*W rozdziale mogą pojawić się wulgaryzmy*
- Nat! - wołam, wychylając głowę zza drzwi łazienki. Dziewczyna leniwie przeciąga się na łóżku i macha ręką w moją stronę. Nie daruję jej, jeżeli znowu się spóźnimy. Jest w ostatniej klasie, chyba powinna zadbać o dobrą opinię. Wysoka średnia nie gwarantuje miejsca w wymarzonym college'u. - Nat - powtarzam ciszej. Przemierzam korytarz szybkim krokiem. Może trochę przesadzam, myślę. Znowu uczyła się do późna, ciekawe czy w ogóle zmrużyła w nocy oko. Szkoła wysysa z niej całą energię życiową.
- Wstawaj, mamy niecałe pół godziny do pierwszego dzwonka - pochylam się nad nią, lekko szturcham w ramię. Czuję gwałtowne wzdrygnięcie, spotęgowane oskarżycielskim spojrzeniem. Po moich plecach przechodzą nieprzyjemne dreszcze. Sytuacja powtarza się każdego ranka, lecz nadal nie potrafię do tego przywyknąć. - Ciesz się, że Joan wyjechała na studia. Łazienka wolna - te słowa ostatecznie ją przekonują. Zwleka się z łóżka, przeczesując włosy dłonią. Wygląda niczym strach na wróble w krótkich zielonych spodniach i luźnej szarej bluzce. Nie mam pojęcia w jaki sposób codziennie przeistacza się w piękną królewnę. To jakaś czarna magia. Której przy okazji nigdy nie posiądę.
- Rodzice nas podwożą? - przytakuję, sprawdzając dzisiejszy harmonogram. Zaczynam od angielskiego, co znaczy, że nie muszę przejmować się czasem. Jeśli ja się spóźnię, nauczycielka także.
- Możesz stać przy lustrze tak długo jak chcesz - uśmiecham się pod nosem. Jestem losowi bardzo wdzięczna za nieobdarowanie mnie cechami typowej dorastającej kobiety. Nie rozumiem tej obsesji na punkcie idealnego makijażu czy ubrań z najwyższych półek. Może dlatego, że odzież przychodzi do mnie automatycznie, prosto z szafy Natalie. - Przynajmniej dopóki Michael się nie obudzi.
- Szykuj się - szepcze, gdy na schodach rozlegają się pierwsze kroki. Kładzie mi dłoń na ramieniu. Wie, że ciężko to znoszę. Wszyscy ciężko to znosimy. - Postaram się nie siedzieć tam cały ranek - rzuca na odchodnym. Stara się poprawić mi humor, jednak udaje jej się wymusić na mojej twarzy tylko niewyraźny grymas. A zapowiadał się taki piękny dzień.
Wzdycham cicho, ukradkiem zerkając na otwarte drzwi sypialni rodziców. Wśród powszechnego bałaganu i wszędzie walających się ubrań dostrzegam szczelnie zawiniętego w kołdrę Michaela. Ciekawe czy tym razem zacznie od najcięższych artylerii... Chociaż, chyba nie chce się przekonać.
Kieruję się w stronę łazienki, by po chwili zobaczyć jak Nat, opierając się o umywalkę przejeżdża po rzęsach tuszem. Na całe szczęście, nigdy z tym nie przeszkadza. Nie wiem czy byłabym w stanie przyznać się do pokrewieństwa z nią, gdyby nakładała na twarz przesadną ilość makijażu. Wyznajemy różne wartości.
- Fajnie, że wpadłaś - słyszę. - Podaj mi błyszczyk.
- A magiczne słowo? - marszczę czoło, przyglądając jej się badawczo. W niczym nie przypominała ohydnego zombie sprzed pięciu minut. Złocisto-rude włosy miękko spływały po jej plecach, oczy przybrały naturalny odcień, a z cery zniknęły czerwone plamy. Ona jest cudotwórcą.
- Abrakadabra.
- To wcale nie było zabawne - odgryzam się. Dobry humor znika, gdy zewsząd rozlega się głośny krzyk Michaela. Trochę za wcześnie.
- Ja pierdolę! - czuję zimny dreszcz, który z zawrotną prędkością przebiega po moim ciele. Boję się podnieść wzrok znad podłogi. Zupełnie jakbym miała dolać tym oliwy do ognia. Z drugiej strony, nie jestem pewna czy to w ogóle możliwe. - Nigdzie nie idę, zostaw mnie! - po niewyraźnych dźwiękach i zduszonych okrzykach dochodzę do wniosku, że tata zaczął szarpać nim za ramię, aby w końcu wyrwać go z łóżka. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego chodzenie do szkoły sprawia mu tak wielką trudność. Rodzice wyręczają go niemal na każdym kroku, odrabiają za niego prace domowe, czytają lektury, pakują książki, sprzątają po nim brudne naczynia, tylko czekają na rozkazy. Być może nie mam w tych sprawach wielkiego doświadczenia, ale dwunastolatek powinien chyba sobie z tym poradzić. - Odpierdol się! - chwytam w dłonie szczotkę do włosów, zabierając się za rozczesywanie końcówek. Dlaczego reaguje na to w taki sposób? To zwykłe przepychanki między rodzicem, a dzieckiem, bunt rozpieszczonego smarkacza. Prawda?
- No co ty robisz, chłopie?! - głos ojca przebija się przez ogłuszające piski Michaela. Zaczyna się jak zwykle. Liczę na jakieś urozmaicenie, niedługo zanudzę się na śmierć.
- Kurwa! - słyszę po chwili. Jak na syna nauczycielki angielskiego ma dość ubogi zasób słownictwa. Brakuje mu też umiejętności prowadzenia logicznej rozmowy, jego odpowiedź znacznie odbiega od tematu. Przydadzą mu się korepetycje. Najlepiej bardzo daleko stąd.
- Puść mnie, zostaję w domu!
Podobno człowiek wykorzystuje jedynie dziesięć procent swojego mózgu. Ciekawe czy jeżeli wbiję wzrok w połyskujące zielone płytki i głęboko się skoncentruję, uda mi się zapaść pod ziemię. Jeśli już tu nie wrócę, będę losowi na zawsze wdzięczna.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - widzę, że tata wyłamał się ze swojego schematu. Dotychczas ograniczał się do przepełnionego goryczą i złością podnoszenia głosu w nadziei, że to ustawi chłopaka do pionu. Obawiam się jednak, że na to może być za późno. Zbyt długo żył w beztrosce. Nikt nie zwracał uwagi na jego przewinienia - do czasu, kiedy jego zachowanie wymknęło się spod kontroli również w szkole. Uchodzimy za wybitnie uzdolnioną rodzinę. Idealne oceny, aktywność na lekcji, udział w setkach konkursów, talent do sportu. Ale właśnie tego oczekuje się od dzieci nauczycieli. Perfekcji na każdym kroku.
Myślą, że prowadzę doskonały żywot. Tymczasem nie potrafię pozbyć się lęku przed swoim młodszym bratem, który zawojował całym moim światem. Kiedy go widzę miękną mi kolana, czuję w żołądku dziwny skurcz. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że za moment wszystko legnie w gruzach. Boję się dwunastolatka. Jestem żałosna.
- Pieprz się, gówniaku!* - chyba jednak się myliłam. Całkiem nieźle radzi sobie z tworzeniem neologizmów. - Odpierdol się!! - z jego gardła wydobywa się rozdzierający krzyk. Żarty się skończyły, muszę przystopować z sarkastycznymi uwagami. Nawet jeżeli mnie nie słyszy.
Z dołu przebija się ledwie słyszalny głos dziadka. Nie udaje mi się rozróżnić jego słów, lecz zdaję sobie sprawę, że tylko pogorszył sytuację. Ludzie nie myślą logicznie pod wpływem emocji, a to doprowadza do głębokich ran w psychice. Głównie osób, które nie zostały bezpośrednio dotknięte.
***
Michael uspokaja się dopiero po piętnastu minutach. Naburmuszony schodzi do kuchni, gdzie czeka na niego skromne śniadanie. Siada naprzeciw mnie, łypiąc groźnie. Moje serce niebezpiecznie przyspiesza. W takim stanie jest zdolny do wszystkiego, nie ma żadnych zahamowań. A dlaczego? Przez durnych sześć godzin w szkole. To chyba nie aż tak przerażająca perspektywa.
- Nie gap się tak - sapie. W normalnym przypadku uraczyłabym go ciętą ripostą, ale wolę nie ryzykować. Jeśli go zignoruję, poszuka innego celu. Może wyładować się na przykład na tacie, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Pakujcie się do samochodu - mówi. Zgarnia kluczyki leżące na mikrofalówce i obrzuca nas obojętnym spojrzeniem. Zamaszystym gestem zarzucam na plecy czarną, skórzaną kurtkę. To jedna z wielu rzeczy zdobytych przeze mnie w sklepie "Szafa Nat". Jest tam naprawdę dużo ładnych ciuchów.
- Gruba świnia - przy drzwiach dobiega mnie głos Michaela. Staram się nie brać tej uwagi do siebie, słyszę podobne niemal codziennie. Przekraczam próg, czując jak chłodny wiatr szczypie moje policzki. Kropelki rosy zdobią pojedyncze źdźbła trawy, w powietrzu unosi się gęsta mgła.
Kiedy zajmuję swoje miejsce w aucie, uświadamiam sobie coś bardzo ważnego.
Nieważne ile razy coś mi się przydarzy, nigdy się do tego nie przyzwyczaję.
***
Myśli Kimberly nadal krążyły wokół wczorajszych wydarzeń. Zdobyła się na coś, co wcześniej wydawało jej się bardzo odległe, wręcz graniczące z cudem. Dawno nie przeżyła czegoś równie pięknego, myślała że nic nie jest w stanie już zepsuć jej humoru. Nawet nie wiedziała jak bardzo się myliła...
Kiedy przekroczyła próg domu, jej oczy spotkały się z bezdusznym spojrzeniem Sam. Tyle wystarczyło, aby wszystko na nowo legło w gruzach. Niepewność powróciła, strach sparaliżował całe ciało. Kobieta powoli rozbierała to, co udało jej się dziś zbudować. Cegiełka po cegiełce. Aż w końcu pozostał jedynie niewyraźny zarys po fundamencie.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałaś? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie muszę mówić ci o wszystkim - sapnęła cicho, spuszczając głowę. Tych kilka słów, pomimo oplecenia ich wręcz namacalnym lękiem, obudziły w niej niezwykłą moc. Jeszcze nigdy nikomu się nie postawiła, nie zrobiła żadnego kroku w kierunku lepszego życia; pozwalała na niewybredne komentarze, wydawane raz za razem polecenia. Tłamsiła w sobie wszelki sprzeciw. Bo co mogła zrobić? Uległość wydawała jej się odpowiedniejsza. Bezpieczniejsza.
- Mylisz się, moja droga. Chyba zapomniałaś, że mieszkasz pod moim dachem. Dałam ci dom, choć równie dobrze mogłam zostawić cię na ulicy... zresztą, to i tak nie zrobiłoby nikomu większej różnicy - prychnęła. - Wiesz na jakich zasadach cię tu trzymam, nie każ mi się powtarzać. A teraz wracaj do pracy. Pranie czeka - Diamond odwróciła się z napięciem. Ruszyła przed siebie.
- Nie - zająknęła się cicho, zaciskając powieki. Poczuła w sobie wewnętrzną siłę, duży zastrzyk pewności siebie. Nadszedł czas, by dać kres wszystkim schematom. Zrobić coś, na co wcześniej brakło jej odwagi - nim wszystko ponownie się zawali
- Co takiego? - obróciła się przez ramię i oparła dłonie na biodrach.
- Nie - powtórzyła pewniej. Podniosła głowę, rozluźniając ramiona. Zaszła dalej niż kiedykolwiek, nie mogła się teraz wycofać. Nawet jeśli jej umysł już przypominał rozbujaną huśtawkę emocjonalną wiszącą na jednym łańcuchu.
- Nie?
- Nie!
Sam zbliżyła się do dziewczyny, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Straciła kontrolę nad swoją "służbą". I chyba nie była z tego zadowolona.
Wzięła głęboki rozmach, lecz jej rozpędzona pięść została zatrzymana w dół drogi. Kimberly zablokowała cios. N a p r a w d ę to zrobiła. Przełknęła ślinę, spojrzała w zimne oczy ciotki. Odwaga, która wypełniała ją jeszcze chwilę temu, zachwiała się. Pewność ustąpiła miejsca dawnemu lękowi.
- Obawiam się, że popełniłaś błąd, moja panno - wyrwała się z uścisku, chwytając za kołnierzyk jej koszuli. - Wielki błąd.
***
Westchnęła, lekko kręcąc głową. Przywołała na twarz blady uśmiech, by nie wzbudzać w nikim podejrzeń. W ostatnim czasie Jack dziwnie się jej przyglądał, zupełnie jakby o wszystkim wiedział. Musiała zachować pozory, stworzyć wizerunek nudnej, przygnębiającej i zupełnie nieciekawej nastolatki. To chyba nic trudnego.
Uniosła dłonie nad głowę, rozciągając się. Kątem ucha przysłuchiwała się Miltonowi, który prowadził z Jerry'm ożywioną dyskusję. Zdawali się nie zwracać uwagi na to, że kilka minut temu rozpoczął się trening - przerwali dopiero, gdy w drzwiach dojo pojawił się niczym niewzruszony Brewer. Na jego twarzy malował się wściekły grymas. W niczym nie przypominał tego radosnego chłopca, jakim był zazwyczaj.
- Spóźniłeś się, Jack - Rudy podniósł głowę znad papierów. Zlustrował go wzrokiem, uznając że to nie czas na kolejny wykład o ogromnej wadze punktualności. On też nie miał najlepszego humoru. - Przebierz się.
- Przepraszam - wymamrotał, kierując się w stronę szafki. Po chwili wahania Kim ruszyła za nim. Zanim jednak zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, poczuła straszliwy ból, rozchodzący się po jej głowie. Przerażony wyraz twarzy szatyna i niekontrolowany potok słów wypływający z jego ust uświadomiły jej, iż to on jest głównym tego powodem. Uderzył ją drzwiczkami szafki, co, przy okazji, skutecznie pozwoliło mu zapomnieć o paru nieprzyjemnych sytuacjach dzisiejszego dnia. Chociaż tyle.
- Nie chciałem, Kim, naprawdę! - rzucił się ku niej, chwytając za jej łokieć. Spróbował dostrzec coś zza palcami, niespokojnie krążącymi po czole blondynki. Z ulgą stwierdził, że nie stało się nic poważniejszego. Ale to wcale nie zmniejszyło jego poczucia winy. - Przepraszam!
- Nic się nie stało - zaśmiała się nerwowo. Jego bliskość wywołała w niej dziwny niepokój.
Jeden zły ruch wystarczył, aby wszyscy poznali jej sekret. Nie mogła do niego dopuścić.
- Jest okej, nie martw się - po kilku próbach, nareszcie udało jej się uwolnić i odsunąć na bezpieczną odległość. Wtem nastąpiło to, czego obawiała się najbardziej.
Jack przyglądał się jej z rozwartymi ustami. Niebiesko-płowa bluzka osunęła się z jej ramienia, tym samym obnażając dwa nowe sińce. Dziewczyna wstrzymała oddech, rozglądając się po pomieszczeniu. Jeszcze nie było za późno. Mogła przecież powiedzieć coś, co odegna wszelkie podejrzenia. Obrócić to w niewinny żart, zwalić wszystko na swoją niezdarność lub słabą koordynację. Ale czy kłamstwo jest odpowiednim rozwiązaniem? Co jeśli to tylko wszystko pogorszy? Nie chciała stracić tego, co tu zyskała. Nie byłaby w stanie tego odbudować. Nie potrafiłaby się podnieść.
Zrobiła krok w stronę Brewera. Nabrała powietrza do ust, nadal bijąc się z myślami. Jej słowa mogą zaważyć nad dalszym biegiem zdarzeń. Nie było miejsca na błąd.
- Jest okej - powtórzyła, uśmiechając się słabo. Skrzyżowała ręce na piersi i jeszcze raz spojrzała na twarze przyjaciół. Ucieknij w kąt. Schowaj się w cieniu. Oni zapomną... będzie dobrze. - Nie martw się. Naprawdę.
***
Mało kto wie o tajemnej kryjówce na dachu szkoły. Dla uczniów to wyłącznie szara, nie różniąca się od innych osłona przed deszczem. Dla innych to miejsce, w którym mogą spokojnie zebrać myśli i pobyć chwilę tylko ze sobą. Tu nikt im nie przeszkadza.
Jack poszedł tam, odpuszczając sobie przerwę obiadową. Czuł, że w jego zaczyna się coś zmienić. Dotychczas poukładane i spokojne, teraz groziło nagłym zawaleniem. Ktoś naruszył jego codzienną równowagę. Stracił kontrolę.
Przesadza... zachowuje się, jak zwykle, poświęcam jej tyle samo czasu. Nic się nie zmieniło, pomyślał. Bo nic się nie zmieniło, prawda?
Siedział na burym podwyższeniu. Beznamiętnie wpatrywał się w krajobraz Seaford, jeszcze raz analizując całą sytuację. Wtedy usłyszał jej cichy, niepewny głos.
- Cześć - powiedziała. Usiadła obok niego, oddając się głębokiej ciszy przerywanej przez gwar dobiegający z niższego piętra. Dopiero po dłuższej chwili odważyła się na jego spojrzeć. - Już prawie zniknęły... często wpadam na tę szafkę, ciągle o niej zapominam. Nie musisz się..
- Nie martwię się - przerwał jej ostro. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak brutalnie musiało to zabrzmieć. Zaślepiony problemami, które w jednej sekundzie zwaliły mu się na głowę. Nie myślał racjonalnie, ale w głębi duszy zganił się za to, że nie umiał się powstrzymać. Wszystkie negatywne emocji dawały ujście w najmniej odpowiednich momentach. Raniły osoby, na których najbardziej mu zależało.
Kimberly spuściła wzrok, bawiąc się końcówką swetra. Może Sam miała rację.
- Przepraszam - westchnął. Słowa uwięzły mu w gardle, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Mówił dalej. - Nie jestem sobą. Ja po prostu... nigdy nie chciałem powiedzieć ani zrobić czegoś, co mogłoby kogokolwiek skrzywdzić. Nie wiem co się dzieję, wszystko się sypie... - oparł głowę na rękach. Sprawy miały się naprawdę kiepsko. - Pokłóciłem się z Donną.
Blondynka zerknęła na niego kątem oka. Biła się z myślami. Jeszcze nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji, co powinna zrobić? Uśmiechnąć się i powiedzieć, że w końcu jakoś się ułoży? Była najlepszym przykładem na to, że od tej reguły istnieją jednak wyjątki.
Niepewnie dotknęła jego dłoni. Splotła ich palce, nie do końca świadoma tego, czy obrała odpowiedni kierunek. Bała się, bo po raz pierwszy w życiu miała coś do stracenia. I z całego serca chciała temu zapobiec.
♥♥♥
*gówniak - słowo wymyślone przez mojego brata i niejednokrotnie używane w różnorakich sytuacjach
Zdaję sobie sprawę z tego, że w kilku miejscach powtórzyłam dokładnie to samo zdanie - ale to celowego działanie, ma w sobie jakiś ukryty sens.
Jestem dumna z tego, że udało mi się skończyć ten rozdział zgodnie z wyżej przewidzianą datą, jednak nie jestem przekonana do treści. Nie do końca podoba mi się początek, chociaż ten wątek wydaje mi się być całkiem interesujący. Inny.
Przede wszystkim, obiecałam sobie, że od tej chwili, wyzbędę się zwyczaju spojlerowania. Nie dowiecie się ode mnie niczego, akcja będzie budowana stopniowo, przez co sami lepiej ją odbierzecie. No, przynajmniej tak myślę.
- Nat! - wołam, wychylając głowę zza drzwi łazienki. Dziewczyna leniwie przeciąga się na łóżku i macha ręką w moją stronę. Nie daruję jej, jeżeli znowu się spóźnimy. Jest w ostatniej klasie, chyba powinna zadbać o dobrą opinię. Wysoka średnia nie gwarantuje miejsca w wymarzonym college'u. - Nat - powtarzam ciszej. Przemierzam korytarz szybkim krokiem. Może trochę przesadzam, myślę. Znowu uczyła się do późna, ciekawe czy w ogóle zmrużyła w nocy oko. Szkoła wysysa z niej całą energię życiową.
- Wstawaj, mamy niecałe pół godziny do pierwszego dzwonka - pochylam się nad nią, lekko szturcham w ramię. Czuję gwałtowne wzdrygnięcie, spotęgowane oskarżycielskim spojrzeniem. Po moich plecach przechodzą nieprzyjemne dreszcze. Sytuacja powtarza się każdego ranka, lecz nadal nie potrafię do tego przywyknąć. - Ciesz się, że Joan wyjechała na studia. Łazienka wolna - te słowa ostatecznie ją przekonują. Zwleka się z łóżka, przeczesując włosy dłonią. Wygląda niczym strach na wróble w krótkich zielonych spodniach i luźnej szarej bluzce. Nie mam pojęcia w jaki sposób codziennie przeistacza się w piękną królewnę. To jakaś czarna magia. Której przy okazji nigdy nie posiądę.
- Rodzice nas podwożą? - przytakuję, sprawdzając dzisiejszy harmonogram. Zaczynam od angielskiego, co znaczy, że nie muszę przejmować się czasem. Jeśli ja się spóźnię, nauczycielka także.
- Możesz stać przy lustrze tak długo jak chcesz - uśmiecham się pod nosem. Jestem losowi bardzo wdzięczna za nieobdarowanie mnie cechami typowej dorastającej kobiety. Nie rozumiem tej obsesji na punkcie idealnego makijażu czy ubrań z najwyższych półek. Może dlatego, że odzież przychodzi do mnie automatycznie, prosto z szafy Natalie. - Przynajmniej dopóki Michael się nie obudzi.
- Szykuj się - szepcze, gdy na schodach rozlegają się pierwsze kroki. Kładzie mi dłoń na ramieniu. Wie, że ciężko to znoszę. Wszyscy ciężko to znosimy. - Postaram się nie siedzieć tam cały ranek - rzuca na odchodnym. Stara się poprawić mi humor, jednak udaje jej się wymusić na mojej twarzy tylko niewyraźny grymas. A zapowiadał się taki piękny dzień.
Wzdycham cicho, ukradkiem zerkając na otwarte drzwi sypialni rodziców. Wśród powszechnego bałaganu i wszędzie walających się ubrań dostrzegam szczelnie zawiniętego w kołdrę Michaela. Ciekawe czy tym razem zacznie od najcięższych artylerii... Chociaż, chyba nie chce się przekonać.
Kieruję się w stronę łazienki, by po chwili zobaczyć jak Nat, opierając się o umywalkę przejeżdża po rzęsach tuszem. Na całe szczęście, nigdy z tym nie przeszkadza. Nie wiem czy byłabym w stanie przyznać się do pokrewieństwa z nią, gdyby nakładała na twarz przesadną ilość makijażu. Wyznajemy różne wartości.
- Fajnie, że wpadłaś - słyszę. - Podaj mi błyszczyk.
- A magiczne słowo? - marszczę czoło, przyglądając jej się badawczo. W niczym nie przypominała ohydnego zombie sprzed pięciu minut. Złocisto-rude włosy miękko spływały po jej plecach, oczy przybrały naturalny odcień, a z cery zniknęły czerwone plamy. Ona jest cudotwórcą.
- Abrakadabra.
- To wcale nie było zabawne - odgryzam się. Dobry humor znika, gdy zewsząd rozlega się głośny krzyk Michaela. Trochę za wcześnie.
- Ja pierdolę! - czuję zimny dreszcz, który z zawrotną prędkością przebiega po moim ciele. Boję się podnieść wzrok znad podłogi. Zupełnie jakbym miała dolać tym oliwy do ognia. Z drugiej strony, nie jestem pewna czy to w ogóle możliwe. - Nigdzie nie idę, zostaw mnie! - po niewyraźnych dźwiękach i zduszonych okrzykach dochodzę do wniosku, że tata zaczął szarpać nim za ramię, aby w końcu wyrwać go z łóżka. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego chodzenie do szkoły sprawia mu tak wielką trudność. Rodzice wyręczają go niemal na każdym kroku, odrabiają za niego prace domowe, czytają lektury, pakują książki, sprzątają po nim brudne naczynia, tylko czekają na rozkazy. Być może nie mam w tych sprawach wielkiego doświadczenia, ale dwunastolatek powinien chyba sobie z tym poradzić. - Odpierdol się! - chwytam w dłonie szczotkę do włosów, zabierając się za rozczesywanie końcówek. Dlaczego reaguje na to w taki sposób? To zwykłe przepychanki między rodzicem, a dzieckiem, bunt rozpieszczonego smarkacza. Prawda?
- No co ty robisz, chłopie?! - głos ojca przebija się przez ogłuszające piski Michaela. Zaczyna się jak zwykle. Liczę na jakieś urozmaicenie, niedługo zanudzę się na śmierć.
- Kurwa! - słyszę po chwili. Jak na syna nauczycielki angielskiego ma dość ubogi zasób słownictwa. Brakuje mu też umiejętności prowadzenia logicznej rozmowy, jego odpowiedź znacznie odbiega od tematu. Przydadzą mu się korepetycje. Najlepiej bardzo daleko stąd.
- Puść mnie, zostaję w domu!
Podobno człowiek wykorzystuje jedynie dziesięć procent swojego mózgu. Ciekawe czy jeżeli wbiję wzrok w połyskujące zielone płytki i głęboko się skoncentruję, uda mi się zapaść pod ziemię. Jeśli już tu nie wrócę, będę losowi na zawsze wdzięczna.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - widzę, że tata wyłamał się ze swojego schematu. Dotychczas ograniczał się do przepełnionego goryczą i złością podnoszenia głosu w nadziei, że to ustawi chłopaka do pionu. Obawiam się jednak, że na to może być za późno. Zbyt długo żył w beztrosce. Nikt nie zwracał uwagi na jego przewinienia - do czasu, kiedy jego zachowanie wymknęło się spod kontroli również w szkole. Uchodzimy za wybitnie uzdolnioną rodzinę. Idealne oceny, aktywność na lekcji, udział w setkach konkursów, talent do sportu. Ale właśnie tego oczekuje się od dzieci nauczycieli. Perfekcji na każdym kroku.
Myślą, że prowadzę doskonały żywot. Tymczasem nie potrafię pozbyć się lęku przed swoim młodszym bratem, który zawojował całym moim światem. Kiedy go widzę miękną mi kolana, czuję w żołądku dziwny skurcz. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że za moment wszystko legnie w gruzach. Boję się dwunastolatka. Jestem żałosna.
- Pieprz się, gówniaku!* - chyba jednak się myliłam. Całkiem nieźle radzi sobie z tworzeniem neologizmów. - Odpierdol się!! - z jego gardła wydobywa się rozdzierający krzyk. Żarty się skończyły, muszę przystopować z sarkastycznymi uwagami. Nawet jeżeli mnie nie słyszy.
Z dołu przebija się ledwie słyszalny głos dziadka. Nie udaje mi się rozróżnić jego słów, lecz zdaję sobie sprawę, że tylko pogorszył sytuację. Ludzie nie myślą logicznie pod wpływem emocji, a to doprowadza do głębokich ran w psychice. Głównie osób, które nie zostały bezpośrednio dotknięte.
***
Michael uspokaja się dopiero po piętnastu minutach. Naburmuszony schodzi do kuchni, gdzie czeka na niego skromne śniadanie. Siada naprzeciw mnie, łypiąc groźnie. Moje serce niebezpiecznie przyspiesza. W takim stanie jest zdolny do wszystkiego, nie ma żadnych zahamowań. A dlaczego? Przez durnych sześć godzin w szkole. To chyba nie aż tak przerażająca perspektywa.
- Nie gap się tak - sapie. W normalnym przypadku uraczyłabym go ciętą ripostą, ale wolę nie ryzykować. Jeśli go zignoruję, poszuka innego celu. Może wyładować się na przykład na tacie, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Pakujcie się do samochodu - mówi. Zgarnia kluczyki leżące na mikrofalówce i obrzuca nas obojętnym spojrzeniem. Zamaszystym gestem zarzucam na plecy czarną, skórzaną kurtkę. To jedna z wielu rzeczy zdobytych przeze mnie w sklepie "Szafa Nat". Jest tam naprawdę dużo ładnych ciuchów.
- Gruba świnia - przy drzwiach dobiega mnie głos Michaela. Staram się nie brać tej uwagi do siebie, słyszę podobne niemal codziennie. Przekraczam próg, czując jak chłodny wiatr szczypie moje policzki. Kropelki rosy zdobią pojedyncze źdźbła trawy, w powietrzu unosi się gęsta mgła.
Kiedy zajmuję swoje miejsce w aucie, uświadamiam sobie coś bardzo ważnego.
Nieważne ile razy coś mi się przydarzy, nigdy się do tego nie przyzwyczaję.
***
Myśli Kimberly nadal krążyły wokół wczorajszych wydarzeń. Zdobyła się na coś, co wcześniej wydawało jej się bardzo odległe, wręcz graniczące z cudem. Dawno nie przeżyła czegoś równie pięknego, myślała że nic nie jest w stanie już zepsuć jej humoru. Nawet nie wiedziała jak bardzo się myliła...
Kiedy przekroczyła próg domu, jej oczy spotkały się z bezdusznym spojrzeniem Sam. Tyle wystarczyło, aby wszystko na nowo legło w gruzach. Niepewność powróciła, strach sparaliżował całe ciało. Kobieta powoli rozbierała to, co udało jej się dziś zbudować. Cegiełka po cegiełce. Aż w końcu pozostał jedynie niewyraźny zarys po fundamencie.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałaś? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie muszę mówić ci o wszystkim - sapnęła cicho, spuszczając głowę. Tych kilka słów, pomimo oplecenia ich wręcz namacalnym lękiem, obudziły w niej niezwykłą moc. Jeszcze nigdy nikomu się nie postawiła, nie zrobiła żadnego kroku w kierunku lepszego życia; pozwalała na niewybredne komentarze, wydawane raz za razem polecenia. Tłamsiła w sobie wszelki sprzeciw. Bo co mogła zrobić? Uległość wydawała jej się odpowiedniejsza. Bezpieczniejsza.
- Mylisz się, moja droga. Chyba zapomniałaś, że mieszkasz pod moim dachem. Dałam ci dom, choć równie dobrze mogłam zostawić cię na ulicy... zresztą, to i tak nie zrobiłoby nikomu większej różnicy - prychnęła. - Wiesz na jakich zasadach cię tu trzymam, nie każ mi się powtarzać. A teraz wracaj do pracy. Pranie czeka - Diamond odwróciła się z napięciem. Ruszyła przed siebie.
- Nie - zająknęła się cicho, zaciskając powieki. Poczuła w sobie wewnętrzną siłę, duży zastrzyk pewności siebie. Nadszedł czas, by dać kres wszystkim schematom. Zrobić coś, na co wcześniej brakło jej odwagi - nim wszystko ponownie się zawali
- Co takiego? - obróciła się przez ramię i oparła dłonie na biodrach.
- Nie - powtórzyła pewniej. Podniosła głowę, rozluźniając ramiona. Zaszła dalej niż kiedykolwiek, nie mogła się teraz wycofać. Nawet jeśli jej umysł już przypominał rozbujaną huśtawkę emocjonalną wiszącą na jednym łańcuchu.
- Nie?
- Nie!
Sam zbliżyła się do dziewczyny, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Straciła kontrolę nad swoją "służbą". I chyba nie była z tego zadowolona.
Wzięła głęboki rozmach, lecz jej rozpędzona pięść została zatrzymana w dół drogi. Kimberly zablokowała cios. N a p r a w d ę to zrobiła. Przełknęła ślinę, spojrzała w zimne oczy ciotki. Odwaga, która wypełniała ją jeszcze chwilę temu, zachwiała się. Pewność ustąpiła miejsca dawnemu lękowi.
- Obawiam się, że popełniłaś błąd, moja panno - wyrwała się z uścisku, chwytając za kołnierzyk jej koszuli. - Wielki błąd.
***
Westchnęła, lekko kręcąc głową. Przywołała na twarz blady uśmiech, by nie wzbudzać w nikim podejrzeń. W ostatnim czasie Jack dziwnie się jej przyglądał, zupełnie jakby o wszystkim wiedział. Musiała zachować pozory, stworzyć wizerunek nudnej, przygnębiającej i zupełnie nieciekawej nastolatki. To chyba nic trudnego.
Uniosła dłonie nad głowę, rozciągając się. Kątem ucha przysłuchiwała się Miltonowi, który prowadził z Jerry'm ożywioną dyskusję. Zdawali się nie zwracać uwagi na to, że kilka minut temu rozpoczął się trening - przerwali dopiero, gdy w drzwiach dojo pojawił się niczym niewzruszony Brewer. Na jego twarzy malował się wściekły grymas. W niczym nie przypominał tego radosnego chłopca, jakim był zazwyczaj.
- Spóźniłeś się, Jack - Rudy podniósł głowę znad papierów. Zlustrował go wzrokiem, uznając że to nie czas na kolejny wykład o ogromnej wadze punktualności. On też nie miał najlepszego humoru. - Przebierz się.
- Przepraszam - wymamrotał, kierując się w stronę szafki. Po chwili wahania Kim ruszyła za nim. Zanim jednak zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, poczuła straszliwy ból, rozchodzący się po jej głowie. Przerażony wyraz twarzy szatyna i niekontrolowany potok słów wypływający z jego ust uświadomiły jej, iż to on jest głównym tego powodem. Uderzył ją drzwiczkami szafki, co, przy okazji, skutecznie pozwoliło mu zapomnieć o paru nieprzyjemnych sytuacjach dzisiejszego dnia. Chociaż tyle.
- Nie chciałem, Kim, naprawdę! - rzucił się ku niej, chwytając za jej łokieć. Spróbował dostrzec coś zza palcami, niespokojnie krążącymi po czole blondynki. Z ulgą stwierdził, że nie stało się nic poważniejszego. Ale to wcale nie zmniejszyło jego poczucia winy. - Przepraszam!
- Nic się nie stało - zaśmiała się nerwowo. Jego bliskość wywołała w niej dziwny niepokój.
Jeden zły ruch wystarczył, aby wszyscy poznali jej sekret. Nie mogła do niego dopuścić.
- Jest okej, nie martw się - po kilku próbach, nareszcie udało jej się uwolnić i odsunąć na bezpieczną odległość. Wtem nastąpiło to, czego obawiała się najbardziej.
Jack przyglądał się jej z rozwartymi ustami. Niebiesko-płowa bluzka osunęła się z jej ramienia, tym samym obnażając dwa nowe sińce. Dziewczyna wstrzymała oddech, rozglądając się po pomieszczeniu. Jeszcze nie było za późno. Mogła przecież powiedzieć coś, co odegna wszelkie podejrzenia. Obrócić to w niewinny żart, zwalić wszystko na swoją niezdarność lub słabą koordynację. Ale czy kłamstwo jest odpowiednim rozwiązaniem? Co jeśli to tylko wszystko pogorszy? Nie chciała stracić tego, co tu zyskała. Nie byłaby w stanie tego odbudować. Nie potrafiłaby się podnieść.
Zrobiła krok w stronę Brewera. Nabrała powietrza do ust, nadal bijąc się z myślami. Jej słowa mogą zaważyć nad dalszym biegiem zdarzeń. Nie było miejsca na błąd.
- Jest okej - powtórzyła, uśmiechając się słabo. Skrzyżowała ręce na piersi i jeszcze raz spojrzała na twarze przyjaciół. Ucieknij w kąt. Schowaj się w cieniu. Oni zapomną... będzie dobrze. - Nie martw się. Naprawdę.
***
Mało kto wie o tajemnej kryjówce na dachu szkoły. Dla uczniów to wyłącznie szara, nie różniąca się od innych osłona przed deszczem. Dla innych to miejsce, w którym mogą spokojnie zebrać myśli i pobyć chwilę tylko ze sobą. Tu nikt im nie przeszkadza.
Jack poszedł tam, odpuszczając sobie przerwę obiadową. Czuł, że w jego zaczyna się coś zmienić. Dotychczas poukładane i spokojne, teraz groziło nagłym zawaleniem. Ktoś naruszył jego codzienną równowagę. Stracił kontrolę.
Przesadza... zachowuje się, jak zwykle, poświęcam jej tyle samo czasu. Nic się nie zmieniło, pomyślał. Bo nic się nie zmieniło, prawda?
Siedział na burym podwyższeniu. Beznamiętnie wpatrywał się w krajobraz Seaford, jeszcze raz analizując całą sytuację. Wtedy usłyszał jej cichy, niepewny głos.
- Cześć - powiedziała. Usiadła obok niego, oddając się głębokiej ciszy przerywanej przez gwar dobiegający z niższego piętra. Dopiero po dłuższej chwili odważyła się na jego spojrzeć. - Już prawie zniknęły... często wpadam na tę szafkę, ciągle o niej zapominam. Nie musisz się..
- Nie martwię się - przerwał jej ostro. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak brutalnie musiało to zabrzmieć. Zaślepiony problemami, które w jednej sekundzie zwaliły mu się na głowę. Nie myślał racjonalnie, ale w głębi duszy zganił się za to, że nie umiał się powstrzymać. Wszystkie negatywne emocji dawały ujście w najmniej odpowiednich momentach. Raniły osoby, na których najbardziej mu zależało.
Kimberly spuściła wzrok, bawiąc się końcówką swetra. Może Sam miała rację.
- Przepraszam - westchnął. Słowa uwięzły mu w gardle, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Mówił dalej. - Nie jestem sobą. Ja po prostu... nigdy nie chciałem powiedzieć ani zrobić czegoś, co mogłoby kogokolwiek skrzywdzić. Nie wiem co się dzieję, wszystko się sypie... - oparł głowę na rękach. Sprawy miały się naprawdę kiepsko. - Pokłóciłem się z Donną.
Blondynka zerknęła na niego kątem oka. Biła się z myślami. Jeszcze nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji, co powinna zrobić? Uśmiechnąć się i powiedzieć, że w końcu jakoś się ułoży? Była najlepszym przykładem na to, że od tej reguły istnieją jednak wyjątki.
Niepewnie dotknęła jego dłoni. Splotła ich palce, nie do końca świadoma tego, czy obrała odpowiedni kierunek. Bała się, bo po raz pierwszy w życiu miała coś do stracenia. I z całego serca chciała temu zapobiec.
♥♥♥
*gówniak - słowo wymyślone przez mojego brata i niejednokrotnie używane w różnorakich sytuacjach
Zdaję sobie sprawę z tego, że w kilku miejscach powtórzyłam dokładnie to samo zdanie - ale to celowego działanie, ma w sobie jakiś ukryty sens.
Jestem dumna z tego, że udało mi się skończyć ten rozdział zgodnie z wyżej przewidzianą datą, jednak nie jestem przekonana do treści. Nie do końca podoba mi się początek, chociaż ten wątek wydaje mi się być całkiem interesujący. Inny.
Przede wszystkim, obiecałam sobie, że od tej chwili, wyzbędę się zwyczaju spojlerowania. Nie dowiecie się ode mnie niczego, akcja będzie budowana stopniowo, przez co sami lepiej ją odbierzecie. No, przynajmniej tak myślę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz