykonać.
Ale najlepsze w tym wszystkim było to, że słońce jeszcze nie zaszło. Deszcz przemienił się w delikatną mżawkę, a niebo po raz pierwszy od dłuższego czasu przybrało swój naturalny błękitny odcień. Nadszedł czas zmiany. Ogromnej zmiany. 
Na drodze Kimberly stał jeszcze jeden przystanek. Piwnica Nicka. Pragnęła podzielić się z nim dzisiejszymi wydarzeniami, rzecz jasna zgrabnie omijając niektóre szczegóły, i własnym uśmiechem wywołać na jego twarzy szczęście. Bethany zawsze powtarza, że za mało się uśmiecha. 
- Nie przeszkadzam? - zapytała stając w otwartych drzwiach. Zastanawiała się, dlaczego, mimo licznych wizyt, jeszcze ani razu nie spotkała żadnego mieszkańca kamienicy. Najwyraźniej nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do ludzi.
- Wejdź - uśmiechnęła się, odkładając robótki ręczne. Zbliżała się zima, w tych okolicach zazwyczaj bywała łagodna, ale wolała się ubezpieczyć. - Cieszę się, że przyszłaś. Mam dla ciebie niespodziankę.
- Czy to może poczekać? Chciałabym się najpierw przywitać z Nickiem - rozejrzała się po pomieszczeniu, zdając sobie sprawę, że chłopca wcale tam nie ma. - Gdzie on jest?
Twarz kobiety owiła mgła tajemnicy. Przemierzyła pokój, ciągnąc za sobą starą chustę, po czym otworzyła drugie drzwi prowadzące na korytarz. Do piwnicy wdarło się zimne powietrze.
- Cześć Kim - powiedział, niepewnie podążając w jej kierunku. Tylko tyle udało mu się z siebie wydusić. Był niewymownie wdzięczny za to, co blondynka wniosła do jego życia. Teraz mogła zobaczyć tego efekty. 
Nicolas stał przed nią w schludnych ubraniach z przystrzyżoną, starannie ułożoną fryzurą. Wyglądał jak nowo narodzony. Był jak nowo narodzony. 
- Bethany - przez głowę Kimberly przebiegła niebotyczna myśl. - Czy myślisz, że szczęśliwe zakończenia istnieją?
- Przez ostatnie miesiące żyłam na granicy ubóstwa, wierząc w to, że kiedyś mój los się odwrócił - dumnie spojrzała na syna. Do jej oczu napłynęły łzy. Już dawno nie była tak radosna. - Że na mojej drodze pojawi się szczęście. Z czasem traciłam nadzieję - przeniosła wzrok na nią. Wiedziała, iż nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Lecz takiej odpowiedzi potrzebowała. - Dziękuję, że mi ją przywróciłaś.
Crawford wydęła usta, chcąc poprosić o więcej szczegółów, jednak ostatecznie zrezygnowała z tego zamiaru. Uśmiechnęła się, opierając o framugę drzwi. Zdała sobie sprawę, że nie mogła zadać tego pytania oczekując życiowej porady. Bo szczęśliwe zakończenia to jedynie retoryka. Szczęśliwe zakończenia to przypadek losu.

***

Nigdy przedtem Kimberly nie wyszła z kamienicy z większym uśmiechem na twarzy. Nigdy przedtem nie starała się go nie ukrywać. Pojęła kilka istotnych rzeczy. Zrozumiała, że ma kontrolę nad swoim życiem. I nieważne, jak bardzo Sam da jej w kość, gdy wróci do domu ani na ile będzie musiała się zdobyć. Chciała pokonać strach. Chciała nareszcie przejąć kierownicę.
- Kim? - zatrzymała się, przygryzając dolną wargę. Pochłonięta myślami nie zauważyła stojącego naprzeciw Brewera. Skinęła głową, jednocześnie odpowiadając mu na pytanie. Nie czuła większego skrępowania, była dziwnie pewna siebie. 
- Co tu robisz? - skrzyżowała ręce na piersi. Na chwilę wróciła do realnego świata.
- Mieszkam tu - wskazał na budynek. Dziewczyna zmarszczyła brwi. W pierwszej chwili nie rozumiała o czym mówi. pierwszego dnia widziała go w oknie sąsiedniego domu. Uświadomienie sobie, że najprawdopodobniej był wtedy u Jerry'ego, który od czasu czasu odprowadzał ją do szkoły, zajęło jej kilkanaście sekund. Nie mogła uwierzyć w to, że wcześniej nie skojarzyła faktów. - Ale co ty tutaj robisz? 
- Odwiedzam starą znajomą - jej usta wygięły się w tajemniczym uśmiechu. I tyle. 
Ruszyła naprzód, zostawiając za sobą osłupiałego chłopaka. 
Rozkoszowała się chłodnym wiatrem, który delikatnie muskał jej zaróżowione policzki. Uśmiech ani na moment nie schodził jej z twarzy. Bo nareszcie przestała myśleć o mamie. Bo nie zostawiła ludzi w potrzebie. Bo była czyjąś dłonią.