Wstrzymałam oddech, zamykając zmęczone powieki. Nie powiedziałam mu. Wypuściłam powietrze z ust. Nie mogłam mu tego powiedzieć. Rozluźniłam
dłonie, które pod wpływem zdenerwowania zacisnęłam w pięści. Bałam się
spojrzeć mu w oczy. Bo co miałam powiedzieć? Byłam tak głupia, że na
wszystko jej pozwoliłam, zniewoliłam się. I milczałam. Milczałam przez
te cholernych kilka lat, chociaż wiedziałam, że to niepoprawne. Ta
chwila to moja szansa. Ja... czy ja naprawdę chciałam poddać się bez
podjęcia walki?
- Ostatnio nie jest tak źle - powiedziałam cicho, gdy stanął obok mnie. Zniżył się tak, by móc spojrzeć mi w twarz, a ja pod wpływem jego zmartwionych oczu, zmusiłam się do słabego uśmiechu. To nie był jego problem, nie mogłam go w to wciągać. Przecież i tak już wiedział. Wiedział więcej niż ktokolwiek inny. - Podporządkowałam się, nie wychodziłam za dużo z domu. - Odetchnęłam głęboko. Uspokoiłam oddech. - Musimy sprawiać pozory normalnej rodziny...
- Kim, posłuchaj mnie - zaczął stanowczo, zaciskając dłonie na moich ramionach. - Nie jesteście normalną rodziną, w ogóle nie jesteście rodziną. - Oblizał usta. - Możecie być spokrewnieni, ale nie jesteście rodziną.
- Nie chcę być sama, Rudy - wyjąkałam. Moje oczy ponownie się zaszkliły.
- Hej, he-e-ej, nie jesteś sama. Masz Megan, tak? I Vanessę. - Uśmiechnął się ciepło. - Grace tu jest, jest Jack, no i Jerry. Ja też tu jestem. Dojo to nasza druga rodzina, a ty od teraz jesteś jej częścią, nie zapominaj o tym, dobrze?
Skinęłam głową, spoglądając na jego przyjazną twarz. Rozluźniłam mięśnie, gdy poczułam jak przyjemny prąd rozlewa się po moim ciele. Potrzebowałam tego zapewnienia. Świadomości, że pomimo wszystko będę miała kogoś, kto zawsze stanie po mojej stronie i będzie przy mnie, nie zważając na to, co o sobie myślę. Naprawdę chciałam w to uwierzyć; dlatego pozwoliłam, by Rudy ujął moje dłonie i odwzajemniłam jego gest.
- Odwiozę cię do domu - odrzekł, po czym zwinnym ruchem podźwignął mnie w górę. Otarłam ręką mokre policzki. Łzy nie są niczym złym. Ale ty wylałaś ich zdecydowanie za dużo. Wraz z tą myślą moje usta opuściło ciche westchnięcie. Czasami nie potrafiłam nadążyć za swoimi uczuciami, miałam wrażenie jakbym brała udział w jakimś głupim wyścigu. Problem polegał na tym, że nie widziałam mety, a byłam zbyt słaba, żeby biec dalej. W tamtej chwili pragnęłam się zatrzymać, wziąć wdech. Więc zanim opuściłam dojo, ostatni raz spojrzałam przez ramię, dokładnie na to miejsce, w którym przed chwilą siedziałam. Zagryzłam wargi.
- Podniosłeś mnie - szepnęłam. Mężczyzna odwrócił głowę, zmarszczywszy brwi. Nie zwróciłam uwagi na jego zaskoczony wzrok ani tym bardziej pytanie wypisane na twarzy. Uśmiechnęłam się z ulgą; Może wcale nie był za późno. Jeszcze miałam szansę. - Podniosłeś mnie, Rudy. - Przesiąkłam ciszą, która wypełniła pomieszczenie. - Dziękuję.
Oparłam głowę o szybę, po czym spojrzawszy na rozgwieżdżone niebo pomyślałam, że odzwierciedla rozlewającą się we mnie błogość. Czułam się inaczej. Lżej. Przynajmniej dopóty, dopóki w pełni rozkoszowałam się muzyką płynącą z radia i oddałam się nużącej ciszy. Powiedziałam dzisiaj za dużo, by mówić dalej. Ale kiedy z pustej drogi, wjechaliśmy w uliczki mieszkaniowe, naszła mnie trapiąca myśl. Przez najbliższe dwie minuty nie pozwalała mi zmrużyć oczu.
- Rudy? - odezwałam się w końcu. Mężczyzna oderwał wzrok od jezdni, poluzowując uchwyt na kierownicy. - Zrzuciłam na ciebie swój problem...
- Nie możesz myśleć o tym w ten sposób - przerwał mi raptowanie. - To nie jest twoja wina, Kim, a ja i tak bym się dowiedział. Nie możesz myśleć, że się narzucasz. Chcę ci pomóc, rozumiesz? Sam z siebie.
Zacisnęłam usta w wąską kreskę i zagryzłam wargi, czując, że w moich oczach zbierają się łzy. Chyba mam zwiększoną tendencję do płaczu. Albo nie płakałam tak długo, że musiałam przejść jakiś wybuch, który ustatkuje mnie emocjonalnie. Albo po prostu nie zasługiwałam na Rudy'ego. Dlaczego on był dla mnie taki dobry? Nie zrobiłam nic, czym mogłabym zaskarbić sobie czyjąś uwagę, a już na pewno, zyskać przychylnoć czy pomoc.
- Nie chodziło mi o to. - Ściszyłam głos. No dalej, Kim. To twój dzień szczerości, jedno wyznanie więcej przecież nic nie zmieni. Poza tym, nareszczie nie będziesz mówiła o sobie, to o jego dobro trzeba tu zadbać. Twoje imię i tak widniało dzisiaj na zbyt wielu ustach. - Dobrze, może po części też, ale nie. Wiem, że ostatnio opuszczałam treningi...
- Nie martw się tym.
- Proszę cię, daj mi skończyć - westchnęłam cicho, spoglądając w jego stronę. Napotkawszy na drodze jego oczy, wróciłam spojrzeniem do swoich splecionych dłoni. - Jesteś senseiem w dojo, to twoja praca. Dostajesz za to pieniądze, a ja ci nie płaciłam. Nie sądziłam, że zostanę tam na dłużej, miałam tylko pomóc w zawodach i odejść. Tylko, że zostałam. - Pokręciłam głową. Nigdy nawet nie wspomniałeś, że jestem ci coś winna - powiedziałam, mrugając szybko powiekami. - Zrzuciłam ci się na głowę, zabrałam ci czas, dlaczego nie kazałeś mi za to zapłacić? Sprawiłam ci problem. Jestem problemem.
W samochodzie zapanowała względna cisza. Przysłuchiwałam się równemu oddechowi mężczyzny, czekając na odpowiedź. Ale nie nadchodziła przez kolejną minutę; aż w końcu straciłam nadzieję na to, że w ogóle nadejdzie.
- Nie jesteś problem, Kim - odparł pewnym głosem. - Jesteś córką Liv.
- Liv nie żyje.
- Przyjaźniłem się z nią całe życie, nie mógłbym kazać ci płacić - odparował.
Otworzyłam usta, gdy spostrzegłam, że znajdujemy się na odpowiedniej ulicy. Poczułam ścisk w żołądku, lecz zmusiłam się do bladego uśmiechu. Pora na ostatnią dzisiaj konfrontację. I chyba wcale nie była tą najgorszą.
- Zatrzymaj się tutaj - mruknęłam bezsilnie.
- Nie ma mowy, pójdę tam z tobą. - Pospiesznie pokręciłam głową. Jeżeli dowiedzą się, że komuś powiedziałam, będzie gorzej. Nie mogli wiedzieć.
- Rudy, proszę. Zatrzymaj się. - Mężczyzna przyglądał mi się sceptycznie, jednakże po kilku sekundach faktycznie zatrzymał pojazd. Westchnął. - Dziękuję.
Wysiadłam z samochodu, a zanim zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, ostatni raz dobiegł mnie głos Rudy'ego.
- Nie odrzucaj ludzi, którzy chcą ci pomóc. Nie jesteś sama, Kim.
Skinęłam lekko głową, wymuszając blady uśmiech. Pomimo zmęczenia, poczułam, że jestem przygotowana na kolejne starcie. Bo nie byłam dłużej zdana tylko na siebie - a karmiąc się tą myślą, mój duch odżywał. Wkładałam w nią całą swoją wiarę.
Aż w końcu, kiedy podeszłam do domu, okazało się, że nie potrzebowałam jej tak wiele; światła były zgaszone. Mogłam spać spokojnie.
*
Wstając rano z łóżka, nie czułam się inaczej niż wczoraj wieczorem. Nie doświadczyłam żadnych poważnych zmian, chociaż zdawało mi się, że słowa Rudy'ego obudziły we mnie trochę śmiałości. Rozmawiałam z nim. Naprawdę z nim rozmawiałam, a skoro mówienie bez analizowania tego, co chcę powiedzieć nie sprawiało mi wtedy tak wielkich trudności (pomijając fakt, że było to strasznie trudne), może mogłam przełamać się też przed resztą. Może nie od razu, ale... ale mogłam.
Sądziłam tak do chwili, kiedy zobaczyłam jak Jack sfrustrowany otworzył szafkę. Donna położyła mu dłoń na ramieniu, a po mimice jej twarzy domyśliłam się, że uniosła głos. Przyglądałam się im dłuższą chwilę, przyciskając ręce do piersi. Czułam się nieswojo z myślą, że widzę ich kłótnie, jednak coś wewnątrz mnie nie pozwaliło mi odejść. Chciałam się upewnić, że wszystko skończy się dobrze - a skończyło się tak, że Donna, wyraźnie wytącona z równiwagi, ruszyła w stronę schodów. Zawahałam się, gdy chłopak ciężko westchnął, ale ostatecznie wzięłam głęboki wdech. On by mnie nie zostawił.
Zebrawszy w sobie całą odwagę, podeszłam do Jacka i niemal natychmiast spoliczkowałam się w myślach. Czekanie na to aż mnie zauważy było zawstydzające, więc spuściłam wzrok. Lepiej.
- Cześć - wydusiłam. Chłopak drgnął raptownie, po czym przeniósł na mnie zaskoczone spojrzenie. Gdybym mogła, sama bym to zrobiła. Wolałam jednak odwzajemnić mały uśmiech, który po chwili pojawił się na jego twarzy.
Cofam ten policzek. Nawet jeśli po wczorajszym dniu ma mnie za kompletną idiotkę, a teraz pogłębię to wrażenie, poczułam, że warto było do niego podejść. Uśmiechnął się.
Uśmiechnął się dzięki mnie.
- Cześć - odparł, przekrzywiając głowę. - Widziałaś?
Przytaknęłam nieśmiało, po czym mocniej ścisnęłam swoje dłonie. Paznokcie wbiły mi się w skórę.
- Ostatnio cały czas się kłócimy - rzekłszy to, podrapał się po karku. - Wścieka się na mnie, bo uznała, że mam przed nią tajemnice, a ja... Ja po prostu nie chcę jej o niczym mówić, dopóki nie będę pewny, że to prawda. Nie chcę, żeby naciskała.
Słuchałam jego słów w milczeniu, dogłębnie analizując każdy wyraz. Nie rozumiałam, dlaczego zwierza się akurat mnie, prawie mnie nie znał, ale pragnęłam dobrze wywiązać się z zadania. Problem leżał w tym, że nie miałam doświadczenia i kompletnie nie wiedziałam, co robić. Dlatego postanowiłam zrobić to, co w tej chwili prawdopodobnie zrobiłby on. Położyłam mu dłoń na szyi, po czym stanąwszy na palcach, drugą oplotłam jego ciało. Sama też tego potrzebowałam.
Jack przez kilka następnych sekund trwał w bezruchu. Poruszył się dopiero, gdy wiedziona poczuciem upokorzenia zamierzałam się odsunąć; przyciągnął mnie do siebie jeszcze bardziej, obejmując w talii. Oparł głowę na moim ramieniu.
Był zdecydowanie za blisko.
- Potrzebuję tego, żeby mnie wspierała, chociaż nie wie o co chodzi. Bo przecież wie, że to dla mnie trudne i to na razie powinno jej wystarczyć. Nie powinna się złościć - powiedział cicho. Oddalił się ode mnie nieznacznie, by spojrzeć mi w oczy, co wykorzystałam skrzętnie, wyswobadzając się z uścisku. Donna nie miała prawa robić mu wyrzutów. Jakim cudem, patrząc na jego przygnębioną twarz, była w stanie robić mu wyrzuty? - Co myślisz?
Nie potrafiłam zebrać dobrych słów, więc po prostu skupiłam się na ograniczeniu dyskomfortu. W momencie, kiedy chłopak ponownie otwierał usta, zadzwonił dzwonek.
Poprawiłam okulary na nosie, a przez impuls, chwyciłam go za rękę zanim zdążył odejść. Przywołałam w głowie, wczorajszą rozmowę z Rudy'm; to mi pomogło, mam nadzieję, że tobie też pomoże.
- Myślę, że nie jesteś sam, Jack.
*
- Kimberly! - Wraz z odgłosem zamykanych drzwi, dobiegł mnie donośny głos Jake'a. Zmarszczyłam brwi. Zazwyczaj się do mnie nie odzywał. Mijaliśmy się w domu, odwoził mnie do szkoły i czasami mówił, co mam robić, ale nie zdarzało mu się zwracać bezprośrednio do mnie.
Zdjęłam buty w przedpokoju, po czym zostawiając plecak przy wieszaku, ruszyłam w stronę kuchni, skąd, jak mi się zdawało, dochodził dźwięk. Obrzuciłam Sam przelotnym spojrzeniem, potem przeniosłam wzrok na mężczyznę. Oboje wyglądali bardzo poważnie, chociaż po ich ustach przemykał cień uśmiech
- Stwierdziliśmy, że masz za dużo wolnego czasu - zaczęła bezstroskim tonem.
- Nie przedłużaj tego, nie chcę tracić czasu - wtrącił Jake. Kobieta zacisnęła usta, przenosząc na niego swoje lodowate oczy. Przekrzywiła głowę.
- Psujesz mi całą zabawę, kochanie.
Niepokój ogarnął całe moje ciało. Czy to ten moment, w którym powinnam spakować walizki i się wyprowadzić? Wyrzucą mnie, tak?
- Chciałam potrzymać cię w niepewności, ale skoro nic z tego nie wyszło, powiem wprost. - Nachyliła się nad stołem, oparłszy cały ciężar ciała na złączonych rękach. Mój oddech mimowolnie przyspieszył. - Znajdziesz pracę.
Znajdziesz pracę? Coś, dzięki czemu będę mogła spędzać bez was długie godziny? I spłacę Rudy'emu cały swój dług. Dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej? Mogłabym bardziej pomóc Bethany, zarobiłabym na siebie... Samantho Diamond, pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w swoim życiu przyznaję, że okazałaś się moim wybawieniem.
Bo chyba mam już w głowie plan.
- Kim? - Uniosłam głowę i niepewnie zerknęłam
na twarz mężczyzny. Nie chciał krzyczeć; nie tak jak Sam. Nie zrobiłby
niczego, co zrobiłaby Sam. Więc czego się obawiałam? Przecież już
wiedział.
On wiedział.
Już
nigdy nie spojrzy na mnie tak samo. Od teraz będę dla niego tylko
dziewczyną, która nie potrafi postawić na swoim. Zwykłym tchórzem.
-
Opowiedz mi - rzekł miękko. Podszedł do mnie powolnym krokiem, a ja
przeniosłam wzrok na ręce, które zakryłam materiałem swetra. Były tam.
Mogły stać się niewidzialne, ale nadal tam były. Każdy siniak, każde
uderzenie, każdy rozdzierający duszę krzyk. Każda wylana łza.
Nie chciałam więcej płakać.
- Jak długo to trwa? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, delikatnie dotykając mojego ramienia. Zrobiłam krok w tył. Zdecydowanie za długo.
- Megan wie? - pokręciłam głową. - Ktokolwiek wie?
Otworzyłam
usta, żeby odpowiedzieć, lecz zamiast słów, wydobył się z nich cichy
szloch. Nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Po prostu zaczęłam się
trząść, obraz przed moimi oczyma po prostu się zamazał i po prostu nie
umiałam zrozumieć, co sprawia, że to silniejsze ode mnie. Przecież miałam nie płakać.
Zsunęłam się na podłogę, oparłszy plecy o górę materacy. Jeśli tym razem tego nie powstrzymam, nigdy tego nie zrobię. Nie wierzyłam w to, że jeszcze kiedyś mogłabym się całkowicie podnieść,
siedziałam w tym za długo. Ale musiałam spróbować. Walczyć, zacząć
działać, cokolwiek - musiałam zdobyć odwagę, by przełamać milczenie.
Najwyraźniej cisza nie była tak wymowna jak sądziłam.- Ostatnio nie jest tak źle - powiedziałam cicho, gdy stanął obok mnie. Zniżył się tak, by móc spojrzeć mi w twarz, a ja pod wpływem jego zmartwionych oczu, zmusiłam się do słabego uśmiechu. To nie był jego problem, nie mogłam go w to wciągać. Przecież i tak już wiedział. Wiedział więcej niż ktokolwiek inny. - Podporządkowałam się, nie wychodziłam za dużo z domu. - Odetchnęłam głęboko. Uspokoiłam oddech. - Musimy sprawiać pozory normalnej rodziny...
- Kim, posłuchaj mnie - zaczął stanowczo, zaciskając dłonie na moich ramionach. - Nie jesteście normalną rodziną, w ogóle nie jesteście rodziną. - Oblizał usta. - Możecie być spokrewnieni, ale nie jesteście rodziną.
- Nie chcę być sama, Rudy - wyjąkałam. Moje oczy ponownie się zaszkliły.
- Hej, he-e-ej, nie jesteś sama. Masz Megan, tak? I Vanessę. - Uśmiechnął się ciepło. - Grace tu jest, jest Jack, no i Jerry. Ja też tu jestem. Dojo to nasza druga rodzina, a ty od teraz jesteś jej częścią, nie zapominaj o tym, dobrze?
Skinęłam głową, spoglądając na jego przyjazną twarz. Rozluźniłam mięśnie, gdy poczułam jak przyjemny prąd rozlewa się po moim ciele. Potrzebowałam tego zapewnienia. Świadomości, że pomimo wszystko będę miała kogoś, kto zawsze stanie po mojej stronie i będzie przy mnie, nie zważając na to, co o sobie myślę. Naprawdę chciałam w to uwierzyć; dlatego pozwoliłam, by Rudy ujął moje dłonie i odwzajemniłam jego gest.
- Odwiozę cię do domu - odrzekł, po czym zwinnym ruchem podźwignął mnie w górę. Otarłam ręką mokre policzki. Łzy nie są niczym złym. Ale ty wylałaś ich zdecydowanie za dużo. Wraz z tą myślą moje usta opuściło ciche westchnięcie. Czasami nie potrafiłam nadążyć za swoimi uczuciami, miałam wrażenie jakbym brała udział w jakimś głupim wyścigu. Problem polegał na tym, że nie widziałam mety, a byłam zbyt słaba, żeby biec dalej. W tamtej chwili pragnęłam się zatrzymać, wziąć wdech. Więc zanim opuściłam dojo, ostatni raz spojrzałam przez ramię, dokładnie na to miejsce, w którym przed chwilą siedziałam. Zagryzłam wargi.
- Podniosłeś mnie - szepnęłam. Mężczyzna odwrócił głowę, zmarszczywszy brwi. Nie zwróciłam uwagi na jego zaskoczony wzrok ani tym bardziej pytanie wypisane na twarzy. Uśmiechnęłam się z ulgą; Może wcale nie był za późno. Jeszcze miałam szansę. - Podniosłeś mnie, Rudy. - Przesiąkłam ciszą, która wypełniła pomieszczenie. - Dziękuję.
Oparłam głowę o szybę, po czym spojrzawszy na rozgwieżdżone niebo pomyślałam, że odzwierciedla rozlewającą się we mnie błogość. Czułam się inaczej. Lżej. Przynajmniej dopóty, dopóki w pełni rozkoszowałam się muzyką płynącą z radia i oddałam się nużącej ciszy. Powiedziałam dzisiaj za dużo, by mówić dalej. Ale kiedy z pustej drogi, wjechaliśmy w uliczki mieszkaniowe, naszła mnie trapiąca myśl. Przez najbliższe dwie minuty nie pozwalała mi zmrużyć oczu.
- Rudy? - odezwałam się w końcu. Mężczyzna oderwał wzrok od jezdni, poluzowując uchwyt na kierownicy. - Zrzuciłam na ciebie swój problem...
- Nie możesz myśleć o tym w ten sposób - przerwał mi raptowanie. - To nie jest twoja wina, Kim, a ja i tak bym się dowiedział. Nie możesz myśleć, że się narzucasz. Chcę ci pomóc, rozumiesz? Sam z siebie.
Zacisnęłam usta w wąską kreskę i zagryzłam wargi, czując, że w moich oczach zbierają się łzy. Chyba mam zwiększoną tendencję do płaczu. Albo nie płakałam tak długo, że musiałam przejść jakiś wybuch, który ustatkuje mnie emocjonalnie. Albo po prostu nie zasługiwałam na Rudy'ego. Dlaczego on był dla mnie taki dobry? Nie zrobiłam nic, czym mogłabym zaskarbić sobie czyjąś uwagę, a już na pewno, zyskać przychylnoć czy pomoc.
- Nie chodziło mi o to. - Ściszyłam głos. No dalej, Kim. To twój dzień szczerości, jedno wyznanie więcej przecież nic nie zmieni. Poza tym, nareszczie nie będziesz mówiła o sobie, to o jego dobro trzeba tu zadbać. Twoje imię i tak widniało dzisiaj na zbyt wielu ustach. - Dobrze, może po części też, ale nie. Wiem, że ostatnio opuszczałam treningi...
- Nie martw się tym.
- Proszę cię, daj mi skończyć - westchnęłam cicho, spoglądając w jego stronę. Napotkawszy na drodze jego oczy, wróciłam spojrzeniem do swoich splecionych dłoni. - Jesteś senseiem w dojo, to twoja praca. Dostajesz za to pieniądze, a ja ci nie płaciłam. Nie sądziłam, że zostanę tam na dłużej, miałam tylko pomóc w zawodach i odejść. Tylko, że zostałam. - Pokręciłam głową. Nigdy nawet nie wspomniałeś, że jestem ci coś winna - powiedziałam, mrugając szybko powiekami. - Zrzuciłam ci się na głowę, zabrałam ci czas, dlaczego nie kazałeś mi za to zapłacić? Sprawiłam ci problem. Jestem problemem.
W samochodzie zapanowała względna cisza. Przysłuchiwałam się równemu oddechowi mężczyzny, czekając na odpowiedź. Ale nie nadchodziła przez kolejną minutę; aż w końcu straciłam nadzieję na to, że w ogóle nadejdzie.
- Nie jesteś problem, Kim - odparł pewnym głosem. - Jesteś córką Liv.
- Liv nie żyje.
- Przyjaźniłem się z nią całe życie, nie mógłbym kazać ci płacić - odparował.
Otworzyłam usta, gdy spostrzegłam, że znajdujemy się na odpowiedniej ulicy. Poczułam ścisk w żołądku, lecz zmusiłam się do bladego uśmiechu. Pora na ostatnią dzisiaj konfrontację. I chyba wcale nie była tą najgorszą.
- Zatrzymaj się tutaj - mruknęłam bezsilnie.
- Nie ma mowy, pójdę tam z tobą. - Pospiesznie pokręciłam głową. Jeżeli dowiedzą się, że komuś powiedziałam, będzie gorzej. Nie mogli wiedzieć.
- Rudy, proszę. Zatrzymaj się. - Mężczyzna przyglądał mi się sceptycznie, jednakże po kilku sekundach faktycznie zatrzymał pojazd. Westchnął. - Dziękuję.
Wysiadłam z samochodu, a zanim zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, ostatni raz dobiegł mnie głos Rudy'ego.
- Nie odrzucaj ludzi, którzy chcą ci pomóc. Nie jesteś sama, Kim.
Skinęłam lekko głową, wymuszając blady uśmiech. Pomimo zmęczenia, poczułam, że jestem przygotowana na kolejne starcie. Bo nie byłam dłużej zdana tylko na siebie - a karmiąc się tą myślą, mój duch odżywał. Wkładałam w nią całą swoją wiarę.
Aż w końcu, kiedy podeszłam do domu, okazało się, że nie potrzebowałam jej tak wiele; światła były zgaszone. Mogłam spać spokojnie.
*
Wstając rano z łóżka, nie czułam się inaczej niż wczoraj wieczorem. Nie doświadczyłam żadnych poważnych zmian, chociaż zdawało mi się, że słowa Rudy'ego obudziły we mnie trochę śmiałości. Rozmawiałam z nim. Naprawdę z nim rozmawiałam, a skoro mówienie bez analizowania tego, co chcę powiedzieć nie sprawiało mi wtedy tak wielkich trudności (pomijając fakt, że było to strasznie trudne), może mogłam przełamać się też przed resztą. Może nie od razu, ale... ale mogłam.
Sądziłam tak do chwili, kiedy zobaczyłam jak Jack sfrustrowany otworzył szafkę. Donna położyła mu dłoń na ramieniu, a po mimice jej twarzy domyśliłam się, że uniosła głos. Przyglądałam się im dłuższą chwilę, przyciskając ręce do piersi. Czułam się nieswojo z myślą, że widzę ich kłótnie, jednak coś wewnątrz mnie nie pozwaliło mi odejść. Chciałam się upewnić, że wszystko skończy się dobrze - a skończyło się tak, że Donna, wyraźnie wytącona z równiwagi, ruszyła w stronę schodów. Zawahałam się, gdy chłopak ciężko westchnął, ale ostatecznie wzięłam głęboki wdech. On by mnie nie zostawił.
Zebrawszy w sobie całą odwagę, podeszłam do Jacka i niemal natychmiast spoliczkowałam się w myślach. Czekanie na to aż mnie zauważy było zawstydzające, więc spuściłam wzrok. Lepiej.
- Cześć - wydusiłam. Chłopak drgnął raptownie, po czym przeniósł na mnie zaskoczone spojrzenie. Gdybym mogła, sama bym to zrobiła. Wolałam jednak odwzajemnić mały uśmiech, który po chwili pojawił się na jego twarzy.
Cofam ten policzek. Nawet jeśli po wczorajszym dniu ma mnie za kompletną idiotkę, a teraz pogłębię to wrażenie, poczułam, że warto było do niego podejść. Uśmiechnął się.
Uśmiechnął się dzięki mnie.
- Cześć - odparł, przekrzywiając głowę. - Widziałaś?
Przytaknęłam nieśmiało, po czym mocniej ścisnęłam swoje dłonie. Paznokcie wbiły mi się w skórę.
- Ostatnio cały czas się kłócimy - rzekłszy to, podrapał się po karku. - Wścieka się na mnie, bo uznała, że mam przed nią tajemnice, a ja... Ja po prostu nie chcę jej o niczym mówić, dopóki nie będę pewny, że to prawda. Nie chcę, żeby naciskała.
Słuchałam jego słów w milczeniu, dogłębnie analizując każdy wyraz. Nie rozumiałam, dlaczego zwierza się akurat mnie, prawie mnie nie znał, ale pragnęłam dobrze wywiązać się z zadania. Problem leżał w tym, że nie miałam doświadczenia i kompletnie nie wiedziałam, co robić. Dlatego postanowiłam zrobić to, co w tej chwili prawdopodobnie zrobiłby on. Położyłam mu dłoń na szyi, po czym stanąwszy na palcach, drugą oplotłam jego ciało. Sama też tego potrzebowałam.
Jack przez kilka następnych sekund trwał w bezruchu. Poruszył się dopiero, gdy wiedziona poczuciem upokorzenia zamierzałam się odsunąć; przyciągnął mnie do siebie jeszcze bardziej, obejmując w talii. Oparł głowę na moim ramieniu.
Był zdecydowanie za blisko.
- Potrzebuję tego, żeby mnie wspierała, chociaż nie wie o co chodzi. Bo przecież wie, że to dla mnie trudne i to na razie powinno jej wystarczyć. Nie powinna się złościć - powiedział cicho. Oddalił się ode mnie nieznacznie, by spojrzeć mi w oczy, co wykorzystałam skrzętnie, wyswobadzając się z uścisku. Donna nie miała prawa robić mu wyrzutów. Jakim cudem, patrząc na jego przygnębioną twarz, była w stanie robić mu wyrzuty? - Co myślisz?
Nie potrafiłam zebrać dobrych słów, więc po prostu skupiłam się na ograniczeniu dyskomfortu. W momencie, kiedy chłopak ponownie otwierał usta, zadzwonił dzwonek.
Poprawiłam okulary na nosie, a przez impuls, chwyciłam go za rękę zanim zdążył odejść. Przywołałam w głowie, wczorajszą rozmowę z Rudy'm; to mi pomogło, mam nadzieję, że tobie też pomoże.
- Myślę, że nie jesteś sam, Jack.
*
- Kimberly! - Wraz z odgłosem zamykanych drzwi, dobiegł mnie donośny głos Jake'a. Zmarszczyłam brwi. Zazwyczaj się do mnie nie odzywał. Mijaliśmy się w domu, odwoził mnie do szkoły i czasami mówił, co mam robić, ale nie zdarzało mu się zwracać bezprośrednio do mnie.
Zdjęłam buty w przedpokoju, po czym zostawiając plecak przy wieszaku, ruszyłam w stronę kuchni, skąd, jak mi się zdawało, dochodził dźwięk. Obrzuciłam Sam przelotnym spojrzeniem, potem przeniosłam wzrok na mężczyznę. Oboje wyglądali bardzo poważnie, chociaż po ich ustach przemykał cień uśmiech
- Stwierdziliśmy, że masz za dużo wolnego czasu - zaczęła bezstroskim tonem.
- Nie przedłużaj tego, nie chcę tracić czasu - wtrącił Jake. Kobieta zacisnęła usta, przenosząc na niego swoje lodowate oczy. Przekrzywiła głowę.
- Psujesz mi całą zabawę, kochanie.
Niepokój ogarnął całe moje ciało. Czy to ten moment, w którym powinnam spakować walizki i się wyprowadzić? Wyrzucą mnie, tak?
- Chciałam potrzymać cię w niepewności, ale skoro nic z tego nie wyszło, powiem wprost. - Nachyliła się nad stołem, oparłszy cały ciężar ciała na złączonych rękach. Mój oddech mimowolnie przyspieszył. - Znajdziesz pracę.
Znajdziesz pracę? Coś, dzięki czemu będę mogła spędzać bez was długie godziny? I spłacę Rudy'emu cały swój dług. Dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej? Mogłabym bardziej pomóc Bethany, zarobiłabym na siebie... Samantho Diamond, pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w swoim życiu przyznaję, że okazałaś się moim wybawieniem.
Bo chyba mam już w głowie plan.