Wstrzymałam oddech, zamykając zmęczone powieki.
Nie powiedziałam mu. Wypuściłam powietrze z ust.
Nie mogłam mu tego powiedzieć. Rozluźniłam
dłonie, które pod wpływem zdenerwowania zacisnęłam w pięści. Bałam się
spojrzeć mu w oczy. Bo co miałam powiedzieć? Byłam tak głupia, że na
wszystko jej pozwoliłam, zniewoliłam się. I milczałam. Milczałam przez
te cholernych kilka lat, chociaż wiedziałam, że to niepoprawne. Ta
chwila to moja szansa. Ja... czy ja naprawdę chciałam poddać się bez
podjęcia walki?
- Kim? - Uniosłam głowę i niepewnie zerknęłam
na twarz mężczyzny. Nie chciał krzyczeć; nie tak jak Sam. Nie zrobiłby
niczego, co zrobiłaby Sam. Więc czego się obawiałam? Przecież już
wiedział.
On wiedział.
Już
nigdy nie spojrzy na mnie tak samo. Od teraz będę dla niego tylko
dziewczyną, która nie potrafi postawić na swoim. Zwykłym tchórzem.
-
Opowiedz mi - rzekł miękko. Podszedł do mnie powolnym krokiem, a ja
przeniosłam wzrok na ręce, które zakryłam materiałem swetra. Były tam.
Mogły stać się niewidzialne, ale nadal tam były. Każdy siniak, każde
uderzenie, każdy rozdzierający duszę krzyk. Każda wylana łza.
Nie chciałam więcej płakać.
- Jak długo to trwa? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, delikatnie dotykając mojego ramienia. Zrobiłam krok w tył. Zdecydowanie za długo.
- Megan wie? - pokręciłam głową. - Ktokolwiek wie?
Otworzyłam
usta, żeby odpowiedzieć, lecz zamiast słów, wydobył się z nich cichy
szloch. Nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Po prostu zaczęłam się
trząść, obraz przed moimi oczyma po prostu się zamazał i po prostu nie
umiałam zrozumieć, co sprawia, że to silniejsze ode mnie. Przecież miałam nie płakać.
Zsunęłam się na podłogę, oparłszy plecy o górę materacy. Jeśli tym razem tego nie powstrzymam, nigdy tego nie zrobię.
Nie wierzyłam w to, że jeszcze kiedyś mogłabym się całkowicie podnieść,
siedziałam w tym za długo. Ale musiałam spróbować. Walczyć, zacząć
działać, cokolwiek - musiałam zdobyć odwagę, by przełamać milczenie.
Najwyraźniej cisza nie była tak wymowna jak sądziłam.
- Ostatnio
nie jest tak źle - powiedziałam cicho, gdy stanął obok mnie. Zniżył się
tak, by móc spojrzeć mi w twarz, a ja pod wpływem jego zmartwionych
oczu, zmusiłam się do słabego uśmiechu. To nie był jego problem, nie
mogłam go w to wciągać.
Przecież i tak już wiedział. Wiedział więcej niż ktokolwiek inny. -
Podporządkowałam się, nie wychodziłam za dużo z domu. - Odetchnęłam
głęboko. Uspokoiłam oddech. - Musimy sprawiać pozory normalnej
rodziny...
- Kim, posłuchaj mnie - zaczął stanowczo, zaciskając
dłonie na moich ramionach. - Nie jesteście normalną rodziną, w ogóle nie
jesteście rodziną. - Oblizał usta. - Możecie być spokrewnieni, ale nie
jesteście rodziną.
- Nie chcę być sama, Rudy - wyjąkałam. Moje oczy ponownie się zaszkliły.
-
Hej, he-e-ej, nie jesteś sama. Masz Megan, tak? I Vanessę. - Uśmiechnął
się ciepło. - Grace tu jest, jest Jack, no i Jerry. Ja też tu jestem.
Dojo to nasza druga rodzina, a ty od teraz jesteś jej częścią, nie
zapominaj o tym, dobrze?
Skinęłam głową, spoglądając na jego
przyjazną twarz. Rozluźniłam mięśnie, gdy poczułam jak przyjemny prąd
rozlewa się po moim ciele. Potrzebowałam tego zapewnienia. Świadomości,
że pomimo wszystko będę miała kogoś, kto zawsze stanie po mojej stronie i
będzie przy mnie, nie zważając na to, co o sobie myślę. Naprawdę
chciałam w to uwierzyć; dlatego pozwoliłam, by Rudy ujął moje dłonie i
odwzajemniłam jego gest.
- Odwiozę cię do domu - odrzekł, po czym zwinnym ruchem podźwignął mnie w górę. Otarłam ręką mokre policzki.
Łzy nie są niczym złym. Ale ty wylałaś ich zdecydowanie za dużo. Wraz
z tą myślą moje usta opuściło ciche westchnięcie. Czasami nie
potrafiłam nadążyć za swoimi uczuciami, miałam wrażenie jakbym brała
udział w jakimś głupim wyścigu. Problem polegał na tym, że nie widziałam
mety, a byłam zbyt słaba, żeby biec dalej. W tamtej chwili pragnęłam
się zatrzymać, wziąć wdech. Więc zanim opuściłam dojo, ostatni raz
spojrzałam przez ramię, dokładnie na to miejsce, w którym przed chwilą
siedziałam. Zagryzłam wargi.
- Podniosłeś mnie - szepnęłam.
Mężczyzna odwrócił głowę, zmarszczywszy brwi. Nie zwróciłam uwagi na
jego zaskoczony wzrok ani tym bardziej pytanie wypisane na twarzy.
Uśmiechnęłam się z ulgą; Może wcale nie był za późno. Jeszcze miałam
szansę. - Podniosłeś mnie, Rudy. - Przesiąkłam ciszą, która wypełniła
pomieszczenie. - Dziękuję.
Oparłam
głowę o szybę, po czym spojrzawszy na rozgwieżdżone niebo pomyślałam,
że odzwierciedla rozlewającą się we mnie błogość. Czułam się inaczej.
Lżej. Przynajmniej dopóty, dopóki w pełni rozkoszowałam się muzyką
płynącą z radia i oddałam się nużącej ciszy. Powiedziałam dzisiaj za
dużo, by mówić dalej. Ale kiedy z pustej drogi, wjechaliśmy w uliczki
mieszkaniowe, naszła mnie trapiąca myśl. Przez najbliższe dwie minuty
nie pozwalała mi zmrużyć oczu.
- Rudy? - odezwałam się w końcu.
Mężczyzna oderwał wzrok od jezdni, poluzowując uchwyt na kierownicy. -
Zrzuciłam na ciebie swój problem...
- Nie możesz myśleć o tym w
ten sposób - przerwał mi raptowanie. - To nie jest twoja wina, Kim, a ja
i tak bym się dowiedział. Nie możesz myśleć, że się narzucasz. Chcę ci
pomóc, rozumiesz? Sam z siebie.
Zacisnęłam usta w wąską kreskę i
zagryzłam wargi, czując, że w moich oczach zbierają się łzy. Chyba mam
zwiększoną tendencję do płaczu. Albo nie płakałam tak długo, że musiałam
przejść jakiś wybuch, który ustatkuje mnie emocjonalnie. Albo po prostu
nie zasługiwałam na Rudy'ego. Dlaczego on był dla mnie taki dobry? Nie
zrobiłam nic, czym mogłabym zaskarbić sobie czyjąś uwagę, a już na
pewno, zyskać przychylnoć czy pomoc.
- Nie chodziło mi o to. -
Ściszyłam głos. No dalej, Kim. To twój dzień szczerości, jedno wyznanie
więcej przecież nic nie zmieni. Poza tym, nareszczie nie będziesz mówiła
o sobie, to o jego dobro trzeba tu zadbać. Twoje imię i tak widniało
dzisiaj na zbyt wielu ustach. - Dobrze, może po części też, ale nie.
Wiem, że ostatnio opuszczałam treningi...
- Nie martw się tym.
-
Proszę cię, daj mi skończyć - westchnęłam cicho, spoglądając w jego
stronę. Napotkawszy na drodze jego oczy, wróciłam spojrzeniem do swoich
splecionych dłoni. - Jesteś senseiem w dojo, to twoja praca. Dostajesz
za to pieniądze, a ja ci nie płaciłam. Nie sądziłam, że zostanę tam na
dłużej, miałam tylko pomóc w zawodach i odejść. Tylko, że zostałam. -
Pokręciłam głową. Nigdy nawet nie wspomniałeś, że jestem ci coś winna -
powiedziałam, mrugając szybko powiekami. - Zrzuciłam ci się na głowę,
zabrałam ci czas, dlaczego nie kazałeś mi za to zapłacić? Sprawiłam ci
problem. Jestem problemem.
W samochodzie zapanowała względna
cisza. Przysłuchiwałam się równemu oddechowi mężczyzny, czekając na
odpowiedź. Ale nie nadchodziła przez kolejną minutę; aż w końcu
straciłam nadzieję na to, że w ogóle nadejdzie.
- Nie jesteś problem, Kim - odparł pewnym głosem. - Jesteś córką Liv.
- Liv nie żyje.
- Przyjaźniłem się z nią całe życie, nie mógłbym kazać ci płacić - odparował.
Otworzyłam
usta, gdy spostrzegłam, że znajdujemy się na odpowiedniej ulicy.
Poczułam ścisk w żołądku, lecz zmusiłam się do bladego uśmiechu. Pora na
ostatnią dzisiaj konfrontację. I chyba wcale nie była tą najgorszą.
- Zatrzymaj się tutaj - mruknęłam bezsilnie.
-
Nie ma mowy, pójdę tam z tobą. - Pospiesznie pokręciłam głową. Jeżeli
dowiedzą się, że komuś powiedziałam, będzie gorzej. Nie mogli wiedzieć.
-
Rudy, proszę. Zatrzymaj się. - Mężczyzna przyglądał mi się sceptycznie,
jednakże po kilku sekundach faktycznie zatrzymał pojazd. Westchnął. -
Dziękuję.
Wysiadłam z samochodu, a zanim zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, ostatni raz dobiegł mnie głos Rudy'ego.
- Nie odrzucaj ludzi, którzy chcą ci pomóc. Nie jesteś sama, Kim.
Skinęłam
lekko głową, wymuszając blady uśmiech. Pomimo zmęczenia, poczułam, że
jestem przygotowana na kolejne starcie. Bo nie byłam dłużej zdana tylko
na siebie - a karmiąc się tą myślą, mój duch odżywał. Wkładałam w nią
całą swoją wiarę.
Aż w końcu, kiedy podeszłam do domu, okazało
się, że nie potrzebowałam jej tak wiele; światła były zgaszone. Mogłam
spać spokojnie.
*
Wstając
rano z łóżka, nie czułam się inaczej niż wczoraj wieczorem. Nie
doświadczyłam żadnych poważnych zmian, chociaż zdawało mi się, że słowa
Rudy'ego obudziły we mnie trochę śmiałości. Rozmawiałam z nim. Naprawdę z
nim rozmawiałam, a skoro mówienie bez analizowania tego, co chcę
powiedzieć nie sprawiało mi wtedy tak wielkich trudności (pomijając
fakt, że było to strasznie trudne), może mogłam przełamać się też przed
resztą. Może nie od razu, ale... ale mogłam.
Sądziłam tak do
chwili, kiedy zobaczyłam jak Jack sfrustrowany otworzył szafkę. Donna
położyła mu dłoń na ramieniu, a po mimice jej twarzy domyśliłam się, że
uniosła głos. Przyglądałam się im dłuższą chwilę, przyciskając ręce do
piersi. Czułam się nieswojo z myślą, że widzę ich kłótnie, jednak coś
wewnątrz mnie nie pozwaliło mi odejść. Chciałam się upewnić, że wszystko
skończy się dobrze - a skończyło się tak, że Donna, wyraźnie wytącona z
równiwagi, ruszyła w stronę schodów. Zawahałam się, gdy chłopak ciężko
westchnął, ale ostatecznie wzięłam głęboki wdech. On by mnie nie
zostawił.
Zebrawszy w sobie całą odwagę, podeszłam do Jacka i
niemal natychmiast spoliczkowałam się w myślach. Czekanie na to aż mnie
zauważy było zawstydzające, więc spuściłam wzrok. Lepiej.
- Cześć -
wydusiłam. Chłopak drgnął raptownie, po czym przeniósł na mnie
zaskoczone spojrzenie. Gdybym mogła, sama bym to zrobiła. Wolałam jednak
odwzajemnić mały uśmiech, który po chwili pojawił się na jego twarzy.
Cofam
ten policzek. Nawet jeśli po wczorajszym dniu ma mnie za kompletną
idiotkę, a teraz pogłębię to wrażenie, poczułam, że warto było do niego
podejść. Uśmiechnął się.
Uśmiechnął się dzięki mnie.
- Cześć - odparł, przekrzywiając głowę. - Widziałaś?
Przytaknęłam nieśmiało, po czym mocniej ścisnęłam swoje dłonie. Paznokcie wbiły mi się w skórę.
-
Ostatnio cały czas się kłócimy - rzekłszy to, podrapał się po karku. -
Wścieka się na mnie, bo uznała, że mam przed nią tajemnice, a ja... Ja
po prostu nie chcę jej o niczym mówić, dopóki nie będę pewny, że to
prawda. Nie chcę, żeby naciskała.
Słuchałam jego słów w milczeniu,
dogłębnie analizując każdy wyraz. Nie rozumiałam, dlaczego zwierza się
akurat mnie, prawie mnie nie znał, ale pragnęłam dobrze wywiązać się z
zadania. Problem leżał w tym, że nie miałam doświadczenia i kompletnie
nie wiedziałam, co robić. Dlatego postanowiłam zrobić to, co w tej
chwili prawdopodobnie zrobiłby on. Położyłam mu dłoń na szyi, po czym
stanąwszy na palcach, drugą oplotłam jego ciało. Sama też tego
potrzebowałam.
Jack przez kilka następnych sekund trwał w
bezruchu. Poruszył się dopiero, gdy wiedziona poczuciem upokorzenia
zamierzałam się odsunąć; przyciągnął mnie do siebie jeszcze bardziej,
obejmując w talii. Oparł głowę na moim ramieniu.
Był zdecydowanie za blisko.
-
Potrzebuję tego, żeby mnie wspierała, chociaż nie wie o co chodzi. Bo
przecież wie, że to dla mnie trudne i to na razie powinno jej
wystarczyć. Nie powinna się złościć - powiedział cicho. Oddalił się ode
mnie nieznacznie, by spojrzeć mi w oczy, co wykorzystałam skrzętnie,
wyswobadzając się z uścisku. Donna nie miała prawa robić mu wyrzutów.
Jakim cudem, patrząc na jego przygnębioną twarz, była w stanie robić mu
wyrzuty? - Co myślisz?
Nie potrafiłam zebrać dobrych słów, więc po
prostu skupiłam się na ograniczeniu dyskomfortu. W momencie, kiedy
chłopak ponownie otwierał usta, zadzwonił dzwonek.
Poprawiłam
okulary na nosie, a przez impuls, chwyciłam go za rękę zanim zdążył
odejść. Przywołałam w głowie, wczorajszą rozmowę z Rudy'm; to mi
pomogło, mam nadzieję, że tobie też pomoże.
- Myślę, że nie jesteś sam, Jack.
*
-
Kimberly! - Wraz z odgłosem zamykanych drzwi, dobiegł mnie donośny głos
Jake'a. Zmarszczyłam brwi. Zazwyczaj się do mnie nie odzywał. Mijaliśmy
się w domu, odwoził mnie do szkoły i czasami mówił, co mam robić, ale
nie zdarzało mu się zwracać bezprośrednio do mnie.
Zdjęłam buty w
przedpokoju, po czym zostawiając plecak przy wieszaku, ruszyłam w
stronę kuchni, skąd, jak mi się zdawało, dochodził dźwięk. Obrzuciłam
Sam przelotnym spojrzeniem, potem przeniosłam wzrok na mężczyznę. Oboje
wyglądali bardzo poważnie, chociaż po ich ustach przemykał cień uśmiech
- Stwierdziliśmy, że masz za dużo wolnego czasu - zaczęła bezstroskim tonem.
-
Nie przedłużaj tego, nie chcę tracić czasu - wtrącił Jake. Kobieta
zacisnęła usta, przenosząc na niego swoje lodowate oczy. Przekrzywiła
głowę.
- Psujesz mi całą zabawę, kochanie.
Niepokój ogarnął całe moje ciało. Czy to ten moment, w którym powinnam spakować walizki i się wyprowadzić? Wyrzucą mnie, tak?
-
Chciałam potrzymać cię w niepewności, ale skoro nic z tego nie wyszło,
powiem wprost. - Nachyliła się nad stołem, oparłszy cały ciężar ciała na
złączonych rękach. Mój oddech mimowolnie przyspieszył. - Znajdziesz
pracę.
Znajdziesz pracę? Coś, dzięki czemu będę mogła spędzać bez
was długie godziny? I spłacę Rudy'emu cały swój dług. Dlaczego nie
pomyślałam o tym wcześniej? Mogłabym bardziej pomóc Bethany, zarobiłabym
na siebie... Samantho Diamond, pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w
swoim życiu przyznaję, że okazałaś się moim wybawieniem.
Bo chyba mam już w głowie plan.