Piątka
Lubiłam siebie. Lubiłam mieć pewność, że kiedy następnego ranka spojrzę w lustro, będę szczęśliwa, nieważne, co w nim zobaczę. Lubiłam to, że nigdy nie czułam potrzeby zakrywania swojej twarzy makijażem. Lubiłam też fakt, że nie przywiązywałam większej uwagi do wyglądu, choć czasami wydawało mi się to wręcz niemożliwe. Wychodziłam z założenia, że skoro to nie ja muszę na siebie patrzeć, to nie ja mam problem. Ta metoda zazwyczaj działała.
A przynajmniej ja starałam się, aby działała jak najdłużej.
Ponad wszelką wątpliwość nie robiłam za dobry materiał na nadzwyczajną piękność, o nie, to była działka Nat. Ewentualnie Joan - ja po prostu... byłam tą trzecią. Kiedyś faktycznie potrafiłam znaleźć w sobie zadatki na coś więcej, ale minęło zbyt wiele czasu, za bardzo się zmieniłam. Poza tym, ucieczka przed dojrzewaniem okazała się dla mnie żmudną drogą z przeszkodą na każdym zakręcie. Dopadło mnie szybciej niż przypuszczałam, a ja tylko niepotrzebnie się zmęczyłam. Bo to wszystko było przecież nieuniknione.
Zdarzały się chwilę, kiedy nie umiałam patrzeć na posłusznie układające się włosy Natalie. Moje miały w sobie prawdopodobnie więcej życia niż ja.
Ona nie musiała zwracać większej uwagi na rozmiar ubrań, wszystkie leżały na niej doskonale. Ja byłam tak nieproporcjonalna, że większość swojego wolnego czasu przeznaczałam na zastanawianie się, jakim, do diabła, cudem moje drobne nogi utrzymywały w pionie resztę ciała (przy czym należy zaznaczyć fakt, że wcale nie byłam gruba).
Wiedziałam to. Wiedziałam i naprawdę nie miałam nic przeciwko temu dopóty, dopóki będę szczęśliwa, będąc w swojej skórze. Dlatego szczerze nie obchodziło mnie to jak wyglądam, czy ta cholerna bluzka optycznie mnie wyszczupla ani czy mój chłopak zwróci uwagę na tego wielkiego pryszcza na moim policzku. Taka była różnica pomiędzy mną a Nat - ona była piękna.
Ja potrafiłam to sobie powiedzieć.
Kim
Starałam się dokładnie zrelacjonować Megan przebieg wczorajszej rozmowy Jake'a i Sam, jednak ciążące w moim plecaku notatki z matematyki i doskwierający głód, skutecznie mi w tym przeszkadzały. Ostatnio jadałam głównie na szkolnej stołówce; wolałam nie przebywać z Sam w tym samym pomieszczeniu, a ona praktycznie każdą swoją wolną chwilę spędzała w kuchni.
Nie zapominając o tym, że całe jej życie to wolna chwila.
Kiedy kolejny raz zacisnęłam z frustracją powieki, Megan włożyła mi do ręki kilka dolarów na lunch i kazała przestać bawić się w prywatnego detektywa, uznawszy, że niepotrzebnie się martwię.
Nie chciałam się z nią spierać, dlatego wydukałam ciche podziękowania, wychodząc z klasy.
Chociaż wcale nie zamierzałam tej sprawie tak szybko ucichnąć; coś ewidentnie było nie tak, a ja za wszelką cenę dowiem się co. Z pomocą Megan lub bez niej.
Nie potrafiłam zdefiniować tego, co właśnie działo się wewnątrz mnie. Moja krew buzowała, oczy zaszły łzami, a mięśnie twarzy niebezpiecznie się napięły. Miałam niewyobrażalną ochotę wrócić teraz do dojo i nadrobić wszystkie treningi, które zaniedbałam. Uderzyć manekina do ćwiczeń. Porozmawiać z Rudy'm. Cokolwiek. Nie chciałam dłużej dusić w sobie złości; robiłam to zdecydowanie za długo i dobrze wiedziałam, co może z tego wyniknąć.
Zobaczę się dziś z resztą, zagryzłam policzek od środka, lekko uśmiechając się do kucharki, która podała mi tackę z lunchem. Nawet, jeśli zaryzykuję tym u Sam. Może kierować życiem Jake'a, ale moje prędzej czy później będzie musiała zostawić w spokoju. Nie jestem już sama.
Skinęłam głową na przywitanie, po czym zajęłam wolne miejsce obok Grace. Dziewczyna wygięła wargi w szerokim uśmiechu, który mniej udolnie odwzajemniłam. Będę musiała nad tym popracować... zaraz po tym jak coś zjem.
Zatrzymałam jednak widelec w połowie drogi do ust, gdy spostrzegłam, że zwróciłam na siebie uwagę wszystkich zebranych przy stole. Zakłopotana spuściłam wzrok - wtem nagle zatęskniłam za niekontrolowaną złością, która pozwalała mi przynajmniej na wykazanie nieświadomych pokładów śmiałości.
- Kimberly Crawford. - Słysząc głos Jerry'ego, zmusiłam się do prześledzenia spojrzeniem reszty pomieszczenia. Zatrzymałam się dopiero na Jacku, który uśmiechnął się do mnie promiennie. Dobrze było znowu widzieć go szczęśliwego; czułam się nieswojo, kiedy siedział tu ciszej niż ja. - Od kiedy siadasz przy tym stoliku, nie pytając wcześniej o zgodę?
- Co? - zapytałam cicho, choć doskonale wszystko słyszałam. Znowu zalała mnie ta idiotyczna fala niepewności. Wprawdzie zrobiłam to nieświadomie, nie myślałam o tym, co robię, ale może się przeliczyłam. Może oni już wcale mnie nie chcą. - Ja... ja przepraszam. - Chwyciłam torbę, lecz zanim zdążyłam wstać, poczułam silną dłoń, przytrzymującą mnie na miejscu. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Grace.
- Nie wygłupiaj się! Dobrze, że nareszcie wzięłaś nas za swoich. Teraz to też twój stolik, pamiętaj o tym - powiedziała przyjaźnie, a ja skinęłam głową. W kącikach moich ust zakołysał się szeroki uśmiech.
Nadal nie potrafiłam zdefiniować tego, co działo się wewnątrz mnie. Czułam, jakby gdzieś w środku rozlało się przyjemne ciepło, które rozgrzało każdy zakamarek mojego zimnego ciała. Myślę, że... myślę, że byłam szczęśliwa. Bo naprawdę nie byłam sama.
*
Zapomniałam! Jak ja mogłam zapomnieć?
Tuż przed wejściem do galerii dotarło do mnie, że powinnam była skierować się w zupełnie odwrotnym kierunku Seaford. Był wtorek - dzień całościowo zarezerwowany dla Piątki i rozmyślania nad przeszłością. Nie mogłam sobie tego odpuścić, nawet, jeśli nie miałam na to siły.
Problemy czyhały na mnie gdzieś po drodze i mogę przysiąc, że trochę się zniecierpliwiły. Wolałam nie rozwścieczać ich jeszcze bardziej.
*
Przyspieszałam z każdym krokiem, aż w końcu mój chód zamienił się w wolny bieg. Starałam się nie zwracać uwagi na kosmyki włosów, które sprawnie wymijały moje okulary i dostawały się do oczu, jednak po pięciu minutach, miałam dość. Zatrzymałam się na chodniku, biorąc głębszy oddech. Za chwilę rzucę się z krawężnika.
- Cholera.
Rozejrzałam się dokoła, aby znaleźć źródło głosu. Mimo swoich wątpliwości, ulokowałam je w starszej kobiecie, stojącej przy wejściu do kamienicy. Jedną ręką próbowała otworzyć drzwi, drugą podtrzymywała płaczące dziecko, a nogą starała się utrzymać w pionie siatki z zakupami. Gdy w akcie ostatecznej desperacji chwyciła klamkę między łokcie, bez zastanowienia do niej podbiegłam.
Kobieta zauważyła mnie dopiero po chwili.
- Pomogę - powiedziałam, uśmiechając się lekko. Naprawdę dużo się dzisiaj uśmiechałam.
Nie czekając na reakcję szatynki, zebrałam ze schodów wszystkie zakupy i otworzyłam drzwi na oścież. Dopiero wtedy uważniej przyjrzałam się kamienicy; to ta sama, w której mieszkają Bethany i Nick. Powinnam z nimi porozmawiać, dawno tego nie robiłam.
- Dziękuję - kobieta westchnęła głośno. - Nigdy nie mogę się skupić, kiedy George płacze. Już zapomniałam jak ciężko jest się zajmować małymi dziećmi.
Posłałam jej pokrzepiający uśmiech, kiwając głową.
- Możesz oddać mi te siatki, kochanie.
- Nie, nie, odprowadzę panią pod drzwi.
Przez chwilę szłyśmy w towarzystwie szlochu, ale kiedy George się uspokoił, kobieta zwróciła na mnie pełną uwagę. Nie czułam się komfortowo, odpowiadając na pytania, dlatego starałam się robić to zdawkowo. Nie wiedziałam, jak się zachowywać, gdy ktoś był na mnie całkowicie skupiony; takie sytuacje nie zdarzały się często, nie byłam do nich przyzwyczajona. Sylvia natomiast, zupełnie niezrażona, zaczęła mi opowiadać o swoim życiu.
Zmarszczyłam brwi. Było całkiem... miło. Onieśmielała mnie jej otwartość, ale było naprawdę miło.
- Szukam pomocy domowej od tygodnia, ale trudno jest znaleźć kogoś, kto byłby w stanie przychodzić codziennie i spędzać tu kilka godzin. Dziecko też ich trochę odstrasza. Wprawdzie nie wymagam opieki nad George'm, huh, ciężko to wyjaśnić... Rozumiesz, kochanie? Sama obecność trzylatka w domu bywa bardzo rozpraszająca, nawet, jeśli ktoś się nim już zajmuje. Mój drugi syn stara mi się pomagać, ale nie wymagam od niego za wiele, bo właśnie rozstałam się z mężem, to dla niego nowa sytuacja... - Przerwała na chwilę, ocierając dłonią czoło. - O, już jesteśmy. Chcesz może wejść?
Spojrzałam na nią zaskoczona, lecz szybko pokręciłam głową. Piątka na mnie czekała.
- Trudno, może następnym razem. Do widzenia, kochanie.
- Do widzenia - odparłam, uśmiechając się lekko. Wiedziałam, że nie będzie następnego razu.
Piątka
przeskok czasowy
W zależności od pociągu, Joan wracała do domu albo w piątek wieczorem, albo w sobotę rano. Nie wgłębiałam się w to dlaczego. Tak właściwie, nie wgłębiałam się w większość rzeczy, które jej dotyczyły. Nigdy nie mówiła nam za dużo - nie wliczając w to tematu Christophera, o Christopherze potrafiła mówić naprawdę dużo. Były to rzeczy nadzwyczaj niepochlebne, ale z punktu widzenia osoby, nie zmuszonej do dzielenia z nim mieszkania, na tyle zabawne, że zdobywałam się jedynie na wywrócenie oczami. Dlatego, kiedy tego wieczoru stanęła w kuchni, spodziewałam się kolejnej serii narzekań, ewentualnie wiązanki przekleństw, której jako piętnastoletnie dziecko raczej nie powinnam usłyszeć - spodziewałam się czegoś, co podbuduje mój zdeptany humor.
Ale ona zdeptała go jeszcze bardziej. Tymi dwoma głupimi zdaniami.
- Nie powinnaś tyle jeść. Znowu przytyłaś. - Zastygłam w bezruchu, zaciskając usta w wąską kreskę. Już to słyszałam. Tydzień temu. Dwa tygodnie temu też. Michael uświadamia mnie o tym każdego dnia, rodzice również, więc naprawdę nie musisz mi tego mówić, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Chociaż nie zauważyłam żadnej różnicy.
Przetarłam szybko oczy i odwróciłam się na pięcie, przybierając rozbawiony wyraz twarzy. Nie chciałam, żeby zobaczyła, że mnie to dotknęło.
- Może ułożysz mi dietę, przyszła pani dietetyk? - Oparłam dłonie o blat stołu. Dopiero teraz przyjrzałam jej się dokładniej; nie rozumiałam, jakim cudem ktoś, kto studiuje naukę o żywieniu mógł doprowadzić się do takiego stanu. Wyglądała jak połowa mnie. Jak ćwiartka mnie. I nadal chudła. - Albo znowu opowiesz o zawartości sodu w płatkach kukurydzianych, ostatnim razem cię nie słuchałam.
Siedziałam na łóżku w pokoju rodziców, wpatrując się w ogromne lustro przede mną. Nie wiedziałam, gdzie utkwić wzrok, dlatego spojrzałam na Joan, a potem na swoje odbicie. Na swoje wielkie, wstrętne odbicie. W uszach natychmiast rozbrzmiały mi jej słowa.
Nie wyglądam dobrze, powinnam zacząć ćwiczyć. I ograniczyć posiłki... Nie zjem dzisiaj kolacji. Śniadania też, potem zobaczę, ile będę w stanie wytrzymać.
Pokręciłam głową z dezaprobatą. Joan wyszła.
Naprawdę znowu dajesz im się sprowokować? Już kiedyś próbowałaś się głodzić, nie jadłaś prawie nic przez pełny tydzień, a potem nażarłaś się tak, że wróciłaś do dawnej wagi. To nic nie da. Poza tym, jesteś... Westchnęłam głośno. Wcale nie jestem.
Podniosłam się z miejsca, powoli zbliżając do lustra. Położyłam dłonie na brzuchu, by sprawdzić czy faktycznie przytyłam, ale nie poczułam żadnej różnicy. Może chciałam się oszukać? Starałam się oddalić od siebie wszelkie kompleksy i udawało mi się, akceptowałam siebie, więc może po prostu chciałam zagiąć rzeczywistość, żeby utrzymać ten stan rzeczy. Chociaż to tak strasznie niedorzeczne.
Rodzice nie powiedzieliby niczego, co miałoby mnie skrzywdzić, gdyby nie chcieli mojego dobra. Musiałam spojrzeć na siebie z ich perspektywy, z perspektywy kogokolwiek innego.
- Okay - mruknęłam cicho, po czym wzięłam głęboki wdech i przymknęłam powieki, wypuszczając powietrze z ust. Przywołałam w głowie swój obraz.
Prawie zawsze nosiłam obszerniejsze bluzy, dlatego nie zwracałam uwagi na to, co było pod nimi. Ale one wcale niczego nie zakrywały. Widziałam wszystko, wszystkie te rzeczy, które próbowałam przed sobą ukryć. Brak płaskiego brzucha. Brak drobnych ramion. Nie miałam w sobie niczego, czym mogłabym sprawić, że ktoś patrzyłby na mnie przychylnie. I jeszcze ten trądzik. Nie wierzę, że pozwoliłam, aby ktoś zobaczył mnie w takim stanie. Wyglądałam okropnie.
Przestań, nie jest tak źle. Zmarszczyłam brwi, wszczynając kolejną wewnętrzną wojnę. Jak długo zamierzałam się oszukiwać? Nie byłam piękna. Nie byłam nawet przeciętna, byłam po prostu... sobą. Najgorszą wersją siebie, której z całego serca nienawidziłam.
Lubiłam siebie. Lubiłam mieć pewność, że kiedy następnego ranka spojrzę w lustro, będę szczęśliwa, nieważne, co w nim zobaczę. Lubiłam to, że nigdy nie czułam potrzeby zakrywania swojej twarzy makijażem. Lubiłam też fakt, że nie przywiązywałam większej uwagi do wyglądu, choć czasami wydawało mi się to wręcz niemożliwe. Wychodziłam z założenia, że skoro to nie ja muszę na siebie patrzeć, to nie ja mam problem. Ta metoda zazwyczaj działała.
A przynajmniej ja starałam się, aby działała jak najdłużej.
Ponad wszelką wątpliwość nie robiłam za dobry materiał na nadzwyczajną piękność, o nie, to była działka Nat. Ewentualnie Joan - ja po prostu... byłam tą trzecią. Kiedyś faktycznie potrafiłam znaleźć w sobie zadatki na coś więcej, ale minęło zbyt wiele czasu, za bardzo się zmieniłam. Poza tym, ucieczka przed dojrzewaniem okazała się dla mnie żmudną drogą z przeszkodą na każdym zakręcie. Dopadło mnie szybciej niż przypuszczałam, a ja tylko niepotrzebnie się zmęczyłam. Bo to wszystko było przecież nieuniknione.
Zdarzały się chwilę, kiedy nie umiałam patrzeć na posłusznie układające się włosy Natalie. Moje miały w sobie prawdopodobnie więcej życia niż ja.
Ona nie musiała zwracać większej uwagi na rozmiar ubrań, wszystkie leżały na niej doskonale. Ja byłam tak nieproporcjonalna, że większość swojego wolnego czasu przeznaczałam na zastanawianie się, jakim, do diabła, cudem moje drobne nogi utrzymywały w pionie resztę ciała (przy czym należy zaznaczyć fakt, że wcale nie byłam gruba).
Wiedziałam to. Wiedziałam i naprawdę nie miałam nic przeciwko temu dopóty, dopóki będę szczęśliwa, będąc w swojej skórze. Dlatego szczerze nie obchodziło mnie to jak wyglądam, czy ta cholerna bluzka optycznie mnie wyszczupla ani czy mój chłopak zwróci uwagę na tego wielkiego pryszcza na moim policzku. Taka była różnica pomiędzy mną a Nat - ona była piękna.
Ja potrafiłam to sobie powiedzieć.
Kim
Starałam się dokładnie zrelacjonować Megan przebieg wczorajszej rozmowy Jake'a i Sam, jednak ciążące w moim plecaku notatki z matematyki i doskwierający głód, skutecznie mi w tym przeszkadzały. Ostatnio jadałam głównie na szkolnej stołówce; wolałam nie przebywać z Sam w tym samym pomieszczeniu, a ona praktycznie każdą swoją wolną chwilę spędzała w kuchni.
Nie zapominając o tym, że całe jej życie to wolna chwila.
Kiedy kolejny raz zacisnęłam z frustracją powieki, Megan włożyła mi do ręki kilka dolarów na lunch i kazała przestać bawić się w prywatnego detektywa, uznawszy, że niepotrzebnie się martwię.
Nie chciałam się z nią spierać, dlatego wydukałam ciche podziękowania, wychodząc z klasy.
Chociaż wcale nie zamierzałam tej sprawie tak szybko ucichnąć; coś ewidentnie było nie tak, a ja za wszelką cenę dowiem się co. Z pomocą Megan lub bez niej.
Nie potrafiłam zdefiniować tego, co właśnie działo się wewnątrz mnie. Moja krew buzowała, oczy zaszły łzami, a mięśnie twarzy niebezpiecznie się napięły. Miałam niewyobrażalną ochotę wrócić teraz do dojo i nadrobić wszystkie treningi, które zaniedbałam. Uderzyć manekina do ćwiczeń. Porozmawiać z Rudy'm. Cokolwiek. Nie chciałam dłużej dusić w sobie złości; robiłam to zdecydowanie za długo i dobrze wiedziałam, co może z tego wyniknąć.
Zobaczę się dziś z resztą, zagryzłam policzek od środka, lekko uśmiechając się do kucharki, która podała mi tackę z lunchem. Nawet, jeśli zaryzykuję tym u Sam. Może kierować życiem Jake'a, ale moje prędzej czy później będzie musiała zostawić w spokoju. Nie jestem już sama.
Skinęłam głową na przywitanie, po czym zajęłam wolne miejsce obok Grace. Dziewczyna wygięła wargi w szerokim uśmiechu, który mniej udolnie odwzajemniłam. Będę musiała nad tym popracować... zaraz po tym jak coś zjem.
Zatrzymałam jednak widelec w połowie drogi do ust, gdy spostrzegłam, że zwróciłam na siebie uwagę wszystkich zebranych przy stole. Zakłopotana spuściłam wzrok - wtem nagle zatęskniłam za niekontrolowaną złością, która pozwalała mi przynajmniej na wykazanie nieświadomych pokładów śmiałości.
- Kimberly Crawford. - Słysząc głos Jerry'ego, zmusiłam się do prześledzenia spojrzeniem reszty pomieszczenia. Zatrzymałam się dopiero na Jacku, który uśmiechnął się do mnie promiennie. Dobrze było znowu widzieć go szczęśliwego; czułam się nieswojo, kiedy siedział tu ciszej niż ja. - Od kiedy siadasz przy tym stoliku, nie pytając wcześniej o zgodę?
- Co? - zapytałam cicho, choć doskonale wszystko słyszałam. Znowu zalała mnie ta idiotyczna fala niepewności. Wprawdzie zrobiłam to nieświadomie, nie myślałam o tym, co robię, ale może się przeliczyłam. Może oni już wcale mnie nie chcą. - Ja... ja przepraszam. - Chwyciłam torbę, lecz zanim zdążyłam wstać, poczułam silną dłoń, przytrzymującą mnie na miejscu. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Grace.
- Nie wygłupiaj się! Dobrze, że nareszcie wzięłaś nas za swoich. Teraz to też twój stolik, pamiętaj o tym - powiedziała przyjaźnie, a ja skinęłam głową. W kącikach moich ust zakołysał się szeroki uśmiech.
Nadal nie potrafiłam zdefiniować tego, co działo się wewnątrz mnie. Czułam, jakby gdzieś w środku rozlało się przyjemne ciepło, które rozgrzało każdy zakamarek mojego zimnego ciała. Myślę, że... myślę, że byłam szczęśliwa. Bo naprawdę nie byłam sama.
*
Zapomniałam! Jak ja mogłam zapomnieć?
Tuż przed wejściem do galerii dotarło do mnie, że powinnam była skierować się w zupełnie odwrotnym kierunku Seaford. Był wtorek - dzień całościowo zarezerwowany dla Piątki i rozmyślania nad przeszłością. Nie mogłam sobie tego odpuścić, nawet, jeśli nie miałam na to siły.
Problemy czyhały na mnie gdzieś po drodze i mogę przysiąc, że trochę się zniecierpliwiły. Wolałam nie rozwścieczać ich jeszcze bardziej.
*
Przyspieszałam z każdym krokiem, aż w końcu mój chód zamienił się w wolny bieg. Starałam się nie zwracać uwagi na kosmyki włosów, które sprawnie wymijały moje okulary i dostawały się do oczu, jednak po pięciu minutach, miałam dość. Zatrzymałam się na chodniku, biorąc głębszy oddech. Za chwilę rzucę się z krawężnika.
- Cholera.
Rozejrzałam się dokoła, aby znaleźć źródło głosu. Mimo swoich wątpliwości, ulokowałam je w starszej kobiecie, stojącej przy wejściu do kamienicy. Jedną ręką próbowała otworzyć drzwi, drugą podtrzymywała płaczące dziecko, a nogą starała się utrzymać w pionie siatki z zakupami. Gdy w akcie ostatecznej desperacji chwyciła klamkę między łokcie, bez zastanowienia do niej podbiegłam.
Kobieta zauważyła mnie dopiero po chwili.
- Pomogę - powiedziałam, uśmiechając się lekko. Naprawdę dużo się dzisiaj uśmiechałam.
Nie czekając na reakcję szatynki, zebrałam ze schodów wszystkie zakupy i otworzyłam drzwi na oścież. Dopiero wtedy uważniej przyjrzałam się kamienicy; to ta sama, w której mieszkają Bethany i Nick. Powinnam z nimi porozmawiać, dawno tego nie robiłam.
- Dziękuję - kobieta westchnęła głośno. - Nigdy nie mogę się skupić, kiedy George płacze. Już zapomniałam jak ciężko jest się zajmować małymi dziećmi.
Posłałam jej pokrzepiający uśmiech, kiwając głową.
- Możesz oddać mi te siatki, kochanie.
- Nie, nie, odprowadzę panią pod drzwi.
Przez chwilę szłyśmy w towarzystwie szlochu, ale kiedy George się uspokoił, kobieta zwróciła na mnie pełną uwagę. Nie czułam się komfortowo, odpowiadając na pytania, dlatego starałam się robić to zdawkowo. Nie wiedziałam, jak się zachowywać, gdy ktoś był na mnie całkowicie skupiony; takie sytuacje nie zdarzały się często, nie byłam do nich przyzwyczajona. Sylvia natomiast, zupełnie niezrażona, zaczęła mi opowiadać o swoim życiu.
Zmarszczyłam brwi. Było całkiem... miło. Onieśmielała mnie jej otwartość, ale było naprawdę miło.
- Szukam pomocy domowej od tygodnia, ale trudno jest znaleźć kogoś, kto byłby w stanie przychodzić codziennie i spędzać tu kilka godzin. Dziecko też ich trochę odstrasza. Wprawdzie nie wymagam opieki nad George'm, huh, ciężko to wyjaśnić... Rozumiesz, kochanie? Sama obecność trzylatka w domu bywa bardzo rozpraszająca, nawet, jeśli ktoś się nim już zajmuje. Mój drugi syn stara mi się pomagać, ale nie wymagam od niego za wiele, bo właśnie rozstałam się z mężem, to dla niego nowa sytuacja... - Przerwała na chwilę, ocierając dłonią czoło. - O, już jesteśmy. Chcesz może wejść?
Spojrzałam na nią zaskoczona, lecz szybko pokręciłam głową. Piątka na mnie czekała.
- Trudno, może następnym razem. Do widzenia, kochanie.
- Do widzenia - odparłam, uśmiechając się lekko. Wiedziałam, że nie będzie następnego razu.
Piątka
przeskok czasowy
W zależności od pociągu, Joan wracała do domu albo w piątek wieczorem, albo w sobotę rano. Nie wgłębiałam się w to dlaczego. Tak właściwie, nie wgłębiałam się w większość rzeczy, które jej dotyczyły. Nigdy nie mówiła nam za dużo - nie wliczając w to tematu Christophera, o Christopherze potrafiła mówić naprawdę dużo. Były to rzeczy nadzwyczaj niepochlebne, ale z punktu widzenia osoby, nie zmuszonej do dzielenia z nim mieszkania, na tyle zabawne, że zdobywałam się jedynie na wywrócenie oczami. Dlatego, kiedy tego wieczoru stanęła w kuchni, spodziewałam się kolejnej serii narzekań, ewentualnie wiązanki przekleństw, której jako piętnastoletnie dziecko raczej nie powinnam usłyszeć - spodziewałam się czegoś, co podbuduje mój zdeptany humor.
Ale ona zdeptała go jeszcze bardziej. Tymi dwoma głupimi zdaniami.
- Nie powinnaś tyle jeść. Znowu przytyłaś. - Zastygłam w bezruchu, zaciskając usta w wąską kreskę. Już to słyszałam. Tydzień temu. Dwa tygodnie temu też. Michael uświadamia mnie o tym każdego dnia, rodzice również, więc naprawdę nie musisz mi tego mówić, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Chociaż nie zauważyłam żadnej różnicy.
Przetarłam szybko oczy i odwróciłam się na pięcie, przybierając rozbawiony wyraz twarzy. Nie chciałam, żeby zobaczyła, że mnie to dotknęło.
- Może ułożysz mi dietę, przyszła pani dietetyk? - Oparłam dłonie o blat stołu. Dopiero teraz przyjrzałam jej się dokładniej; nie rozumiałam, jakim cudem ktoś, kto studiuje naukę o żywieniu mógł doprowadzić się do takiego stanu. Wyglądała jak połowa mnie. Jak ćwiartka mnie. I nadal chudła. - Albo znowu opowiesz o zawartości sodu w płatkach kukurydzianych, ostatnim razem cię nie słuchałam.
Siedziałam na łóżku w pokoju rodziców, wpatrując się w ogromne lustro przede mną. Nie wiedziałam, gdzie utkwić wzrok, dlatego spojrzałam na Joan, a potem na swoje odbicie. Na swoje wielkie, wstrętne odbicie. W uszach natychmiast rozbrzmiały mi jej słowa.
Nie wyglądam dobrze, powinnam zacząć ćwiczyć. I ograniczyć posiłki... Nie zjem dzisiaj kolacji. Śniadania też, potem zobaczę, ile będę w stanie wytrzymać.
Pokręciłam głową z dezaprobatą. Joan wyszła.
Naprawdę znowu dajesz im się sprowokować? Już kiedyś próbowałaś się głodzić, nie jadłaś prawie nic przez pełny tydzień, a potem nażarłaś się tak, że wróciłaś do dawnej wagi. To nic nie da. Poza tym, jesteś... Westchnęłam głośno. Wcale nie jestem.
Podniosłam się z miejsca, powoli zbliżając do lustra. Położyłam dłonie na brzuchu, by sprawdzić czy faktycznie przytyłam, ale nie poczułam żadnej różnicy. Może chciałam się oszukać? Starałam się oddalić od siebie wszelkie kompleksy i udawało mi się, akceptowałam siebie, więc może po prostu chciałam zagiąć rzeczywistość, żeby utrzymać ten stan rzeczy. Chociaż to tak strasznie niedorzeczne.
Rodzice nie powiedzieliby niczego, co miałoby mnie skrzywdzić, gdyby nie chcieli mojego dobra. Musiałam spojrzeć na siebie z ich perspektywy, z perspektywy kogokolwiek innego.
- Okay - mruknęłam cicho, po czym wzięłam głęboki wdech i przymknęłam powieki, wypuszczając powietrze z ust. Przywołałam w głowie swój obraz.
Prawie zawsze nosiłam obszerniejsze bluzy, dlatego nie zwracałam uwagi na to, co było pod nimi. Ale one wcale niczego nie zakrywały. Widziałam wszystko, wszystkie te rzeczy, które próbowałam przed sobą ukryć. Brak płaskiego brzucha. Brak drobnych ramion. Nie miałam w sobie niczego, czym mogłabym sprawić, że ktoś patrzyłby na mnie przychylnie. I jeszcze ten trądzik. Nie wierzę, że pozwoliłam, aby ktoś zobaczył mnie w takim stanie. Wyglądałam okropnie.
Przestań, nie jest tak źle. Zmarszczyłam brwi, wszczynając kolejną wewnętrzną wojnę. Jak długo zamierzałam się oszukiwać? Nie byłam piękna. Nie byłam nawet przeciętna, byłam po prostu... sobą. Najgorszą wersją siebie, której z całego serca nienawidziłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz