Codzienna rutyna powoli stawała się nużąca. Budzona przez
krzyki Sam, dręczona przez uwagi Lindsay, lekko uśmiechnięta przez wygłupy
Jerry'ego, zmęczona przez treningi, bita przez Jake'a. Myślała, że jest lepiej,
że może wrócić do domu nie bojąc się nieuzasadnionego spóźnienia, braku obiadu
o wyznaczonej porze czy kilku okruszków pozostawionych przez nią na stole w
salonie. Nadzieja okazała się złudna. Jak zwykle.
Ale dzisiaj coś miało się zmienić. Spowodować drgania, które pomogę jej wyjść z uścisku. A przynajmniej go rozluźnić. Miała spotkać swoją dłoń. Długo wyobrażała sobie tę chwilę, wchodzi do pomieszczenia i... na tym wizja się kończy. Nie potrafiła przewidzieć co powie, jak się zachowa i, co najważniejsze, jak zachowają się inni. Żałowała, że się na to zgodziła, lecz w końcu musiała stawić czoła lękom. Mimo paraliżującego strachu oraz próby odwlekania czasu, życie pchało ją naprzód. Chciała za nim nadążyć.
Megan pocałowała siostrzenicę w czoło. Choć bardzo chciała, nie mogła z nią dalej iść. W życiu nadchodzą momenty, z którymi musisz zmierzyć się sama. Bez pomocy. To był jeden z nich.
Czterdziestolatek i ja. W jedynym budynku. Jeśli mnie zgwałci, wiedz, że obwiniam ciebie - odprowadziła ją wzrokiem, po czym sama zamknęła za sobą drzwi. - Raz się żyje.
***
- Widzisz siódemko, nie chcemy, żeby pomiędzy członkami nawiązały się jakiekolwiek więzi. Dlatego nie znają swoich imion, nie znają wieku, zainteresować czy hobby. Wiedzą o jedynie o swoich wzajemnych problemach, rozumiesz? - przytaknęła siląc się na słaby uśmiech. Ani trochę nie rozumiała. Za to czuła, jak z każdym następnym krokiem narasta w niej strach. Unikała podobnych sytuacji odkąd pamięta, ukrywała emocje, odtrącała wszystkie wyciągnięte dłonie, bo nie mogła wrócić do wspomnień bez łez, nie umiała nikomu zaufać. To zaczęło ją przerastać. - Jesteś tu pierwszy raz, nie obciążaj się. Myślę, że rozmowa z jedną osobą będzie dobrym początkiem. I pamiętaj - zatrzymał się otwierając kolejne z kolei drzwi. Zapalił światło. Jego wątły promień oświetlał jedynie dwa, odwrócone do siebie tyłem, krzesła. Na jednym z nich siedziała dziewczyna. Czekała na nią. - nie ma się czego bać.
Wręcz przeciwnie, panie Antoine, jest się czego bać. A przy okazji, to najgorsze co mógł mi pan w tej chwili powiedzieć. Poprawiła okulary na nosie ganiąc się za wszystkie złe myśli. Ostatnio towarzyszyły jej coraz częściej.
***
Czuła się słaba. Jak jeszcze nigdy. Przestała wierzyć w to, że ta jedna, durna próba wyzbycia się uczuć, pomoże jej jutro wstać z łóżka i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Bo zdarzyło się zbyt wiele. Każdego ranka wszystko zaczyna się od nowa. Zgubiła się w labiryncie codzienności, czy nic nie znacząca rozmowa wskaże jej drogę do wyjścia? Szukała jej. Bezustannie. W dzień i w nocy przez dziesięć lat. Gdyby miała dostąpić wielkiego przełomu, już dawno by to zrobiła. Po co dalej czekać?
Przeczesała wzrokiem pomieszczenie. Spojrzała na dziewczynę. Czy to naprawdę pomaga? Nie wiesz jak będzie. Westchnęła opierając się o framugę drzwi. Jeśli teraz nie zawróci, nowe siniaki z chęcią powitają jej ciało. Jeśli stąd wyjdzie całe życie będzie się zadręczać tym, że nawet nie spróbowała. A nie znajdzie siły na to, by tu wrócić. Limit jej odwagi dawno się wyczerpał.
- Gorzej nie będzie.
Jej kroki echem odbiły się od ścian. W powietrzu panowała raczej napięta atmosfera. Nie było słychać nic oprócz skrzypienia butów i ciężkiego oddechu dziewczyny obok.
Kimberly zajęła swoje miejsce biorąc głęboki wdech. Pierwszy krok za mną. Teraz będzie tylko z górki. Prawda?
- To nie najlepsze miejsce, wiem - Piątka zaśmiała się krótko spoglądając na zabite deskami okna. Kiedy Martel ją tu przyprowadził, zapomniała o tym, dlaczego się tu znalazła. Jedyne co chciała wtedy zrobić, to rzucić się do najbliższego wyjścia z nadzieje, że obejdzie się bez ucieczki przed psami gończymi. Cała ta sytuacja przypominała kiepski kryminał. Nie znosiła kryminałów - A ja nie jestem najlepszym kompanem do tego typu spraw - to jeden z powodów, dla których tu teraz jest. Nie czuła się wystarczająco dobrym kompanem. W żadnej sprawie. - Czasami myślę, że byłoby lepiej gdybyśmy patrzyli sobie w oczy. Chcą nam to jak najbardziej ułatwić i jestem im za to bardzo wdzięczna, ale skracanie sobie drogi w większości przypadków tylko wszystko pogarsza. Wiecznie chroniąc nas przed trudnościami sprawiają, że stajemy się coraz bardziej bezradni. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra.
Założyła nogę na nogę splatając dłonie za kolanem. Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech. W szkole była małomówna, podczas lekcji bała się podnieść rękę i wtrącić się do dyskusji, chociaż miała do powiedzenia bardzo dużo. A tutaj? Tutaj mogła być sobą, rozgadywać się na jakikolwiek temat, bo wiedziała, że jej słowa nie są puszczane mimo uszu. Nawet jeśli nie widziała twarzy rozmówcy była w stanie stwierdzić, że nie zwraca on uwagi na niczym innym. On słuchał jej. Ona słuchała jego. To najważniejsze co mogli sobie dać. Wsparcie. - Przepraszam, to często mi się zdarza - zachichotała opierając łokcie o kolana. - To twój pierwszy raz?
- Ja... - zamarła. Całą ubiegłą noc zastanawiała się co powiedzieć. Zaplanowała każde słowo. Każdy gest. Tymczasem siedziała tam nerwowo oblizując usta i błagając, żeby Piątka przejęła pałeczkę. Wydawała się być o wiele bardziej rozluźniona. - nie dam rady - poruszyła się na krześle chcąc zmusić swoje nogi do ucieczki. W końcu to robiła najlepiej.
- Hej - szepnęła odnajdując dłoń blondynki. Ścisnęła ją delikatnie jednocześnie przytrzymując Kim na miejscu. Wycofała się, gdy poczuła wzdrygnięcie. Dobrze znała ten objaw. - Początki zawsze są trudne, ale z czasem będzie lepiej. Zobaczysz - tak bardzo żałowała, że nie mogła teraz na nią spojrzeć. Słowa nie są dobre na wszystko. Czasami wystarczy jeden, mały uśmiech. To gest, którego nie da się wyrazić przez zmianę tonu głosu. - Zawrzyjmy pakt. Co tydzień będziemy opowiadały o jednym wspomnieniu. Raz ty, raz ja. Umowa? - wyciągnęła rękę nad głowę. Crawford niepewnie ją uścisnęła. Przyszyła tu pełna lęku i obaw, nie była w stanie nawet otworzyć ust. Nie mogła mieć pewności, że to ustąpi. Ale czasami warto jest zaryzykować
- Umowa.
***
Znasz to uczucie, kiedy w twojej głowie pojawia się perfekcyjny scenariusz następnego dnia? Zamykasz oczy i obmyślasz każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Kierujesz wszystkim, potrafisz wszystko przewidzieć. Nie masz żadnych ograniczeń. Marzysz. Zdarza się jednak, że twój umysł powędruje za daleko. Znajdzie się w krainie snów. Których nie da się spełnić.
Ludzie uwielbiają marzyć. Przekraczają wszelkie granice rozkoszując się każdą sekundą. Ale przychodzi moment, w którym muszę podnieść powieki i zderzyć się z szarą rzeczywistością. Bo w życiu nie ma miejsca na bajki.
Dla Kimberly marzenia były niezmiernie ważne. Chwila zapomnienia dawała jej siłę, by dalej walczyć. Nieważne ile razy po drodze upadała, zawsze się podnosiła. Dzięki snom zaczęła wierzyć w bajki. Dzięki ludziom straciła wiarę w szczęśliwe zakończenia.
- Nie chcę wracać do domu - szepnęła cicho, opatulając się ramionami. Myślała o słowach Piątki. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra. Te dwa, na pozór proste zdania zaprzątały jej głowę od kilku dobrych minut. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jaką drogę idzie. Nie próbowała przewidzieć tego, czy gdyby kiedyś nadłożyła parę kroków, jej życie wyglądałoby teraz inaczej. Według niej, roztrząsanie co by było gdyby, to najgorsza z możliwych rzeczy.
Ale może czasami jest warto.
***
Kimberly z niepokojem spoglądała na kłębiące się ponad jej głową chmury. Od spadnięcia na ziemię pierwszych kropel wody dzieliło ją zaledwie kilka minut temu, za mało, by bezpiecznie dotrzeć do domu. Przypominając sobie o tym, ile razy padła ofiarą niespodziewanej ulewy, wzruszyła ramionami i poprawiła okulary na nosie. Nie powinna mieć większych problemów ze znalezieniem ubrań na następny dzień, w łazience czekał na nią stos prania.
Nagle stanęła, uświadamiając sobie, gdzie się znajduje. Poznała tę drogę - drogę symbolizującą ostatnie wspólne chwile z Ronnie. Po tym, jak ją oddała, długo się zbierała, żeby pomyśleć o pierwszej wizycie. Bała się, że jej wizyta nie zostanie ciepło przyjęta. Nawet jeśli właścicielka psa z radością oznajmiła, iż zawsze będzie tu mile widziana. Mogła zmienić zdanie.
Targnięta emocjami i głęboką nostalgią, dziarsko pomaszerowała w stronę Zakazanego Lasu. Popołudniowe słońce, wyłaniające się spod szarych obłoków nadało drzewom delikatniejszej postaci, co znacznie ułatwiło jej dalszą wędrówkę. Szła niesiona przekonaniem, że skoro przetrwała przerażające spotkanie w Anonimowej Grupie Wsparcia, uda jej się pokonać każdy lęk. A widok roześmianej Lucy ganiającą za Ronnie, tylko utwierdził ją w tym przekonaniu.
Dziewczyna oparła się o pień drzewa, czekając aż zostanie zauważona. Chwilami żałowała, że zapukała do tych drzwi, lecz teraz wiedziała, że postąpiła słusznie. Ona, choć bardzo do Ronnie przywiązana, nie potrafiłaby ofiarować jej tyle miłości i swobody. Ukrywała ją w swoim pokoju, w pewnym stopniu ograniczyła wolność. Tutaj miała jej aż zanadto.
- Kim! - Gluckman pomachała do niej, szeroko się uśmiechając. Podbiegła do psa, następnie ostrożnie biorąc go na ręce. W tym momencie poczuła na skórze pierwsze krople deszczu. Uniosła głowę, przyglądając się niebu. Nie zapowiadało się na dużą ulewę, jednak lepiej byłoby schować się pod dachem. Przeniosła więc wzrok na drzwi, w których właśnie pojawił się ojciec. Gestem pokazał, by natychmiast weszła do środka.
Lucy przepraszająco uśmiechnęła się do Crawford, niepewna jej reakcji. Ta lekko skinęła głową, bezgłośnie mówiąc, że porozmawiają następnym razem.
- I nie będę tego odwlekać - szepnęła do siebie.
***
Uśmiech Lucy cały czas chodził jej po głowie. Czasami warto poświęcić coś co kochasz.
Radość dziecka sprawia, że sam jesteś szczęśliwy. Świadomość, że to ty zażegnałeś smutek budzi w tobie niewiarygodną pewność siebie oraz wiarę w to, że możesz wszystko.
Szlachetne czyny zawsze odpłacają ci się z nawiązką. Prędzej czy później zauważysz zmianę - możesz ją zignorować i pójść dalej lub zatrzymać się i dążyć do kolejnej.
Ciekawe co u Nicka, pomyślała mijając następny zakręt. Spochmurniała na wspomnienie ciemnej piwnicy, w której mieszka z mamą. Nie było ich stać na nic lepszego, ledwo starczało im na jedzenie. Śmierć Bena, męża Bethany zapoczątkowała krąg przykrych wydarzeń. Oszczędności powoli zaczęły się kończyć, sprzedaż ręcznie robionych ubrań przestała wystarczać, w końcu wyeksmitowano ich z mieszkania za niepłacenie czynszu. Właściciel kamienicy ulitował się jednak nad nimi i zorganizował niewielkie lokum. Potem jakby o nich zapomniano, żyto tak jakby nie istnieli. Do chwili powrotu Kimberly.
Jej rozmyślania przerwał dziecięcy pisk. Blondynka rozejrzała się dokoła, lokalizując źródło dźwięku. Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawą, że stoi naprzeciw rozpromienionej czterolatki. Annabeth.
- Dzień dobry.
Zza rogu wyłoniła się trzydziestoletnia brunetka. Uśmiechnęła się do dziewczyny, zadowolona z tego, że miała okazji spotkać ją jeszcze raz. Gdy tamtej nocy przyprowadziła do niej córkę, obiecała sobie, że już zawsze będzie wdzięczna losowi. Dotrzymała słowa.
- Dzień dobry - odwzajemniła jej gest. Z rozbawieniem stwierdziła, iż wstała myśląc, że będzie to jeden z najgorszych dni jej życia. Dawno nie przeżyła równie pięknego.
***
Kilka zbiegów okoliczności, wydarzeń, które dla wielu nie miałoby żadnego znaczenia. Dla Kim były najcenniejszymi wspomnieniami od lat. Nigdy nie sądziła, że kiedyś będzie podążać ulicami swojego rodzinnego miasta, z wysoko uniesioną głową i wypiętą do przodu piersią. Ten dzień był wielkim krokiem zbliżającym ją do końca przepaści.
Nawet jeśli za kilkadziesiąt minut wejdzie do domu, gdzie przypomną jej o brutalnej rzeczywistości.
Nawet jeśli niedługo odbiorą jej całą radość.
Nawet jeśli zostanie zmuszona do prac cięższych niż zwykle. Warto było go wykonać.
Ale najlepsze w tym wszystkim było to, że słońce jeszcze nie zaszło. Deszcz przemienił się w delikatną mżawkę, a niebo po raz pierwszy od dłuższego czasu przybrało swój naturalny błękitny odcień. Nadszedł czas zmiany. Ogromnej zmiany.
Na drodze Kimberly stał jeszcze jeden przystanek. Piwnica Nicka. Pragnęła podzielić się z nim dzisiejszymi wydarzeniami, rzecz jasna zgrabnie omijając niektóre szczegóły, i własnym uśmiechem wywołać na jego twarzy szczęście. Bethany zawsze powtarza, że za mało się uśmiecha.
- Nie przeszkadzam? - zapytała stając w otwartych drzwiach. Zastanawiała się, dlaczego, mimo licznych wizyt, jeszcze ani razu nie spotkała żadnego mieszkańca kamienicy. Najwyraźniej nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do ludzi.
- Wejdź - uśmiechnęła się, odkładając robótki ręczne. Zbliżała się zima, w tych okolicach zazwyczaj bywała łagodna, ale wolała się ubezpieczyć. - Cieszę się, że przyszłaś. Mam dla ciebie niespodziankę.
- Czy to może poczekać? Chciałabym się najpierw przywitać z Nickiem - rozejrzała się po pomieszczeniu, zdając sobie sprawę, że chłopca wcale tam nie ma. - Gdzie on jest?
Twarz kobiety owiła mgła tajemnicy. Przemierzyła pokój, ciągnąc za sobą starą chustę, po czym otworzyła drugie drzwi prowadzące na korytarz. Do piwnicy wdarło się zimne powietrze.
- Cześć Kim - powiedział, niepewnie podążając w jej kierunku. Tylko tyle udało mu się z siebie wydusić. Był niewymownie wdzięczny za to, co blondynka wniosła do jego życia. Teraz mogła zobaczyć tego efekty.
Nicolas stał przed nią w schludnych ubraniach z przystrzyżoną, starannie ułożoną fryzurą. Wyglądał jak nowo narodzony. Był jak nowo narodzony.
- Bethany - przez głowę Kimberly przebiegła niebotyczna myśl. - Czy myślisz, że szczęśliwe zakończenia istnieją?
- Przez ostatnie miesiące żyłam na granicy ubóstwa, wierząc w to, że kiedyś mój los się odwrócił - dumnie spojrzała na syna. Do jej oczu napłynęły łzy. Już dawno nie była tak radosna. - Że na mojej drodze pojawi się szczęście. Z czasem traciłam nadzieję - przeniosła wzrok na nią. Wiedziała, iż nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Lecz takiej odpowiedzi potrzebowała. - Dziękuję, że mi ją przywróciłaś.
Crawford wydęła usta, chcąc poprosić o więcej szczegółów, jednak ostatecznie zrezygnowała z tego zamiaru. Uśmiechnęła się, opierając o framugę drzwi. Zdała sobie sprawę, że nie mogła zadać tego pytania oczekując życiowej porady. Bo szczęśliwe zakończenia to jedynie retoryka. Szczęśliwe zakończenia to przypadek losu.
***
Nigdy przedtem Kimberly nie wyszła z kamienicy z większym uśmiechem na twarzy. Nigdy przedtem nie starała się go nie ukrywać. Pojęła kilka istotnych rzeczy. Zrozumiała, że ma kontrolę nad swoim życiem. I nieważne, jak bardzo Sam da jej w kość, gdy wróci do domu ani na ile będzie musiała się zdobyć. Chciała pokonać strach. Chciała nareszcie przejąć kierownicę.
- Kim? - zatrzymała się, przygryzając dolną wargę. Pochłonięta myślami nie zauważyła stojącego naprzeciw Brewera. Skinęła głową, jednocześnie odpowiadając mu na pytanie. Nie czuła większego skrępowania, była dziwnie pewna siebie.
- Co tu robisz? - skrzyżowała ręce na piersi. Na chwilę wróciła do realnego świata.
- Mieszkam tu - wskazał na budynek. Dziewczyna zmarszczyła brwi. W pierwszej chwili nie rozumiała o czym mówi. pierwszego dnia widziała go w oknie sąsiedniego domu. Uświadomienie sobie, że najprawdopodobniej był wtedy u Jerry'ego, który od czasu czasu odprowadzał ją do szkoły, zajęło jej kilkanaście sekund. Nie mogła uwierzyć w to, że wcześniej nie skojarzyła faktów. - Ale co ty tutaj robisz?
- Odwiedzam starą znajomą - jej usta wygięły się w tajemniczym uśmiechu. I tyle.
Ruszyła naprzód, zostawiając za sobą osłupiałego chłopaka.
Rozkoszowała się chłodnym wiatrem, który delikatnie muskał jej zaróżowione policzki. Uśmiech ani na moment nie schodził jej z twarzy. Bo nareszcie przestała myśleć o mamie. Bo nie zostawiła ludzi w potrzebie. Bo była czyjąś dłonią.
Ale dzisiaj coś miało się zmienić. Spowodować drgania, które pomogę jej wyjść z uścisku. A przynajmniej go rozluźnić. Miała spotkać swoją dłoń. Długo wyobrażała sobie tę chwilę, wchodzi do pomieszczenia i... na tym wizja się kończy. Nie potrafiła przewidzieć co powie, jak się zachowa i, co najważniejsze, jak zachowają się inni. Żałowała, że się na to zgodziła, lecz w końcu musiała stawić czoła lękom. Mimo paraliżującego strachu oraz próby odwlekania czasu, życie pchało ją naprzód. Chciała za nim nadążyć.
- Jesteś pewna, że to tu, Megan? - Kimberly rozejrzała się
dokoła. Megan zaprowadziła ją do starego, najprawdopodobniej opuszczonego
magazynu na skraju miasta. Nie wyglądał jak siedziba Anonimowej Grupy Wsparcia,
bardziej jak miejsce, gdzie ktoś kiedyś dokonał morderstwa. I na pewno nie
zachęcał do zwiedzenia wnętrza
- Tylko tutaj nikt nie przychodzi - odpowiedziała otwierając
ciężkie drzwi. Przestałam uciekać, a i
tak się ukrywam. Tchórz.
Przy wejściu przywitał je serdeczny śmiech pana Antoine. Przewodził
grupie od samego początku, stworzył ją, by pokazać, że nie wszyscy dorośli są
obojętni na problemy nastolatków. Ta myśl bardzo pomaga.
- Pierwszy raz jest przerażający, ale spokojnie,
przyzwyczaisz się, siódemko - jego głos można było usłyszeć już w korytarzu.
Szedł w ich stronę z uśmiechem na ustach i wyjaśnieniami jakich potrzebuje
każdy nowy członek.Megan pocałowała siostrzenicę w czoło. Choć bardzo chciała, nie mogła z nią dalej iść. W życiu nadchodzą momenty, z którymi musisz zmierzyć się sama. Bez pomocy. To był jeden z nich.
Czterdziestolatek i ja. W jedynym budynku. Jeśli mnie zgwałci, wiedz, że obwiniam ciebie - odprowadziła ją wzrokiem, po czym sama zamknęła za sobą drzwi. - Raz się żyje.
***
- Widzisz siódemko, nie chcemy, żeby pomiędzy członkami nawiązały się jakiekolwiek więzi. Dlatego nie znają swoich imion, nie znają wieku, zainteresować czy hobby. Wiedzą o jedynie o swoich wzajemnych problemach, rozumiesz? - przytaknęła siląc się na słaby uśmiech. Ani trochę nie rozumiała. Za to czuła, jak z każdym następnym krokiem narasta w niej strach. Unikała podobnych sytuacji odkąd pamięta, ukrywała emocje, odtrącała wszystkie wyciągnięte dłonie, bo nie mogła wrócić do wspomnień bez łez, nie umiała nikomu zaufać. To zaczęło ją przerastać. - Jesteś tu pierwszy raz, nie obciążaj się. Myślę, że rozmowa z jedną osobą będzie dobrym początkiem. I pamiętaj - zatrzymał się otwierając kolejne z kolei drzwi. Zapalił światło. Jego wątły promień oświetlał jedynie dwa, odwrócone do siebie tyłem, krzesła. Na jednym z nich siedziała dziewczyna. Czekała na nią. - nie ma się czego bać.
Wręcz przeciwnie, panie Antoine, jest się czego bać. A przy okazji, to najgorsze co mógł mi pan w tej chwili powiedzieć. Poprawiła okulary na nosie ganiąc się za wszystkie złe myśli. Ostatnio towarzyszyły jej coraz częściej.
***
Czuła się słaba. Jak jeszcze nigdy. Przestała wierzyć w to, że ta jedna, durna próba wyzbycia się uczuć, pomoże jej jutro wstać z łóżka i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Bo zdarzyło się zbyt wiele. Każdego ranka wszystko zaczyna się od nowa. Zgubiła się w labiryncie codzienności, czy nic nie znacząca rozmowa wskaże jej drogę do wyjścia? Szukała jej. Bezustannie. W dzień i w nocy przez dziesięć lat. Gdyby miała dostąpić wielkiego przełomu, już dawno by to zrobiła. Po co dalej czekać?
Przeczesała wzrokiem pomieszczenie. Spojrzała na dziewczynę. Czy to naprawdę pomaga? Nie wiesz jak będzie. Westchnęła opierając się o framugę drzwi. Jeśli teraz nie zawróci, nowe siniaki z chęcią powitają jej ciało. Jeśli stąd wyjdzie całe życie będzie się zadręczać tym, że nawet nie spróbowała. A nie znajdzie siły na to, by tu wrócić. Limit jej odwagi dawno się wyczerpał.
- Gorzej nie będzie.
Jej kroki echem odbiły się od ścian. W powietrzu panowała raczej napięta atmosfera. Nie było słychać nic oprócz skrzypienia butów i ciężkiego oddechu dziewczyny obok.
Kimberly zajęła swoje miejsce biorąc głęboki wdech. Pierwszy krok za mną. Teraz będzie tylko z górki. Prawda?
- To nie najlepsze miejsce, wiem - Piątka zaśmiała się krótko spoglądając na zabite deskami okna. Kiedy Martel ją tu przyprowadził, zapomniała o tym, dlaczego się tu znalazła. Jedyne co chciała wtedy zrobić, to rzucić się do najbliższego wyjścia z nadzieje, że obejdzie się bez ucieczki przed psami gończymi. Cała ta sytuacja przypominała kiepski kryminał. Nie znosiła kryminałów - A ja nie jestem najlepszym kompanem do tego typu spraw - to jeden z powodów, dla których tu teraz jest. Nie czuła się wystarczająco dobrym kompanem. W żadnej sprawie. - Czasami myślę, że byłoby lepiej gdybyśmy patrzyli sobie w oczy. Chcą nam to jak najbardziej ułatwić i jestem im za to bardzo wdzięczna, ale skracanie sobie drogi w większości przypadków tylko wszystko pogarsza. Wiecznie chroniąc nas przed trudnościami sprawiają, że stajemy się coraz bardziej bezradni. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra.
Założyła nogę na nogę splatając dłonie za kolanem. Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech. W szkole była małomówna, podczas lekcji bała się podnieść rękę i wtrącić się do dyskusji, chociaż miała do powiedzenia bardzo dużo. A tutaj? Tutaj mogła być sobą, rozgadywać się na jakikolwiek temat, bo wiedziała, że jej słowa nie są puszczane mimo uszu. Nawet jeśli nie widziała twarzy rozmówcy była w stanie stwierdzić, że nie zwraca on uwagi na niczym innym. On słuchał jej. Ona słuchała jego. To najważniejsze co mogli sobie dać. Wsparcie. - Przepraszam, to często mi się zdarza - zachichotała opierając łokcie o kolana. - To twój pierwszy raz?
- Ja... - zamarła. Całą ubiegłą noc zastanawiała się co powiedzieć. Zaplanowała każde słowo. Każdy gest. Tymczasem siedziała tam nerwowo oblizując usta i błagając, żeby Piątka przejęła pałeczkę. Wydawała się być o wiele bardziej rozluźniona. - nie dam rady - poruszyła się na krześle chcąc zmusić swoje nogi do ucieczki. W końcu to robiła najlepiej.
- Hej - szepnęła odnajdując dłoń blondynki. Ścisnęła ją delikatnie jednocześnie przytrzymując Kim na miejscu. Wycofała się, gdy poczuła wzdrygnięcie. Dobrze znała ten objaw. - Początki zawsze są trudne, ale z czasem będzie lepiej. Zobaczysz - tak bardzo żałowała, że nie mogła teraz na nią spojrzeć. Słowa nie są dobre na wszystko. Czasami wystarczy jeden, mały uśmiech. To gest, którego nie da się wyrazić przez zmianę tonu głosu. - Zawrzyjmy pakt. Co tydzień będziemy opowiadały o jednym wspomnieniu. Raz ty, raz ja. Umowa? - wyciągnęła rękę nad głowę. Crawford niepewnie ją uścisnęła. Przyszyła tu pełna lęku i obaw, nie była w stanie nawet otworzyć ust. Nie mogła mieć pewności, że to ustąpi. Ale czasami warto jest zaryzykować
- Umowa.
***
Znasz to uczucie, kiedy w twojej głowie pojawia się perfekcyjny scenariusz następnego dnia? Zamykasz oczy i obmyślasz każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Kierujesz wszystkim, potrafisz wszystko przewidzieć. Nie masz żadnych ograniczeń. Marzysz. Zdarza się jednak, że twój umysł powędruje za daleko. Znajdzie się w krainie snów. Których nie da się spełnić.
Ludzie uwielbiają marzyć. Przekraczają wszelkie granice rozkoszując się każdą sekundą. Ale przychodzi moment, w którym muszę podnieść powieki i zderzyć się z szarą rzeczywistością. Bo w życiu nie ma miejsca na bajki.
Dla Kimberly marzenia były niezmiernie ważne. Chwila zapomnienia dawała jej siłę, by dalej walczyć. Nieważne ile razy po drodze upadała, zawsze się podnosiła. Dzięki snom zaczęła wierzyć w bajki. Dzięki ludziom straciła wiarę w szczęśliwe zakończenia.
- Nie chcę wracać do domu - szepnęła cicho, opatulając się ramionami. Myślała o słowach Piątki. Droga pod górkę może i jest wyboista. Ale widoki są extra. Te dwa, na pozór proste zdania zaprzątały jej głowę od kilku dobrych minut. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jaką drogę idzie. Nie próbowała przewidzieć tego, czy gdyby kiedyś nadłożyła parę kroków, jej życie wyglądałoby teraz inaczej. Według niej, roztrząsanie co by było gdyby, to najgorsza z możliwych rzeczy.
Ale może czasami jest warto.
***
Kimberly z niepokojem spoglądała na kłębiące się ponad jej głową chmury. Od spadnięcia na ziemię pierwszych kropel wody dzieliło ją zaledwie kilka minut temu, za mało, by bezpiecznie dotrzeć do domu. Przypominając sobie o tym, ile razy padła ofiarą niespodziewanej ulewy, wzruszyła ramionami i poprawiła okulary na nosie. Nie powinna mieć większych problemów ze znalezieniem ubrań na następny dzień, w łazience czekał na nią stos prania.
Nagle stanęła, uświadamiając sobie, gdzie się znajduje. Poznała tę drogę - drogę symbolizującą ostatnie wspólne chwile z Ronnie. Po tym, jak ją oddała, długo się zbierała, żeby pomyśleć o pierwszej wizycie. Bała się, że jej wizyta nie zostanie ciepło przyjęta. Nawet jeśli właścicielka psa z radością oznajmiła, iż zawsze będzie tu mile widziana. Mogła zmienić zdanie.
Targnięta emocjami i głęboką nostalgią, dziarsko pomaszerowała w stronę Zakazanego Lasu. Popołudniowe słońce, wyłaniające się spod szarych obłoków nadało drzewom delikatniejszej postaci, co znacznie ułatwiło jej dalszą wędrówkę. Szła niesiona przekonaniem, że skoro przetrwała przerażające spotkanie w Anonimowej Grupie Wsparcia, uda jej się pokonać każdy lęk. A widok roześmianej Lucy ganiającą za Ronnie, tylko utwierdził ją w tym przekonaniu.
Dziewczyna oparła się o pień drzewa, czekając aż zostanie zauważona. Chwilami żałowała, że zapukała do tych drzwi, lecz teraz wiedziała, że postąpiła słusznie. Ona, choć bardzo do Ronnie przywiązana, nie potrafiłaby ofiarować jej tyle miłości i swobody. Ukrywała ją w swoim pokoju, w pewnym stopniu ograniczyła wolność. Tutaj miała jej aż zanadto.
- Kim! - Gluckman pomachała do niej, szeroko się uśmiechając. Podbiegła do psa, następnie ostrożnie biorąc go na ręce. W tym momencie poczuła na skórze pierwsze krople deszczu. Uniosła głowę, przyglądając się niebu. Nie zapowiadało się na dużą ulewę, jednak lepiej byłoby schować się pod dachem. Przeniosła więc wzrok na drzwi, w których właśnie pojawił się ojciec. Gestem pokazał, by natychmiast weszła do środka.
Lucy przepraszająco uśmiechnęła się do Crawford, niepewna jej reakcji. Ta lekko skinęła głową, bezgłośnie mówiąc, że porozmawiają następnym razem.
- I nie będę tego odwlekać - szepnęła do siebie.
***
Uśmiech Lucy cały czas chodził jej po głowie. Czasami warto poświęcić coś co kochasz.
Radość dziecka sprawia, że sam jesteś szczęśliwy. Świadomość, że to ty zażegnałeś smutek budzi w tobie niewiarygodną pewność siebie oraz wiarę w to, że możesz wszystko.
Szlachetne czyny zawsze odpłacają ci się z nawiązką. Prędzej czy później zauważysz zmianę - możesz ją zignorować i pójść dalej lub zatrzymać się i dążyć do kolejnej.
Ciekawe co u Nicka, pomyślała mijając następny zakręt. Spochmurniała na wspomnienie ciemnej piwnicy, w której mieszka z mamą. Nie było ich stać na nic lepszego, ledwo starczało im na jedzenie. Śmierć Bena, męża Bethany zapoczątkowała krąg przykrych wydarzeń. Oszczędności powoli zaczęły się kończyć, sprzedaż ręcznie robionych ubrań przestała wystarczać, w końcu wyeksmitowano ich z mieszkania za niepłacenie czynszu. Właściciel kamienicy ulitował się jednak nad nimi i zorganizował niewielkie lokum. Potem jakby o nich zapomniano, żyto tak jakby nie istnieli. Do chwili powrotu Kimberly.
Jej rozmyślania przerwał dziecięcy pisk. Blondynka rozejrzała się dokoła, lokalizując źródło dźwięku. Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawą, że stoi naprzeciw rozpromienionej czterolatki. Annabeth.
- Dzień dobry.
Zza rogu wyłoniła się trzydziestoletnia brunetka. Uśmiechnęła się do dziewczyny, zadowolona z tego, że miała okazji spotkać ją jeszcze raz. Gdy tamtej nocy przyprowadziła do niej córkę, obiecała sobie, że już zawsze będzie wdzięczna losowi. Dotrzymała słowa.
- Dzień dobry - odwzajemniła jej gest. Z rozbawieniem stwierdziła, iż wstała myśląc, że będzie to jeden z najgorszych dni jej życia. Dawno nie przeżyła równie pięknego.
***
Kilka zbiegów okoliczności, wydarzeń, które dla wielu nie miałoby żadnego znaczenia. Dla Kim były najcenniejszymi wspomnieniami od lat. Nigdy nie sądziła, że kiedyś będzie podążać ulicami swojego rodzinnego miasta, z wysoko uniesioną głową i wypiętą do przodu piersią. Ten dzień był wielkim krokiem zbliżającym ją do końca przepaści.
Nawet jeśli za kilkadziesiąt minut wejdzie do domu, gdzie przypomną jej o brutalnej rzeczywistości.
Nawet jeśli niedługo odbiorą jej całą radość.
Nawet jeśli zostanie zmuszona do prac cięższych niż zwykle. Warto było go wykonać.
Ale najlepsze w tym wszystkim było to, że słońce jeszcze nie zaszło. Deszcz przemienił się w delikatną mżawkę, a niebo po raz pierwszy od dłuższego czasu przybrało swój naturalny błękitny odcień. Nadszedł czas zmiany. Ogromnej zmiany.
Na drodze Kimberly stał jeszcze jeden przystanek. Piwnica Nicka. Pragnęła podzielić się z nim dzisiejszymi wydarzeniami, rzecz jasna zgrabnie omijając niektóre szczegóły, i własnym uśmiechem wywołać na jego twarzy szczęście. Bethany zawsze powtarza, że za mało się uśmiecha.
- Nie przeszkadzam? - zapytała stając w otwartych drzwiach. Zastanawiała się, dlaczego, mimo licznych wizyt, jeszcze ani razu nie spotkała żadnego mieszkańca kamienicy. Najwyraźniej nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do ludzi.
- Wejdź - uśmiechnęła się, odkładając robótki ręczne. Zbliżała się zima, w tych okolicach zazwyczaj bywała łagodna, ale wolała się ubezpieczyć. - Cieszę się, że przyszłaś. Mam dla ciebie niespodziankę.
- Czy to może poczekać? Chciałabym się najpierw przywitać z Nickiem - rozejrzała się po pomieszczeniu, zdając sobie sprawę, że chłopca wcale tam nie ma. - Gdzie on jest?
Twarz kobiety owiła mgła tajemnicy. Przemierzyła pokój, ciągnąc za sobą starą chustę, po czym otworzyła drugie drzwi prowadzące na korytarz. Do piwnicy wdarło się zimne powietrze.
- Cześć Kim - powiedział, niepewnie podążając w jej kierunku. Tylko tyle udało mu się z siebie wydusić. Był niewymownie wdzięczny za to, co blondynka wniosła do jego życia. Teraz mogła zobaczyć tego efekty.
Nicolas stał przed nią w schludnych ubraniach z przystrzyżoną, starannie ułożoną fryzurą. Wyglądał jak nowo narodzony. Był jak nowo narodzony.
- Bethany - przez głowę Kimberly przebiegła niebotyczna myśl. - Czy myślisz, że szczęśliwe zakończenia istnieją?
- Przez ostatnie miesiące żyłam na granicy ubóstwa, wierząc w to, że kiedyś mój los się odwrócił - dumnie spojrzała na syna. Do jej oczu napłynęły łzy. Już dawno nie była tak radosna. - Że na mojej drodze pojawi się szczęście. Z czasem traciłam nadzieję - przeniosła wzrok na nią. Wiedziała, iż nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Lecz takiej odpowiedzi potrzebowała. - Dziękuję, że mi ją przywróciłaś.
Crawford wydęła usta, chcąc poprosić o więcej szczegółów, jednak ostatecznie zrezygnowała z tego zamiaru. Uśmiechnęła się, opierając o framugę drzwi. Zdała sobie sprawę, że nie mogła zadać tego pytania oczekując życiowej porady. Bo szczęśliwe zakończenia to jedynie retoryka. Szczęśliwe zakończenia to przypadek losu.
***
Nigdy przedtem Kimberly nie wyszła z kamienicy z większym uśmiechem na twarzy. Nigdy przedtem nie starała się go nie ukrywać. Pojęła kilka istotnych rzeczy. Zrozumiała, że ma kontrolę nad swoim życiem. I nieważne, jak bardzo Sam da jej w kość, gdy wróci do domu ani na ile będzie musiała się zdobyć. Chciała pokonać strach. Chciała nareszcie przejąć kierownicę.
- Kim? - zatrzymała się, przygryzając dolną wargę. Pochłonięta myślami nie zauważyła stojącego naprzeciw Brewera. Skinęła głową, jednocześnie odpowiadając mu na pytanie. Nie czuła większego skrępowania, była dziwnie pewna siebie.
- Co tu robisz? - skrzyżowała ręce na piersi. Na chwilę wróciła do realnego świata.
- Mieszkam tu - wskazał na budynek. Dziewczyna zmarszczyła brwi. W pierwszej chwili nie rozumiała o czym mówi. pierwszego dnia widziała go w oknie sąsiedniego domu. Uświadomienie sobie, że najprawdopodobniej był wtedy u Jerry'ego, który od czasu czasu odprowadzał ją do szkoły, zajęło jej kilkanaście sekund. Nie mogła uwierzyć w to, że wcześniej nie skojarzyła faktów. - Ale co ty tutaj robisz?
- Odwiedzam starą znajomą - jej usta wygięły się w tajemniczym uśmiechu. I tyle.
Ruszyła naprzód, zostawiając za sobą osłupiałego chłopaka.
Rozkoszowała się chłodnym wiatrem, który delikatnie muskał jej zaróżowione policzki. Uśmiech ani na moment nie schodził jej z twarzy. Bo nareszcie przestała myśleć o mamie. Bo nie zostawiła ludzi w potrzebie. Bo była czyjąś dłonią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz