W napięciu bębnię palcami o blat stolika. Rozglądam się po klasie i
koduję w pamięci każdy szczegół, chociaż robiłam to już tysiące razy.
Nic się nie zmieniło. Od dwóch lat.
Na wpół zasłonięte okna nie wpuszczają do pomieszczenia tyle światła, co powinny. Blade promienie padają na niezapisaną tablicą, odbijają się też w tarczy zegara, który wisi tuż ponad nią. To właśnie tam patrzę najczęściej. Odliczam minuty do usłyszenia zbawczego dzwonka. Nie lubię tu przebywać. Nie odkąd poznałam jego.
Myślałam, że to będzie prosty układ. Że będę widywać go każdego ranka, mijać się z nim na korytarzu, ale nas dwojga nie złączy żadne głębsze uczucie. I faktycznie tak było. Przynajmniej dopóki tamtego dnia nie usiadł naprzeciw mnie, wyciągając zza pleców plik kartek. Jako jedna z nielicznych byłam naprawdę przygotowana, nie stresowałam się. Może gdybym odczuwała wtedy strach, teraz nie musiałabym z odrazą przypatrywać się jego krzywemu uśmiechowi. Miał satysfakcję z tego, że mnie złamał. Mnie. Pilną i ambitną córkę kolegów z pracy, której zawsze wszystko wychodziło.
- Frankie, podejdź do tablicy.
Na początku roku mylił mnie jego beznamiętny ton. Wydawał się zwyczajnym nauczycielem, nie różniącym się niczym od pani Cross czy chociażby moich rodziców. Gdybym wiedziała co nas czeka w życiu nie pozwoliłabym na zapisanie mnie do tej szkoły. Nie tam, gdzie jestem zmuszona go znosić. Nie tam, gdzie jestem zmuszona wysłuchiwać jego krzyków.
Frankie ociężale podnosi się z miejsca. Nie dziwię się, że tak długo z tym zwleka. Na jego miejscu zrobiłabym to samo, nawet jeśli dokładnie wiem, jak należy poprowadzić kredą, by zapisać odpowiednie rozwiązanie. Jeśli to wszystko wiesz, dlaczego wtedy sobie nie poradziłaś? Jesteś do niczego. Serce podchodzi mi do gardła. Silę się na pokrzepiający uśmiech, ale chłopak nawet nie patrzy w moją stronę. W drżącej dłoni trzyma podręcznik, drugą przepisuje treść zadania. Przez moment odnoszę wrażenie, że mu się uda i chcę nabrać powietrza w płuca, żeby odetchnąć z ulgą. Zamiast tego wstrzymuję jednak oddech. Po zapisaniu znaku równości jego ręka opada wzdłuż ciała. Wbija wzrok w podłogę zupełnie jakby miał znaleźć tam odpowiedź. No dalej, Frankie.
- Nie zdążyłem zrobić tego zadania. - mówi tak cicho, że ledwie go słyszę.
- Jakoś mało mnie to interesuję. Zrób je teraz - szorstkość głosu profesora podrażnia mi uszy. Chcę jakoś wesprzeć Frankie'go. Podejść do niego, położyć dłoń na ramieniu lub najzwyczajniej w świecie stanąć tam za niego. Mnie to nie zaszkodzi. Na mnie jeszcze nie nakrzyczał.
- Nie rozumiem tego.
Nie, nie, nie. Wszystko tylko nie to zdanie, błagam cię. Powiedz, że się przesłyszałam.
Kwadrat różnicy. Strona osiemdziesiąta szósta. Zielona ramka. Znam jej treść na pamięć, każde durne słowo, każdy przecinek. Tylko to jedno zdanie mogło pomóc mi w pojęciu bieżącego materiału, ale nie spierałam się. Nie miałam na tyle odwagi, aby powiedzieć mu, że podanie numeru z dolnego rogu kartki nie każdemu wystarczy do pełnego pojęcia wzorów skróconego mnożenia. Jeślibym się na to zgodziła pewnie pomyślałby, że jestem jedną z takich osób, a nie zamierzałam więcej tracić w jego oczach. Nie zamierzałam tracić w oczach nikogo.
- Jak możesz tego nie rozumieć?! - profesor unosi się gniewnie. Przymykam powieki. Nie chcę znowu na to patrzeć. - Ach, no tak, zapomniałem. Nie potrafisz nawet dodawać, nie wiem skąd wziął się pomysł, że poradzisz sobie z tak niezwykle skomplikowanym działaniem jak potęgowanie - Frankie przełyka ślinę. Jest bliski płaczu. - Jaki jest wzór na kwadrat różnicy?
Każdy członek jego ciała się napina, twarz mu tężeje. Rozpaczliwie powtarzam w myślach treść formułki mając nadzieję, że w jakiś niewytłumaczalny sposób ta przeniknie do jego mózgu. Na pewno ją zna. Musi ją znać.
Po krótkiej chwili milczenia profesor traci cierpliwość. Wzdycham cicho. To nie sprawia mi żadnego kłopotu. To ja powinnam tam stać i wytrzymywać spojrzenia uczniów. To mnie powinien teraz nagabywać.
- A kwadrat minus dwa razy ab plus b kwadrat - szepczę, jednak w klasie panuje taka cisza, że słychać mnie pewnie na drugim końcu sali. Profesor kiwa głową. Frankie podnosi wzrok.
- Siadaj. Niedostateczny. - zaciskam usta w wąską kreskę. Udaję, że rozwiązuję następne zadanie, podczas gdy tak naprawdę skupiam się na krzyku dźwięczącym w swoich uszach.
Nie miał prawa podnieść głosu. - Za trzy lata piszecie maturę. Nie mam pojęcia jak zamierzacie do niej podejść z taką wiedzą.
Ja też nie mam pojęcia o kilku istotnych sprawach. Na przykład, nie mam pojęcia, dlaczego postanowiłeś zostać nauczycielem. Nie mam pojęcia, dlaczego otwarcie wyśmiewasz osobę z dysleksją. Nie mam pojęcia , dlaczego nikt cię jeszcze nie zwolnił. I nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo chcę ci udowodnić, że jestem mądrzejsza niż ci się wydaje.
***
Unikanie Jacka było zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, jaką Kim kiedykolwiek zrobiła. Bez niego reszta wydawała się nie przejmować nią tak bardzo, nie przyglądać tak badawczo. Mogła udawać, że nic się nie wydarzyło. Nie odpowiadać na nęcącę pytania. Nie wyjaśniać, z jakiego powodu po końcowym dzwonku wybiegała ze szkoły bez pożegnania. Odpowiadało jej to. Całe przerwy mogła spędzać na dachu, dopracowując rysunki w zeszycie i nie martwiąc się tym, że ktoś ją znajdzie. Dopóki faktycznie tego nie zrobił.
- Byłem pewny, że cię tu znajdę. - ręka dziewczyny zamarła w bezruchu. Nie odwróciła się, żeby sprawdzić kto to. Nie musiała się odwracać.
- Wiem - odparła, spuściwszy wzrok. - Ciekawi mnie tylko, czemu nie przyszedłeś wcześniej.
Jack usiadł tak blisko niej, że niemal stykali się ramionami. Wykrzywił wargi w półuśmiechu. Brakowało mu tego.
- Domyśliłem się, że nie chcesz z nikim rozmawiać, chociaż kompletnie nie rozumiem dlaczego. - Dlaczego? Bo czuła ulgę, gdy nie musiała przejmować się tym, że palnie jakąś głupotę. Bo wolała tłumić w sobie wszystkie uczucia. Bo tak było prościej. - Ale chcę pogadać. - Kim spojrzała na niego kątem oka. Zmierzwione włosy opadały mu na czoło i policzki. Wyglądał na zdenerwowanego. - Chciałbym... to znaczy, ja... - odchrząknął. - Dziękuję ci. Głupio mi, że musiałaś wtedy tego wszystkiego wysłuchiwać. Zazwyczaj to ludzie przychodzą do mnie jeśli potrzebują się komuś wygadać. Jestem naprawdę dobrym słuchaczem... No i, gdyby tylko naszłaby cię ochota... ja chętnie... - jąkał się. Nigdy wcześniej nie był taki spięty. - Nie idzie mi najlepiej, co?
Kimberly pokręciła głową. Zaśmiała się cicho.
- Nie-e.
- Mogłabyś mnie jakoś wesprzeć - rzekł rozbawiony, szturchając ją ramieniem.
Następne słowa dobierał ostrożnie; tak jakby bał się, że Kimberly po ich usłyszeniu ucieknie i już nigdy więcej się do niego nie odezwie. Ale wiedział, że to bezpodstawny lęk. Wierzył w każde jej słowo, w każdy ruch. Ufał jej.
I w tym tkwił cały problem. Ona nie ufała jemu.
***
Dopóki Kim wywiązywała się ze swoich obowiązków Samantha nie dociekała, gdzie przebywała, kiedy potajemnie wymykała się z domu. Możnaby powiedzieć, że po długich latach ciężkiej pracy nareszcie dostała trochę swobody. Ale to wcale nie była swoboda.
- Mogę iść do siebie? - spytała cicho, wycierając ostatni talerz po kolacji. Jadła w salonie: oficjalnie, żeby nie poczuć się kimś więcej niż zwyczajną pomywaczką; nieoficjalnie, żeby nie musieć przebywać w towarzystwie opiekunów dłużej niż wymagała tego konieczność.
Kobieta obrzuciła ją zimnym spojrzeniem i delikatnie obróciła głowę, aby mieć w zasięgu całą kuchnię. Zmarszczyła nos, ale skinęła.
- Jak sobie chcesz. - podrapała się po nosie. - Zresztą, nie dam rady dłużej na ciebie patrzeć.
- I vice versa, Cruello. - mruknęła, gdy stała już przy wyjściu. Założyła włosy za ucho. Poprawiła okulary.
- Mówiłaś coś?
- Tak. - odwróciła się przez plecy i uśmiechnęła blado. Jej ciało nie miało wystarczająco dużo siły, by nadal odpychać od siebie fale lęku. Ale nie żałowała, że to powiedziała. - Dobranoc, ciociu.
***
Klucz zgrzytnął w zamku. Kimberly z ulgą stwierdziła, że klamka ustępuje pod naporem jej dłoni i weszła do środka. Nic się nie zmieniło od ostatniej wizyty tutaj, chociaż minęło już dosyć sporo czasu. Dobrze.
Dziewczyna otworzyła okno, by wypędzić z pomieszczenia stęchłe powietrze. Usiadła na ciemnoróżowym dywanie, opierając się o szczeble hebanowego łóżeczka. Dzierżyła w dłoniach jedyny list, jaki otrzymała od mamy. Czytała go tak wiele razy, że każde słowo zdążyło zakodować się w jej pamięci. Wiedziała, gdzie postawiona była kropka, gdzie dłoń Liv zadrżała podczas pisania - odkryła wszystko z wyjątkiem najbardziej pożądanej przez nią rzeczy. Przesłania.
- Żałuję, że nie mogę być przy tobie, Kimmy. Ale ty nie żałuj. Nie martw się o mnie. Nie myśl o mnie. - zaczęła czytać. - Pamiętaj tylko, że nie ma na świecie nikogo, kogo mogłabym pokochać bardziej od ciebie. Kocham Cię. Ja też Cię kocham, mamo.
Dlatego musisz znaleźć mój testament. Zanim zrobi to ktoś inny. Postaram się.
Schowałam go tam, gdzie rączka dziecka najchętniej poznaje świat, a światło rzuca cień na lustrzane odbicie przeszłości. Och, mamo, dlaczego mówisz szyframi? Tak bardzo chcę, żebyś była ze mnie dumna, ale nie rozumiem, co próbujesz mi powiedzieć.
Wierzę w ciebie, skarbie. Jesteś promykiem, który przywróci miastu dawne światło.
Kim podniosła się i oparła dłońmi o parapet. Księżyc rzucił na jej twarz srebrną poświatę. Seaford nie potrzebuje dawnego światła. Seaford samo w sobie jest światłem
Na wpół zasłonięte okna nie wpuszczają do pomieszczenia tyle światła, co powinny. Blade promienie padają na niezapisaną tablicą, odbijają się też w tarczy zegara, który wisi tuż ponad nią. To właśnie tam patrzę najczęściej. Odliczam minuty do usłyszenia zbawczego dzwonka. Nie lubię tu przebywać. Nie odkąd poznałam jego.
Myślałam, że to będzie prosty układ. Że będę widywać go każdego ranka, mijać się z nim na korytarzu, ale nas dwojga nie złączy żadne głębsze uczucie. I faktycznie tak było. Przynajmniej dopóki tamtego dnia nie usiadł naprzeciw mnie, wyciągając zza pleców plik kartek. Jako jedna z nielicznych byłam naprawdę przygotowana, nie stresowałam się. Może gdybym odczuwała wtedy strach, teraz nie musiałabym z odrazą przypatrywać się jego krzywemu uśmiechowi. Miał satysfakcję z tego, że mnie złamał. Mnie. Pilną i ambitną córkę kolegów z pracy, której zawsze wszystko wychodziło.
- Frankie, podejdź do tablicy.
Na początku roku mylił mnie jego beznamiętny ton. Wydawał się zwyczajnym nauczycielem, nie różniącym się niczym od pani Cross czy chociażby moich rodziców. Gdybym wiedziała co nas czeka w życiu nie pozwoliłabym na zapisanie mnie do tej szkoły. Nie tam, gdzie jestem zmuszona go znosić. Nie tam, gdzie jestem zmuszona wysłuchiwać jego krzyków.
Frankie ociężale podnosi się z miejsca. Nie dziwię się, że tak długo z tym zwleka. Na jego miejscu zrobiłabym to samo, nawet jeśli dokładnie wiem, jak należy poprowadzić kredą, by zapisać odpowiednie rozwiązanie. Jeśli to wszystko wiesz, dlaczego wtedy sobie nie poradziłaś? Jesteś do niczego. Serce podchodzi mi do gardła. Silę się na pokrzepiający uśmiech, ale chłopak nawet nie patrzy w moją stronę. W drżącej dłoni trzyma podręcznik, drugą przepisuje treść zadania. Przez moment odnoszę wrażenie, że mu się uda i chcę nabrać powietrza w płuca, żeby odetchnąć z ulgą. Zamiast tego wstrzymuję jednak oddech. Po zapisaniu znaku równości jego ręka opada wzdłuż ciała. Wbija wzrok w podłogę zupełnie jakby miał znaleźć tam odpowiedź. No dalej, Frankie.
- Nie zdążyłem zrobić tego zadania. - mówi tak cicho, że ledwie go słyszę.
- Jakoś mało mnie to interesuję. Zrób je teraz - szorstkość głosu profesora podrażnia mi uszy. Chcę jakoś wesprzeć Frankie'go. Podejść do niego, położyć dłoń na ramieniu lub najzwyczajniej w świecie stanąć tam za niego. Mnie to nie zaszkodzi. Na mnie jeszcze nie nakrzyczał.
- Nie rozumiem tego.
Nie, nie, nie. Wszystko tylko nie to zdanie, błagam cię. Powiedz, że się przesłyszałam.
Kwadrat różnicy. Strona osiemdziesiąta szósta. Zielona ramka. Znam jej treść na pamięć, każde durne słowo, każdy przecinek. Tylko to jedno zdanie mogło pomóc mi w pojęciu bieżącego materiału, ale nie spierałam się. Nie miałam na tyle odwagi, aby powiedzieć mu, że podanie numeru z dolnego rogu kartki nie każdemu wystarczy do pełnego pojęcia wzorów skróconego mnożenia. Jeślibym się na to zgodziła pewnie pomyślałby, że jestem jedną z takich osób, a nie zamierzałam więcej tracić w jego oczach. Nie zamierzałam tracić w oczach nikogo.
- Jak możesz tego nie rozumieć?! - profesor unosi się gniewnie. Przymykam powieki. Nie chcę znowu na to patrzeć. - Ach, no tak, zapomniałem. Nie potrafisz nawet dodawać, nie wiem skąd wziął się pomysł, że poradzisz sobie z tak niezwykle skomplikowanym działaniem jak potęgowanie - Frankie przełyka ślinę. Jest bliski płaczu. - Jaki jest wzór na kwadrat różnicy?
Każdy członek jego ciała się napina, twarz mu tężeje. Rozpaczliwie powtarzam w myślach treść formułki mając nadzieję, że w jakiś niewytłumaczalny sposób ta przeniknie do jego mózgu. Na pewno ją zna. Musi ją znać.
Po krótkiej chwili milczenia profesor traci cierpliwość. Wzdycham cicho. To nie sprawia mi żadnego kłopotu. To ja powinnam tam stać i wytrzymywać spojrzenia uczniów. To mnie powinien teraz nagabywać.
- A kwadrat minus dwa razy ab plus b kwadrat - szepczę, jednak w klasie panuje taka cisza, że słychać mnie pewnie na drugim końcu sali. Profesor kiwa głową. Frankie podnosi wzrok.
- Siadaj. Niedostateczny. - zaciskam usta w wąską kreskę. Udaję, że rozwiązuję następne zadanie, podczas gdy tak naprawdę skupiam się na krzyku dźwięczącym w swoich uszach.
Nie miał prawa podnieść głosu. - Za trzy lata piszecie maturę. Nie mam pojęcia jak zamierzacie do niej podejść z taką wiedzą.
Ja też nie mam pojęcia o kilku istotnych sprawach. Na przykład, nie mam pojęcia, dlaczego postanowiłeś zostać nauczycielem. Nie mam pojęcia, dlaczego otwarcie wyśmiewasz osobę z dysleksją. Nie mam pojęcia , dlaczego nikt cię jeszcze nie zwolnił. I nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo chcę ci udowodnić, że jestem mądrzejsza niż ci się wydaje.
***
Unikanie Jacka było zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, jaką Kim kiedykolwiek zrobiła. Bez niego reszta wydawała się nie przejmować nią tak bardzo, nie przyglądać tak badawczo. Mogła udawać, że nic się nie wydarzyło. Nie odpowiadać na nęcącę pytania. Nie wyjaśniać, z jakiego powodu po końcowym dzwonku wybiegała ze szkoły bez pożegnania. Odpowiadało jej to. Całe przerwy mogła spędzać na dachu, dopracowując rysunki w zeszycie i nie martwiąc się tym, że ktoś ją znajdzie. Dopóki faktycznie tego nie zrobił.
- Byłem pewny, że cię tu znajdę. - ręka dziewczyny zamarła w bezruchu. Nie odwróciła się, żeby sprawdzić kto to. Nie musiała się odwracać.
- Wiem - odparła, spuściwszy wzrok. - Ciekawi mnie tylko, czemu nie przyszedłeś wcześniej.
Jack usiadł tak blisko niej, że niemal stykali się ramionami. Wykrzywił wargi w półuśmiechu. Brakowało mu tego.
- Domyśliłem się, że nie chcesz z nikim rozmawiać, chociaż kompletnie nie rozumiem dlaczego. - Dlaczego? Bo czuła ulgę, gdy nie musiała przejmować się tym, że palnie jakąś głupotę. Bo wolała tłumić w sobie wszystkie uczucia. Bo tak było prościej. - Ale chcę pogadać. - Kim spojrzała na niego kątem oka. Zmierzwione włosy opadały mu na czoło i policzki. Wyglądał na zdenerwowanego. - Chciałbym... to znaczy, ja... - odchrząknął. - Dziękuję ci. Głupio mi, że musiałaś wtedy tego wszystkiego wysłuchiwać. Zazwyczaj to ludzie przychodzą do mnie jeśli potrzebują się komuś wygadać. Jestem naprawdę dobrym słuchaczem... No i, gdyby tylko naszłaby cię ochota... ja chętnie... - jąkał się. Nigdy wcześniej nie był taki spięty. - Nie idzie mi najlepiej, co?
Kimberly pokręciła głową. Zaśmiała się cicho.
- Nie-e.
- Mogłabyś mnie jakoś wesprzeć - rzekł rozbawiony, szturchając ją ramieniem.
Następne słowa dobierał ostrożnie; tak jakby bał się, że Kimberly po ich usłyszeniu ucieknie i już nigdy więcej się do niego nie odezwie. Ale wiedział, że to bezpodstawny lęk. Wierzył w każde jej słowo, w każdy ruch. Ufał jej.
I w tym tkwił cały problem. Ona nie ufała jemu.
***
Dopóki Kim wywiązywała się ze swoich obowiązków Samantha nie dociekała, gdzie przebywała, kiedy potajemnie wymykała się z domu. Możnaby powiedzieć, że po długich latach ciężkiej pracy nareszcie dostała trochę swobody. Ale to wcale nie była swoboda.
- Mogę iść do siebie? - spytała cicho, wycierając ostatni talerz po kolacji. Jadła w salonie: oficjalnie, żeby nie poczuć się kimś więcej niż zwyczajną pomywaczką; nieoficjalnie, żeby nie musieć przebywać w towarzystwie opiekunów dłużej niż wymagała tego konieczność.
Kobieta obrzuciła ją zimnym spojrzeniem i delikatnie obróciła głowę, aby mieć w zasięgu całą kuchnię. Zmarszczyła nos, ale skinęła.
- Jak sobie chcesz. - podrapała się po nosie. - Zresztą, nie dam rady dłużej na ciebie patrzeć.
- I vice versa, Cruello. - mruknęła, gdy stała już przy wyjściu. Założyła włosy za ucho. Poprawiła okulary.
- Mówiłaś coś?
- Tak. - odwróciła się przez plecy i uśmiechnęła blado. Jej ciało nie miało wystarczająco dużo siły, by nadal odpychać od siebie fale lęku. Ale nie żałowała, że to powiedziała. - Dobranoc, ciociu.
***
Klucz zgrzytnął w zamku. Kimberly z ulgą stwierdziła, że klamka ustępuje pod naporem jej dłoni i weszła do środka. Nic się nie zmieniło od ostatniej wizyty tutaj, chociaż minęło już dosyć sporo czasu. Dobrze.
Dziewczyna otworzyła okno, by wypędzić z pomieszczenia stęchłe powietrze. Usiadła na ciemnoróżowym dywanie, opierając się o szczeble hebanowego łóżeczka. Dzierżyła w dłoniach jedyny list, jaki otrzymała od mamy. Czytała go tak wiele razy, że każde słowo zdążyło zakodować się w jej pamięci. Wiedziała, gdzie postawiona była kropka, gdzie dłoń Liv zadrżała podczas pisania - odkryła wszystko z wyjątkiem najbardziej pożądanej przez nią rzeczy. Przesłania.
- Żałuję, że nie mogę być przy tobie, Kimmy. Ale ty nie żałuj. Nie martw się o mnie. Nie myśl o mnie. - zaczęła czytać. - Pamiętaj tylko, że nie ma na świecie nikogo, kogo mogłabym pokochać bardziej od ciebie. Kocham Cię. Ja też Cię kocham, mamo.
Dlatego musisz znaleźć mój testament. Zanim zrobi to ktoś inny. Postaram się.
Schowałam go tam, gdzie rączka dziecka najchętniej poznaje świat, a światło rzuca cień na lustrzane odbicie przeszłości. Och, mamo, dlaczego mówisz szyframi? Tak bardzo chcę, żebyś była ze mnie dumna, ale nie rozumiem, co próbujesz mi powiedzieć.
Wierzę w ciebie, skarbie. Jesteś promykiem, który przywróci miastu dawne światło.
Kim podniosła się i oparła dłońmi o parapet. Księżyc rzucił na jej twarz srebrną poświatę. Seaford nie potrzebuje dawnego światła. Seaford samo w sobie jest światłem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz